Małżeństwo, seksualność człowieka i rozwód

kilka uwag ogólnych w odniesieniu do współczesnego tła społeczno religijnego w tym temacie.
  1. Wstęp
  2. Mał­żeń­stwo i roz­wód na tle uwa­run­ko­wań spo­łecz­nych
  3. Sek­su­al­ność czło­wie­ka i mał­żeń­stwo w kon­tek­ście tre­ści biblij­nych
  4. Mał­żeń­stwo i roz­wód w Pra­wie Moj­że­sza i inter­pre­ta­cji rabi­nów
  5. Mał­żeń­stwo i roz­wód w naucza­niu Chry­stu­sa i apo­sto­łów

1. Wstęp

Temat mał­żeń­stwa, sek­su­al­no­ści czło­wie­ka i roz­wo­dów wśród wie­lu ewan­ge­licz­nych i zie­lo­no­świąt­ko­wych wyznaw­ców Chry­stu­sa nale­ży do zagad­nień naj­bar­dziej spor­nych. Wią­że się to z fak­tem, że Kościół więk­szo­ścio­wy domi­nu­ją­cy w okre­ślo­nym okre­sie histo­rii i roz­wo­ju chrze­ści­jań­stwa nadał mał­żeń­stwu moc sakra­men­tu. Zara­zem jest to spór w dużym stop­niu sztucz­nie wywo­ły­wa­ny przez zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­ny współ­cze­sny Kościół więk­szo­ścio­wy, jak i nie­któ­re śro­do­wi­ska tzw. chrze­ści­jań­stwa ewan­ge­licz­ne­go, nie mówiąc już o hipo­kry­zji czy pru­de­ryj­no­ści[1], jaka temu naj­czę­ściej towa­rzy­szy. Jej prze­ja­wy obec­ne są nie tyl­ko w nie­kon­se­kwen­cji sta­no­wisk wie­lu wspól­not chrze­ści­jań­skich w tej kwe­stii, ale i w bra­ku biblij­nej reflek­sji nad sek­su­al­no­ścią czło­wie­ka i w tym też kon­tek­ście isto­ty i roli mał­żeń­stwa w życiu spo­łecz­nym w odnie­sie­niu do potrzeb sek­su­al­nych czło­wie­ka. Nie mówiąc już o wypły­wa­ją­cych z tego fak­tu roz­ma­itych społeczno‐egzystencjalnych i moral­nych kon­flik­tów war­to­ści, z któ­rych zda­wał sobie spra­wę Apo­stoł Paweł i co wyra­ził w swo­im liście do Koryn­tian, stwier­dza­jąc w nim, że: „Dobrze jest jeśli męż­czy­zna nie doty­ka kobie­ty; jed­nak ze wzglę­du na nie­bez­pie­czeń­stwo wsze­te­czeń­stwa, nie­chaj każ­dy ma swo­ją żonę i każ­da nie­chaj ma swo­je­go wła­sne­go męża”[2].

Mówiąc krót­ko, to co okre­śla­my związ­kiem jed­ne­go męż­czy­zny i jed­nej kobie­ty jako mał­żeń­stwo, według myśli Apo­sto­ła Paw­ła mia­ło zaspo­ko­ić wyni­ka­ją­cą z aktu stwo­rze­nia natu­ral­ną sek­su­al­ną potrze­bę i wza­jem­ny pociąg do sie­bie męż­czy­zny i kobie­ty. Jed­no­cze­śnie mia­ło powstrzy­mać też jego siłę tam, gdzie mogło to wią­zać się z nie­po­ha­mo­wa­nym i nie­kon­tro­lo­wa­nym jego zaspo­ka­ja­niem, pro­wa­dzą­cym w kon­se­kwen­cji do nad­użyć wobec bliź­nie­go i do roz­pu­sty. Nie ule­ga zatem żad­nej wąt­pli­wo­ści, że popęd sek­su­al­ny czło­wie­ka zarów­no w cza­sach apo­stol­skich, jak i współ­cze­śnie był i jest przy­czy­ną, nie tyl­ko moral­nych nad­użyć wobec bliź­nie­go, ale i na tym tle zło­żo­nych egzy­sten­cjal­nych kon­flik­tów war­to­ści, nie tyl­ko dla chrze­ści­jan, ale dla ludzi w ogó­le.

Taki egzy­sten­cjal­ny kon­flikt war­to­ści poja­wia się wów­czas, kie­dy jed­na war­tość wypły­wa­ją­ca z sumie­nia bądź pra­wa sta­no­wio­ne­go ogra­ni­cza lub poważ­nie naru­sza dru­gą war­tość, w swej isto­cie moral­ną i egzy­sten­cjal­ną. Będzie to więc, na sku­tek bra­ku tole­ran­cji, nie­chcia­ny kon­flikt z naj­bliż­szym śro­do­wi­skiem (rodzi­ca­mi, rodzeń­stwem, współ­mał­żon­kiem, kole­ga­mi) na tle świa­to­po­glą­do­wym, moral­nym bądź wyzna­nio­wym lub też egzy­sten­cjal­nym wobec bliź­nie­go. Wska­zu­ją na to tak­że tek­sty Pisma świę­te­go, a i sam Chry­stus mówił o tym w związ­ku z odmien­nym sto­sun­kiem ludzi do Jego oso­by[3]. Kon­flik­ta­mi taki­mi będą też wszel­kie­go rodza­ju sytu­acje, w któ­rych sto­imy przed wybo­rem mię­dzy tym, co zgod­ne z naszy­mi prze­ko­na­nia­mi i lite­rą pra­wa, ale nie zawsze spra­wie­dli­we czy zgod­ne z praw­dą oraz miło­ścią do Boga i bliź­nie­go[4]. Zatem moral­nym i egzy­sten­cjal­nym kon­flik­tem war­to­ści w życiu ludzi wie­rzą­cych, któ­rzy chcą być uczci­wi wobec wyzna­wa­nych zasad, może być nie­chcia­ny roz­wód spo­wo­do­wa­ny cudzo­łó­stwem i sta­łym wsze­te­czeń­stwem dotych­cza­so­we­go part­ne­ra (wspo­mi­na o tym Chry­stus w swo­im naucza­niu[5]) bądź też zerwa­nie wię­zi mał­żeń­skich z powo­dów wyzna­nio­wych (na co zwra­ca uwa­gę Apo­stoł Paweł[6]). Nie mówiąc już o koniecz­no­ści pod­ję­cia decy­zji o wza­jem­nej sepa­ra­cji, któ­ra nie jest prze­cież żad­nym roz­wią­za­niem pro­ble­mu w odnie­sie­niu do isto­ty mał­żeń­stwa w kon­tek­ście sek­su­al­no­ści czło­wie­ka, z cze­go też i Paweł zda­wał sobie spra­wę, zale­ca­jąc żyją­cym w sepa­ra­cji chrze­ści­jań­skim współ­mał­żon­kom, by się ze sobą pojed­na­li[7].

By to ponow­ne zej­ście było jed­nak moż­li­we, nie mogli oni jako ludzie pozo­sta­ją­cy w spo­łecz­no­ści z Kościo­łem, jak i z Bogiem, zwią­zać się z innym part­ne­rem. Przy tym nie trze­ba tu chy­ba wyja­śniać, że to ich ponow­ne zej­ście mia­ło na celu ustrzec ich przed upad­kiem moral­nym, tj. cudzo­łó­stwem bądź wsze­te­czeń­stwem, a w kon­se­kwen­cji utra­tą spo­łecz­no­ści z Bogiem. Całe naucza­nie apo­stol­skie w tym tema­cie, a zwłasz­cza Paw­ło­we, świa­do­me natu­ral­ne­go popę­du sek­su­al­ne­go czło­wie­ka otrzy­ma­ne­go w akcie stwo­rze­nia, zale­ca raczej uciecz­kę od wsze­te­czeń­stwa niż jakąś hero­icz­ną wal­kę z czymś, cze­go poko­nać w swej isto­cie nie moż­na[8].

Ludziom z krwi i kości, roz­glą­da­ją­cym się wko­ło i nie­oder­wa­nym od rze­czy­wi­sto­ści ich ota­cza­ją­cej, nie trze­ba tego jakoś spe­cjal­ne uzmy­sła­wiać. Tu zasy­gna­li­zu­ję, że oso­by po roz­wo­dzie (prze­pro­wa­dzo­nym na sku­tek zdra­dy bądź opusz­cze­nia ich przez nie­chcą­ce­go żyć z nimi ze wzglę­dów wyzna­nio­wych part­ne­ra), podob­nie jak wdow­cy, nie otrzy­mu­ją zaraz daru życia w celi­ba­cie, to zaś sta­wia ich w sytu­acji egzy­sten­cjal­ne­go kon­flik­tu moral­ne­go: gorzeć, tj. ule­gać poku­som i upa­dać, czy zawrzeć dru­gi zwią­zek mał­żeń­ski. Toteż nikt trzeź­wo myślą­cy i zna­ją­cy biblij­ne praw­dy wia­ry w tym tema­cie nie będzie naka­zy­wał, jak to się nie­ste­ty nie­kie­dy zda­rza, do unie­waż­nie­nia i zerwa­nia związ­ku oso­bom wie­rzą­cym, któ­re są w dru­gim związ­ku mał­żeń­skim zawar­tym jesz­cze przed ich nawró­ce­niem się, tj. przed powo­ła­niem ich do spo­łecz­no­ści z Bogiem; naka­zy takie mają słu­żyć zerwa­niu z rze­ko­mym cudzo­łó­stwem bądź odbu­do­wie nie­ist­nie­ją­ce­go już praw­nie pierw­sze­go mał­żeń­stwa. Są to prak­ty­ki nie tyl­ko czę­sto nie­moż­li­we, ale nie­bi­blij­ne i w świe­tle ety­ki biblij­nej gor­szą­ce[9].

Poza bra­kiem reflek­sji nad tymi kon­flik­ta­mi war­to­ści, jak i hipo­kry­zją, nie­do­strze­ga­ją­cą tych pro­ble­mów zwią­za­nych z płcio­wo­ścią i sek­su­al­no­ścią czło­wie­ka, spo­ro zamie­sza­nia i nie­do­rzecz­no­ści kry­je się też w nie­wła­ści­wym defi­nio­wa­niu pojęć doty­czą­cych roz­wo­du i mał­żeń­stwa. Dla wie­lu osób z krę­gów chrze­ści­jań­skich mał­żeń­stwo zawar­te w urzę­dzie sta­nu cywil­ne­go to nie mał­żeń­stwo, zaś ter­min „roz­wód” nie ozna­cza rozej­ścia się współ­mał­żon­ków z pra­wem do ponow­ne­go związ­ku, tyl­ko sepa­ra­cję. Mimo oczy­wi­ste­go fak­tu, że biblij­ny „list roz­wo­do­wy” upo­waż­niał zarów­no męż­czy­znę wysta­wia­ją­ce­go go, jak i kobie­tę otrzy­mu­ją­cą taki list do ponow­ne­go zawar­cia mał­żeń­stwa[10]. Ten brak uzna­nia i zro­zu­mie­nia pojęć biblij­nych, jaki­mi się posłu­gu­ją nie­któ­rzy ludzie, impli­ku­je nie­po­ro­zu­mie­nia i nad­uży­cia na tle moral­nym; i tak, w przy­pad­ku Kościo­ła rzym­sko­ka­to­lic­kie­go, jak i dla nie­któ­rych ewangeliczno‐zielonoświątkowych chrze­ści­jan, oso­ba mają­ca za sobą ślub cywil­ny, a będą­ca po roz­wo­dzie w momen­cie nawró­ce­nia się i przy­stą­pie­nia do Kościo­ła lub chcą­ca zawrzeć ślub kościel­ny z innym part­ne­rem, trak­to­wa­na jest jako mogą­ca bez prze­szkód zawrzeć zwią­zek mał­żeń­ski w koście­le, tak jak­by tego mał­żeń­stwa zawar­te­go w urzę­dzie sta­nu cywil­ne­go po pro­stu nie było, tj. mówiąc kolo­kwial­nie nie zosta­ło ono skon­su­mo­wa­ne ze wszyst­ki­mi tego kon­se­kwen­cja­mi (poży­ciem sek­su­al­nym, wspól­no­tą mająt­ko­wą i ewen­tu­al­ny­mi dzieć­mi z tego związ­ku). Przy tym zasa­da pra­wa kano­nicz­ne­go, w myśl któ­rej uprzed­nio zawar­te w koście­le mał­żeń­stwo z wszyst­ki­mi kon­se­kwen­cja­mi zosta­je w okre­ślo­nych oko­licz­no­ściach unie­waż­nio­ne, to w ter­mi­no­lo­gii kościel­nej nie jest roz­wód, a wła­śnie unie­waż­nie­nie. Mimo oczy­wi­ste­go fak­tu, że każ­de rozej­ście się mał­żon­ków w wyni­ku „sepa­ra­cji”, „roz­wo­du” bądź „unie­waż­nie­nia”, czy to w świe­tle pra­wa pań­stwo­we­go, czy kano­nicz­ne­go, jest jak­kol­wiek na to patrzeć skut­kiem nie­do­cho­wa­nia zobo­wią­zań i wier­no­ści wobec któ­re­goś z part­ne­rów, a w kon­se­kwen­cji zerwa­niem zaist­nia­łe­go uprzed­nio, zgod­ne­go z pra­wem i skon­su­mo­wa­ne­go mał­żeń­stwa.

Inny­mi sło­wy, idzie w tym wszyst­kim nie tyle o „roz­wód” czy o „unie­waż­nie­nie”, bo nie­za­leż­nie od nazew­nic­twa w obu przy­pad­kach nastę­pu­je zerwa­nie praw­nie zawar­te­go uprzed­nio mał­żeń­stwa; pozo­sta­je jedy­nie pro­blem usta­le­nia przy­czyn i odpo­wie­dzial­no­ści za roz­kład związ­ku. Mówiąc o przy­czy­nach roz­ma­itych kon­flik­tów mał­żeń­skich, a w kon­se­kwen­cji i roz­wo­du czy unie­waż­nie­nia, znacz­na cześć ludzi, mając poczu­cie wła­snej spra­wie­dli­wo­ści, zawsze obwi­nia obie stro­ny, co jest nad­uży­ciem wobec ofiar posta­wy swo­je­go współ­part­ne­ra, a zara­zem pół­praw­dą w świe­tle prawd biblij­nych w tym tema­cie[11]. Gorzej jeśli tak myślą też dusz­pa­ste­rze, tj. pre­zbi­te­rzy (bisku­pi), dia­ko­ni lub nauczy­cie­le zbo­rów. Bo w takim poczu­ciu spra­wie­dli­wo­ści wła­snej, nie mówiąc już o na ogół nie­bi­blij­nym podej­ściu do poży­cia mał­żeń­skie­go, nie dostrze­ga­ją oni ofia­ry tok­sycz­ne­go związ­ku, tj. posta­wy jed­nej ze stron, któ­ra wobec swo­je­go współ­mał­żon­ka jest nie­od­po­wie­dzial­na, ego­istycz­na, rosz­cze­nio­wa, despo­tycz­na, wyko­rzy­stu­ją­ca go eko­no­micz­nie bądź nie­do­cho­wu­ją­ca mu wier­no­ści mał­żeń­skiej w wyni­ku wsze­te­czeń­stwa, cudzo­łó­stwa bądź też opusz­cze­nia go z przy­czyn wyzna­nio­wych. Nie mówiąc już o zakła­ma­niu jed­nej ze stron i oszu­stwie przed­mał­żeń­skim w posta­ci świa­do­me­go zata­je­nia przez part­ne­ra bądź jego oto­cze­nie przy­pa­dło­ści natu­ry fizycz­nej, psy­chicz­nej czy moral­nej, unie­moż­li­wia­ją­cej mu funk­cjo­no­wa­nie w związ­ku mał­żeń­skim. Ma to coraz bar­dziej istot­ne zna­cze­nie, nie tyl­ko, jak do tej pory, wśród kato­li­ków, ale rów­nież w śro­do­wi­skach ewangeliczno‐zielonoświątkowych, w któ­rych coraz czę­ściej do zbo­ru przyj­mo­wa­ni są poprzez chrzest ludzie nie­odro­dze­ni, co dzie­je się na sku­tek nie­od­po­wie­dzial­no­ści wie­lu star­szych (pre­zbi­te­rów) i pasto­rów, nie mówiąc już o rodzi­cach, któ­rzy chcąc za wszel­ką cenę, by ich dzie­ci nale­ża­ły do zbo­ru, zapo­mi­na­ją, że wia­ry się nie dzie­dzi­czy. To zaś ma nie­kie­dy poważ­ne skut­ki na tle etycz­nym i wyzna­nio­wym dla ich przy­szłych współ­mał­żon­ków. Przy tym na ogół jest tak, że w śro­do­wi­skach ludzi „ewan­ge­licz­nie wie­rzą­cych” karę pono­si nie stro­na utrud­nia­ją­ca wspól­ne poży­cie w wyni­ku nie­od­po­wie­dzial­no­ści za mał­żeń­stwo w kon­tek­ście eko­no­micz­nym, sek­su­al­nym i spo­łecz­nym, ale ta, któ­ra nie chce cier­pieć z powo­du nie­od­po­wie­dzial­ne­go zacho­wa­nia swo­je­go part­ne­ra.

Tego typu posta­wy wie­lu współ­cze­snych chrze­ści­jan wyni­ka­ją nie tyle z biblij­nych prawd wia­ry, co z uwa­run­ko­wań histo­rycz­nych i społeczno‐obyczajowych. Wie­lu ludzi, a co gor­sza i kazno­dziei, nie ma świa­do­mo­ści, że wypo­wia­da­jąc się w pew­nych kwe­stiach etycz­nych odwo­łu­ją się nie tyle do biblij­nych prawd wia­ry, ile do zasta­nych dogma­tów chrze­ści­jań­skich i goło­słow­nych slo­ga­nów ukształ­to­wa­nych na prze­strze­ni histo­rii, jak i na tle roz­wo­ju oby­cza­jo­wo­ści cywi­li­za­cji śród­ziem­no­mor­skiej i śre­dnio­wiecz­nej ludów Euro­py, na któ­re olbrzy­mi wpływ miał sys­tem wie­rzeń i war­to­ści wypra­co­wa­nych przez antycz­ny Kościół więk­szo­ścio­wy (kato­lic­ki), tj. w okre­sie poapo­stol­skim, kie­dy to chrze­ści­ja­na­mi byli już ludzie nie­ko­niecz­nie rozu­mie­ją­cy isto­tę naucza­nia apo­stol­skie­go. Sku­tek tego jest dziś taki, że Kościół, zamiast być inte­lek­tu­al­ną i moral­ną świa­tło­ścią w opar­ciu o biblij­ne tre­ści przede wszyst­kim w odnie­sie­niu do ludzi odro­dzo­nych i świa­do­mych swo­jej wia­ry, przy­bie­ra w tym swo­im pod­la­nym kwa­sem fary­ze­uszy i sadu­ce­uszy dogma­ty­zmie peł­nym ode­rwa­nych od rze­czy­wi­sto­ści slo­ga­nów swo­istą postać anio­ła świa­tło­ści i sta­je się gro­bem pobie­la­nym. Podob­nie jest w odnie­sie­niu do nomi­nal­ne­go chrze­ści­jań­stwa, w któ­rym wszy­scy są chrze­ści­ja­na­mi o okre­ślo­nej orien­ta­cji wyzna­nio­wej jak­by z uro­dze­nia i pocho­dze­nia co do wyzna­nia i naro­do­wo­ści; co praw­da nie­co ina­czej to wyglą­da u ewan­ge­licz­nych chrze­ści­jan, ale i tu są pew­ne nie­do­mó­wie­nia i nie­kon­se­kwen­cje z tym zwią­za­ne. Ma lub mia­ło to jed­nak zwią­zek z fak­tem, że nomi­nal­ne chrze­ści­jań­stwo w wie­lu kra­jach, tak jak w Pol­sce, Hisz­pa­nii, we Wło­szech, w Wiel­kiej Bry­ta­nii czy w pań­stwach Skan­dy­naw­skich, mie­wa na ogół cha­rak­ter naro­do­wy i poko­le­nio­wy, co siłą rze­czy nada­je mu pra­wo okre­śla­nia zasad etycz­nych dla znacz­nej czę­ści spo­łe­czeń­stwa, zasad nie­kie­dy nie­po­kry­wa­ją­cych się z zapa­try­wa­nia­mi oso­bi­sty­mi poszcze­gól­nych jed­no­stek i grup spo­łecz­nych. Przy tym Kościół więk­szo­ścio­wy, tak jak w Pol­sce Kościół rzym­sko­ka­to­lic­ki, jest cza­sem insty­tu­cją rzą­dzą­cą się wła­snym pra­wem wewnętrz­nym, two­rząc swe­go rodza­ju pań­stwo w pań­stwie. Było to dostrze­gal­ne i uciąż­li­we w okre­sie PRL, kie­dy to, na sku­tek zdog­ma­ty­zo­wa­ne­go i w swej isto­cie sek­ciar­skie­go świa­to­po­glą­du o świec­ko­ści pań­stwa ówcze­snej wła­dzy ludo­wej, oby­wa­te­le nasze­go kra­ju, zawie­ra­jąc mał­żeń­stwo, skła­da­li dwa ślu­by: przed urzęd­ni­kiem w urzę­dzie sta­nu cywil­ne­go i przed księ­dzem lub pasto­rem w koście­le. Sku­tek tego był taki, że w nie­któ­rych śro­do­wi­skach, nie tyl­ko kato­lic­kich, wytwo­rzył się swo­isty duali­stycz­ny sys­tem war­to­ści co do związ­ku mał­żeń­skie­go; i tak, jeśli ktoś miał tyl­ko ślub cywil­ny zawar­ty przed urzęd­ni­kiem sta­nu cywil­ne­go, a nie miał ślu­bu kościel­ne­go zawar­te­go przed księ­dzem czy pasto­rem, to nie miał go wca­le. Ten dualizm ma miej­sce i dzi­siaj. Bo też dla wie­lu osób ze śro­do­wisk chrze­ści­jań­skich, zarów­no tych kato­lic­kich, jak i ewan­ge­licz­nych, ślub zawar­ty w urzę­dzie nie ma takiej samej war­to­ści i mocy praw­nej jak ten kościel­ny. Tego typu poglą­dy nie mają pod­ło­ża biblij­ne­go, a wyni­ka­ją z uwa­run­ko­wań historyczno‐społecznych i reli­gij­nych, na tle sakra­men­ta­li­za­cji związ­ku mał­żeń­skie­go w okre­ślo­nym cza­sie przez domi­nu­ją­cy w Euro­pie Kościół rzym­sko­ka­to­lic­ki, a tak­że z nie­zna­jo­mo­ści histo­rii, jak i z nie­zro­zu­mie­nia isto­ty mał­żeń­stwa jako insty­tu­cji o cha­rak­te­rze społeczno‐prawnym i etycz­nym, a nie tyl­ko reli­gij­nym. W Biblii – ani w Sta­rym, ani w Nowym Testa­men­cie – nie ma nic na temat tego, by zwią­zek mał­żeń­ski zawie­rać przed kapła­nem w Namio­cie Spo­tka­nia czy w Świą­ty­ni Jero­zo­lim­skiej bądź przed pre­zbi­te­rem (bisku­pem), pasto­rem czy dia­ko­nem. Pismo świę­te nato­miast zwie­ra spo­ro infor­ma­cji co do wza­jem­nych rela­cji mał­żon­ków wobec sie­bie, rów­nież i w odnie­sie­niu do pra­wa roz­wo­do­we­go, o czym sze­rzej w dal­szej czę­ści arty­ku­łu.

Wra­ca­jąc jed­nak do isto­ty wstę­pu, Kościół rzym­sko­ka­to­lic­ki na przy­kład nie uzna­je cywil­nej for­my roz­wo­dów, co nie zmie­nia fak­tu, jak już zasy­gna­li­zo­wa­li­śmy, że ist­nie­je w ramach pra­wa kościel­ne­go moż­li­wość unie­waż­nie­nia, a w kon­se­kwen­cji roz­wią­za­nia ist­nie­ją­ce­go i zawar­te­go zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cym pra­wem związ­ku mał­żeń­skie­go. Toteż w naszym kra­ju co roku w opar­ciu o to pra­wo kano­nicz­ne prze­pro­wa­dza się oko­ło tysią­ca takich spraw (dane z koń­ca ubie­głe­go stu­le­cia). W Pol­sce od cza­su trans­for­ma­cji polityczno‐gospodarczej w sto­sun­ku do innych państw kato­lic­kich zosta­ło prze­pro­wa­dzo­nych naj­wię­cej unie­waż­nień związ­ków mał­żeń­skich. Ta nie­ko­rzyst­na na tle innych kra­jów kato­lic­kich sta­ty­sty­ka nie­wąt­pli­wie wyni­ka z fak­tu, że w Pol­sce mimo wszyst­ko jest nie­po­rów­na­nie wię­cej ludzi przy­zna­ją­cych się do wyzna­nia rzym­sko­ka­to­lic­kie­go i poważ­nie trak­tu­ją­cych wyzna­wa­ne przez sie­bie zasa­dy wia­ry, co spra­wia, że szu­ka­ją oni roz­wią­za­nia pro­ble­mów mał­żeń­skich w świe­tle pra­wa kościel­ne­go, a nie cywil­ne­go, przy tym wyni­ka to też z moż­li­wo­ści, że od lat 90. ubie­głe­go wie­ku pro­ce­sy tego typu mogą być prze­pro­wa­dza­ne przez insty­tu­cje kościel­ne bez więk­szych już prze­szkód ze stro­ny admi­ni­stra­cji pań­stwo­wej.

Nie­mniej jed­nak sam fakt prze­pro­wa­dza­nia tego typu prze­wo­dów spo­ro nam mówi o zacho­dzą­cych kon­flik­tach, z jaki­mi sty­ka­ją się ludzie w związ­kach mał­żeń­skich. Bo też jest to po pro­stu inna for­ma roz­wią­za­nia ist­nie­ją­ce­go już w sen­sie formalno‐prawnym związ­ku mał­żeń­skie­go, choć nie­wąt­pli­wie w wie­lu punk­tach opie­ra­ją się te unie­waż­nie­nia, nie tyl­ko o zada­ną spo­łecz­nie argu­men­ta­cję, ale też i o biblij­ne praw­dy wia­ry w tym tema­cie. Tu war­to przy­po­mnieć co nie­któ­rym, że unie­waż­nie­nie mał­żeń­stwa na zasa­dach pra­wa kano­nicz­ne­go, podob­nie jak roz­wód prze­pro­wa­dzo­ny w świe­tle pra­wa świec­kie­go, skut­ku­je pra­wem dla obu stron tego pro­ce­su do ponow­ne­go zawar­cia przez nich mał­żeń­stwa. Przy tym, w odróż­nie­niu od wie­lu nie­od­po­wie­dzial­nych ewan­ge­licz­nych chrze­ści­jan, Kościół rzym­sko­ka­to­lic­ki zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cym pra­wem mał­żeń­stwo dwóch osób nie­ochrz­czo­nych uwa­ża za waż­ne, choć nie zosta­ło ono zawar­te w koście­le. Bo też pier­wot­nie mał­żeń­stwo nie mia­ło cha­rak­te­ru sakral­ne­go, jak ma to miej­sce obec­nie, o czym wie­lu współ­cze­snych chrze­ści­jan z roz­ma­itych nur­tów zapo­mi­na. Bo też, jak zauwa­żył dr Michał Woj­cie­chow­ski z Aka­de­mi Teo­lo­gii Kato­lic­kiej, „nie spo­sób twier­dzić, że w innych reli­giach czy wśród nie­wie­rzą­cych nie ma praw­dzi­wych mał­żeństw”. Jed­nak w wyjąt­ko­wych przy­pad­kach mał­żeń­stwo takie, nawet waż­nie zawar­te, może zostać roz­wią­za­ne: wte­dy mia­no­wi­cie gdy jed­no z mał­żon­ków przyj­mu­je wia­rę w Chry­stu­sa, a dru­gi z tego powo­du zry­wa zwią­zek mał­żeń­ski. Zasa­dę tę podał św. Paweł, stąd nazy­wa się ją „przy­wi­le­jem Paw­ło­wym”. Temat tego przy­wi­le­ju sze­rzej podej­mie­my w dal­szej czę­ści niniej­sze­go arty­ku­łu przy oka­zji roz­pa­try­wa­nia spra­wy roz­wo­du w świe­tle naucza­nia apo­stol­skie­go.

Następ­nym przy­pad­kiem umoż­li­wia­ją­cym roz­wią­za­nie takie­go waż­nie zawar­te­go mał­żeń­stwa w Koście­le kato­lic­kim może być nie­do­peł­nie­nie go przez współ­ży­cie sek­su­al­ne, wyma­ga­na jest w tym przy­pad­ku jed­nak dys­pen­sa papie­ska. Powo­dem zaś do unie­waż­nie­nia mał­żeń­stwa zawar­te­go zgod­nie z pra­wem kościel­nym może być udo­wod­nie­nie, że zosta­ło ono zawar­te pod przy­mu­sem, tj. na sku­tek szan­ta­żu bądź pre­sji psy­chicz­nej, nie mówiąc już o prze­mo­cy fizycz­nej. Zda­rza­ją się rodzi­ce, któ­rzy gro­żą cór­ce w cią­ży wyrzu­ce­niem z domu, jeśli nie wyj­dzie za męż­czy­znę, któ­ry jest ojcem jej dziec­ka, cho­ciaż ona sama, mimo „wpad­ki”, z wła­snej woli tego męż­czy­zny na męża by nie wybra­ła. Nie­kie­dy wystę­pu­ją sytu­acje wymu­sza­nia ślu­bu poprzez sto­so­wa­nie naci­sków eko­no­micz­nych bądź gróźb samo­bój­czych ze stro­ny osób, któ­rym odma­wia się zawar­cia związ­ku mał­żeń­skie­go. Istot­nym argu­men­tem do unie­waż­nie­nia związ­ku mał­żeń­skie­go jest ukry­cie przed ślu­bem takich fak­tów jak zabu­rze­nia umy­sło­we (schi­zo­fre­nia, para­no­ja), skłon­ność do prze­mo­cy fizycz­nej i psy­chicz­nej, zbo­cze­nia sek­su­al­ne, alko­ho­lizm czy inne uza­leż­nie­nia. Nie­kie­dy w kłam­stwie uczest­ni­czy cała rodzi­na, by zna­leźć żonę dla syna‐pijaka czy dla upo­śle­dzo­nej cór­ki.

Isto­tą mał­żeń­stwa, nie tyl­ko prze­cież chrze­ści­jań­skie­go, jest wspól­ne poży­cie, a zatem poczę­cie potom­stwa jak i zobo­wią­za­nie się do sta­łej wier­no­ści i miło­ści, wyra­ża­ją­cej się we wza­jem­nym sza­cun­ku do sie­bie, posza­no­wa­niu god­no­ści współ­part­ne­ra i zaspo­ka­ja­nia wza­jem­nych potrzeb mate­rial­nych, emo­cjo­nal­nych i sek­su­al­nych. Toteż mał­żeń­stwo może zostać unie­waż­nio­ne, gdy zacho­dzi fizycz­na nie­zdol­ność do współ­ży­cia sek­su­al­ne­go bądź jeśli ktoś przed ślu­bem ukry­wał fakt, że w mał­żeń­stwie nie chce mieć dzie­ci albo gdy odkła­da ich posia­da­nie w nie­skoń­czo­ność. Przy tym nie­płod­ność wyni­ka­ją­ca z bio­lo­gicz­nych uwa­run­ko­wań nie może być pod­sta­wą do unie­waż­nie­nia mał­żeń­stwa.

Dodat­ko­wo obok unie­waż­nie­nia mał­żeń­stwa z wyżej wymie­nio­nych powo­dów Kościół rzym­sko­ka­to­lic­ki dopusz­cza sepa­ra­cję. Nikt nie ma przy­mu­su miesz­kać i współ­żyć z kimś, kto trwa­nie związ­ku mał­żeń­skie­go unie­moż­li­wia poprzez pijań­stwo czy zdra­dę. Sepa­ra­cja jed­nak w odróż­nie­niu od unie­waż­nie­nia związ­ku czy roz­wo­du nie daje pra­wa do ponow­ne­go zawar­cia mał­żeń­stwa. Jak wyni­ka z tego, co powy­żej, zasa­dy poży­cia i ewen­tu­al­ne przy­czy­ny unie­waż­nie­nia mał­żeń­stwa są w świe­tle pra­wa kano­nicz­ne­go dość kla­row­ne i biblij­nie zasad­ne. Z wyjąt­kiem może sepa­ra­cji, do któ­rej jeśli już docho­dzi, to nale­ży też mieć świa­do­mość, że jest to sepa­ra­cja, nie zaś roz­wód z pra­wem do moż­li­wo­ści zawar­cia nowe­go związ­ku bądź poży­cia sek­su­al­ne­go z inną oso­bą. Wska­zu­je na to w swo­im naucza­niu Apo­stoł Paweł w sło­wach: „Tym zaś, któ­rzy żyją w sta­nie mał­żeń­skim, naka­zu­ję nie ja, lecz Pan, aże­by żona męża nie opusz­cza­ła, a jeśli opu­ści­ła, niech pozo­sta­nie nie­za­męż­na albo niech się z mężem pojed­na; niech też mąż z żoną się nie roz­wo­dzi”[12]. Mówiąc ina­czej, Paweł nie zezwa­la wśród wie­rzą­cych współ­mał­żon­ków na roz­wód, ale jedy­nie na sepa­ra­cję; wpraw­dzie nie defi­niu­je co jest powo­dem tej sepa­ra­cji, tj. opusz­cze­nia męża przez żonę i odwrot­nie, ale pozwa­la im na nie­po­sia­da­nie wspól­no­ty sto­łu i łoża, zakła­da­jąc moż­li­wość powro­tu. Bo też trud­no sobie wyobra­zić sytu­ację, że wśród ludzi biblij­nie wie­rzą­cych i będą­cych przy tym człon­ka­mi tego same­go Kościo­ła docho­dzi do nie­od­po­wie­dzial­nej sepa­ra­cji pro­wa­dzą­cej jed­ną ze stron, na sku­tek ogra­ni­cze­nia jej poży­cia intym­ne­go, do cudzo­łó­stwa bądź wsze­te­czeń­stwa. W takim przy­pad­ku trud­no stwier­dzić, co gor­sze: roz­wód czy sepa­ra­cja. Sepa­ra­cja, któ­rą Paweł dopusz­cza, doty­czy tyl­ko osób wie­rzą­cych, tj. nie mał­żeń­stwa mie­sza­ne­go, zatem oso­by wie­rzą­cej żyją­cej z oso­bą nie­wie­rzą­cą, któ­ra na sku­tek nie­ak­cep­ta­cji wyzna­nia współ­mał­żon­ka może chcieć się z nim rozejść[13], bądź też oso­by wie­rzą­cej, któ­ra nie stoi jed­nak pod zarzu­tem cudzo­łó­stwa wobec współ­mał­żon­ka wie­rzą­ce­go[14]. Toteż oso­by będą­ce w sepa­ra­cji, jeśli poczu­ją się zagro­żo­ne w tej sfe­rze, powin­ny się zejść, jak naucza Paweł; nie pozwa­la się im na zwią­zek z kimś innym i nie obo­wią­zu­je ich klau­zu­la Moj­że­sza[15]. Przy tym sam stan sepa­ra­cji nie powi­nien budzić moral­nych zastrze­żeń do współ­mał­żon­ka, bo w przy­pad­ku ich zaist­nie­nia oso­ba pro­wa­dzą­ca się nie­mo­ral­nie i nie­zgod­nie z zasa­da­mi wia­ry powin­na zostać zdy­scy­pli­no­wa­na przez wspól­no­tę, a jeśli zacho­dzi taka potrze­ba – wyłą­czo­na z niej. Kościół widząc zaś jakieś nie­wła­ści­we posta­wy u jed­ne­go ze współ­mał­żon­ków powi­nien go dys­cy­pli­no­wać, by do sepa­ra­cji nie doszło, a jeśli mimo to obo­je współ­mał­żon­ko­wie zgod­nie uzna­li sepa­ra­cję za koniecz­ną, to w razie nie­moż­no­ści dotrzy­ma­nia przez nich zasad sepa­ra­cji, wspól­no­ta rów­nież powin­na dopro­wa­dzić do popra­wy rela­cji mię­dzy mał­żon­ka­mi w celu ewen­tu­al­ne­go zej­ścia się ich, by unik­nę­li oni wsze­te­czeń­stwa na sku­tek nie­wstrze­mięź­li­wo­ści sek­su­al­nej bądź roz­wo­du i upad­ku ducho­we­go wsku­tek nara­sta­ją­cej nie­chę­ci do sie­bie.

Wra­ca­jąc jed­nak do głów­nej myśli tego wstę­pu zasy­gna­li­zu­je­my jesz­cze, iż w tema­cie roz­wo­dów, ich dopusz­czal­no­ści bądź nie, w zbo­rach ewan­ge­licz­nych chrze­ści­jan sytu­acja jest wręcz tra­gicz­na w skut­kach. Jest tak dla­te­go, że brak jest kon­struk­tyw­ne­go naucza­nia biblij­ne­go i jed­no­znacz­ne­go poglą­du w tej kwe­stii, obo­wią­zu­ją­ce­go całą okre­ślo­ną deno­mi­na­cję czy nurt wyzna­nio­wy. Stan ten powo­du­je, że nie­któ­rzy pasto­rzy lokal­nych zbo­rów, w zależ­no­ści od swo­ich poglą­dów i oko­licz­no­ści, dopusz­cza­ją się udzie­la­nia ślu­bu ludziom roz­wie­dzio­nym mimo nie­ak­cep­ta­cji takich związ­ków wśród wie­lu ich współ­wy­znaw­ców. To zaś pro­wa­dzi nie tyl­ko do dowol­no­ści inter­pre­ta­cyj­nej w tej spra­wie i wie­lu nie­po­ro­zu­mień, ale i do roz­ma­itych osą­dów, podej­rzeń o funk­cjo­no­wa­nie w ramach wyzna­nio­wej wspól­no­ty swo­istej „cichej zasa­dy”, że jed­nym wol­no wejść w dru­gi zwią­zek, innym zaś nie, w zależ­no­ści od sta­tu­su czy ukła­dów i powią­zań rodzin­nych, jakie dana oso­ba ma w ramach okre­ślo­ne­go wyzna­nia. Wie­lu też pasto­rów i kazno­dziei cie­szą­cych się spo­rym auto­ry­te­tem wśród nie­któ­rych wspól­not o cha­rak­te­rze ewan­ge­licz­nym i zie­lo­no­świąt­ko­wym, mają­cych jed­no­znacz­ne w tej kwe­stii i biblij­nie uza­sad­nio­ne poglą­dy, po pro­stu boi się gło­śno na ten temat wypo­wia­dać, by nie utra­cić w oczach swo­ich współ­wy­znaw­ców popu­lar­no­ści i uzna­nia.

Dodaj­my jesz­cze na zakoń­cze­nie tego wpro­wa­dze­nia, że w odróż­nie­niu od pro­te­stan­tów i kato­li­ków, wśród wyznaw­ców pra­wo­sła­wia temat mał­żeń­stwa, a tym samym roz­wo­dów, nie budzi tyle emo­cji na sku­tek jasnych i przej­rzy­stych reguł w kon­tek­ście isto­ty związ­ku mię­dzy kobie­tą a męż­czy­zną. Nale­ży w tym miej­scu przy­po­mnieć i pod­kre­ślić naszym czy­tel­ni­kom, że nie­któ­re posta­wy reli­gij­ne lub zasa­dy etycz­ne pra­wo­sła­wia są w swej tre­ści i for­mie nie­wąt­pli­wie bliż­sze tra­dy­cji antycz­ne­go więk­szo­ścio­we­go Kościo­ła. W pra­wo­sła­wiu nie tyl­ko komu­nia cele­bro­wa­na jest pod dwie­ma posta­cia­mi chle­ba i wina, jak mia­ło to miej­sce jesz­cze w poapo­stol­skim chrze­ści­jań­stwie, ale rów­nież duchow­ni (kapła­ni), mogą wcho­dzić w związ­ki mał­żeń­skie, celi­bat obo­wią­zu­je tyl­ko bisku­pów i mni­chów. W koście­le pra­wo­sław­nym w okre­ślo­nych oko­licz­no­ściach moż­na otrzy­mać roz­wód i po raz dru­gi zawrzeć zwią­zek mał­żeń­ski – nie doty­czy to jed­nak kapła­nów i dia­ko­nów.

W następ­nym roz­dzia­le przej­dzie­my do isto­ty mał­żeń­stwa i jego roli na tle etycz­nym i praw­nym w życiu spo­łecz­nym.

2. Małżeń­stwo i roz­wód na tle uwa­run­ko­wań spo­łecz­nych

Podej­mu­jąc temat mał­żeń­stwa, zwią­za­ne­go z nim poży­cia intym­ne­go, jak i roz­wo­du, war­to na wstę­pie zadać sobie pyta­nie, co wła­ści­wie było pierw­sze: kul­tu­ro­we wzor­ce zacho­wań sek­su­al­nych, mał­żeń­skich i roz­wo­do­wych czy też reli­gij­ne zasa­dy ich doty­czą­ce. Bio­rąc pod uwa­gę reli­gij­ne uspo­so­bie­nie czło­wie­ka i jego potrze­bę odwo­ły­wa­nia się do bóstwa i zwią­za­nej z nim trans­cen­den­cji, jest w zasa­dzie bar­dzo trud­no usta­lić, co tak napraw­dę było pierw­sze. Nie­mniej jed­nak zgo­dzi­my się z tym, że ludzie jesz­cze przed poja­wie­niem się zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­nych, zna­nych nam współ­cze­śnie form reli­gij­nych, takich jak wyzna­nie moj­że­szo­we, juda­izm, chrze­ści­jań­stwo i islam, okre­śli­li i uzna­wa­li jakieś zasa­dy życia sek­su­al­ne­go i zawie­ra­nia związ­ków mał­żeń­skich w ramach pra­wa zwy­cza­jo­we­go, bar­dziej lub mniej odwo­łu­ją­ce­go się do tra­dy­cji i wie­rzeń ple­mien­nych. Dostrze­ga­my ten pro­ces choć­by w biblij­nej nar­ra­cji doty­czą­cej życia i postaw ojców naro­du Izra­ela, takich jak Abra­ham, Iza­ak, Jakub czy Józef i Juda, któ­rzy prze­cież w swo­im życiu intym­nym, spo­łecz­nym, reli­gij­nym – w tym tak­że przy zawie­ra­niu związ­ku mał­żeń­skie­go – nie kie­ro­wa­li się pra­wem Moj­że­sza, a zwy­cza­ja­mi bądź pra­wem zna­nym ludziom, wśród któ­rych przy­szło im żyć.

Abra­ham współ­żył z nie­wol­ni­cą Hagar nie dla­te­go, że na sku­tek pożą­da­nia wobec niej zdra­dził swo­ją żonę Sarę, ale uczy­nił to za zgo­dą Sary, by w ten spo­sób w opar­ciu o zna­ne im wów­czas pra­wo Ham­mu­ra­bie­go dać jej i sobie potom­stwo, a tym samym dzie­dzi­ca i opie­ku­na na sta­rość. Patriar­cho­wie, jak i ich potom­ko­wie, zanim Moj­żesz prze­ka­zał im Pra­wo, postę­po­wa­li w zgo­dzie z obo­wią­zu­ją­cy­mi zwy­cza­ja­mi i to nawet wów­czas, gdy odwo­ły­wa­li się w swo­ich dzia­ła­niach do Boga; Boga, któ­ry tyl­ko im obja­wił się w Sło­wie i dzia­ła­niu wobec nich jako Jedy­ny, Wie­ku­isty i Widzą­cy – jak mia­ło to miej­sce w przy­pad­ku Abra­ha­ma, któ­ry zle­cił swo­je­mu wier­ne­mu słu­dze zna­le­zie­nie i przy­pro­wa­dze­nie żony dla swo­je­go syna Iza­aka[16], nie mówiąc już o Judzie i jego posta­wie wobec syno­wej Tamar[17]. Zanim zosta­ło nada­ne pra­wo Moj­że­sza, ludzie opi­sa­ni w Biblii kie­ro­wa­li się zasa­da­mi pra­wa zwy­cza­jo­we­go, reli­gij­ne­go oraz roz­sąd­kiem w kon­tek­ście lęku o swo­je życie, jak w przy­pad­ku Abra­ha­ma i Iza­aka[18]. Jest też poza wszel­ką dys­ku­sją to, że pierw­si chrze­ści­ja­nie w żaden szcze­gól­ny spo­sób nie regu­lo­wa­li zawie­ra­nia związ­ków mał­żeń­skich mię­dzy sobą, pozo­sta­wia­jąc tę kwe­stię pra­wu Moj­że­sza i zwy­cza­jom Izra­ela w przy­pad­ku chrze­ści­jan pocho­dze­nia żydow­skie­go, nato­miast gdy cho­dzi­ło o chrze­ści­jan pocho­dze­nia grecko‐rzymskiego – admi­ni­stra­cji i pra­wu cesar­stwa.

Nie znaj­du­je­my też jakich­kol­wiek dowo­dów sprzed III w. na ist­nie­nie jakie­goś odręb­ne­go rytu chrze­ści­jań­skie­go doty­czą­ce­go zawie­ra­nia związ­ku mał­żeń­skie­go, tj. w naszym dzi­siej­szym rozu­mie­niu aktu ślu­bu, i to mimo tego, iż mał­żeń­stwo dla nowo­te­sta­men­to­wych chrze­ści­jan, podob­nie jak w tra­dy­cji Izra­ela, było jedy­ną legal­ną for­mą odby­wa­nia sto­sun­ków sek­su­al­nych mię­dzy męż­czy­zną i kobie­tą. Dopie­ro na sku­tek przy­swa­ja­nia przez ówcze­sny Kościół chrze­ści­jań­ski (zwłasz­cza w cesar­stwie zachod­nim) poza­ko­ściel­nych zwy­cza­jów i obrzę­do­wo­ści, ślub sta­je się aktem prawno‐religijnym, zaś samo mał­żeń­stwo sakra­men­tem. Począt­ku tej kościel­nej litur­gii nale­ży szu­kać w zwy­cza­jach, jakie pano­wa­ły w chrze­ści­jań­skich rodzi­nach i posta­wach wier­nych, nie­kie­dy zapra­sza­ją­cych swo­je­go bisku­pa na cere­mo­nię zawie­ra­nia mał­żeń­stwa, pod­czas któ­rej on siłą rze­czy jako dusz­pa­sterz bło­go­sła­wił nowo­żeń­com ich, cywil­ny prze­cież, ślub. Z cza­sem zwy­czaj ten stał się nor­mą: nowo­żeń­cy zapra­sza­li i pro­si­li bisku­pa, aby pobło­go­sła­wił ich zwią­zek. W IV wie­ku ten zwy­czaj roz­rósł się i przy­brał już bar­dziej kom­plet­ny kształt cere­mo­nii kościel­nej. Z tego też okre­su pocho­dzą pierw­sze świa­dec­twa mówią­ce o litur­gii bło­go­sła­wień­stwa ślub­ne­go, któ­ra z cza­sem zosta­je włą­czo­na do prze­bie­gu mszy. Dokład­ny opis takiej cere­mo­nii posia­da­my z począt­ków V wie­ku.

Inny­mi sło­wy, zwy­cza­jo­wy akt bło­go­sła­wień­stwa z cza­sem stał się kano­nicz­nie obo­wiąz­ko­wy, zaś cywil­ne for­my zawie­ra­nia mał­żeń­stwa włą­czo­no do pra­wa kościel­ne­go. Wszyst­ko to jed­nak nie było obo­wiąz­ko­we do uzna­nia waż­no­ści związ­ku, cho­ciaż w nie­któ­rych regio­nach lokal­ne syno­dy pró­bo­wa­ły nało­żyć obo­wią­zek bło­go­sła­wień­stwa kapłań­skie­go pod groź­bą nie­waż­no­ści mał­żeń­stwa. Celem jed­nak takich dzia­łań Kościo­ła i uchwał syno­dów była przede wszyst­kim praw­na ochro­na mał­żeń­stwa przed róż­ny­mi nad­uży­cia­mi ze stro­ny zawie­ra­ją­cych zwią­zek mał­żeń­ski osób. Z tego też powo­du Kościół moc­no naci­skał na zacho­wa­nie publicz­nej i praw­nej for­my zawie­ra­nia mał­żeń­stwa, cho­ciaż na począt­ku nie było waż­ne, czy to była for­ma cywil­na, czy kościel­na. Z cza­sem jed­nak for­ma kano­nicz­na two­rzą­cej się litur­gii zaczy­na domi­no­wać, zastę­pu­jąc dotych­cza­so­we for­my ple­mien­ne. W ten też spo­sób kościel­na litur­gia zasy­mi­lo­wa­ła i zin­te­gro­wa­ła całą serię ple­mien­nych, ludo­wych w swej isto­cie zwy­cza­jów i obrzę­dów w odnie­sie­niu do pier­wot­nej litur­gii Kościo­ła. Rze­czy, sym­bo­le, cywil­ne akty praw­ne, obrącz­ki, posag, nało­że­nie welo­nu itp., przed­mio­ty i zwy­cza­je pocho­dzą­ce od zwy­cza­jów ple­mion ger­mań­skich, cel­tyc­kich, fran­koń­skich, lom­bardz­kich i innych, stwo­rzy­ły litur­gię Kościo­ła. Wpływ na to mia­ły rów­nież pra­wa i zwy­cza­je grec­kie, rzym­skie czy też izra­el­skie, ale i orien­tal­ne, głów­nie za przy­czy­ną hisz­pań­skich Wizy­go­tów. Ofi­cjal­nie i osta­tecz­nie sakra­men­tal­ność mał­żeń­stwa potwier­dził dopie­ro II Sobór Late­rań­ski (1139 r.), a w póź­niej­szych wie­kach Sobór Flo­renc­ki (1439 r.). Tak, więc na prze­ło­mie XIXII wie­ku koń­czy się wła­ści­wie pro­ces kształ­to­wa­nia litur­gii kościel­nej w odnie­sie­niu do kon­se­kra­cji zawar­cia związ­ku mał­żeń­skie­go, jak i naci­sku na prze­strze­ga­nie jej przez wyznaw­ców chrze­ści­jań­stwa zwią­za­ne­go z papie­stwem. Nie było to zatem wyni­kiem jakieś pier­wot­nej tra­dy­cji apo­stol­skiej czy antycz­nej syno­dal­nej jurys­dyk­cji Kościo­ła, ale odpo­wie­dzią na potrze­by kształ­tu­ją­cej się społeczno‐politycznej i reli­gij­nej rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra powsta­wa­ła powo­li na prze­strze­ni wie­ków.

Wróć­my jed­nak do isto­ty rze­czy w odnie­sie­niu zarów­no do mał­żeń­stwa, jak i do roz­wo­du jako spo­łecz­nej for­my wza­jem­nych rela­cji męż­czy­zny i kobie­ty na tle ich intym­nych i rodzin­nych sto­sun­ków. W Izra­elu, podob­nie jak u innych naro­dów, zawar­cie mał­żeń­stwa było for­mą obu­stron­nej umo­wy mię­dzy stro­na­mi przy­szłe­go związ­ku dwoj­ga ludzi o odmien­nej płci. Przy tym umo­wa ta mia­ła cha­rak­ter społeczno‐ekonomiczny, naj­czę­ściej też zawie­ra­na była przez rodzi­ców przy­szłych mał­żon­ków lub mię­dzy męż­czy­zną a ojcem jego kan­dy­dat­ki na żonę. Zawar­cie takie­go mał­żeń­stwa było na ogół uwa­run­ko­wa­ne i wią­za­ło się mię­dzy inny­mi ze zobo­wią­za­nia­mi mate­rial­ny­mi ze stro­ny przy­szłe­go mał­żon­ka, jak i z posa­giem jego wybran­ki, w któ­ry wypo­sa­ża­ła ją jej rodzi­na. Tego typu uwa­run­ko­wa­nia w tam­tych realiach ekonomiczno‐kulturowych i spo­łecz­nych mia­ły na celu ochro­nę kobie­ty i jej mate­rial­ne zabez­pie­cze­nie[19].

Inny­mi sło­wy, mał­żeń­stwo nie mia­ło takie­go sakral­ne­go cha­rak­te­ru jak obec­nie. Jak widzie­li­śmy wyżej, for­ma ślu­bu kościel­ne­go i sakra­men­tu mał­żeń­stwa jest znacz­nie póź­niej­szym wytwo­rem Kościo­ła insty­tu­cjo­nal­ne­go. Bio­rąc to pod uwa­gę, war­to sobie uzmy­sło­wić, że nie ma cze­goś takie­go w naucza­niu biblij­nym, jak waż­ny ślub kościel­ny, a nie­waż­ny cywil­ny[20]. W związ­ku z tym, w nauce apo­stol­skiej poza naucza­niem zwią­za­nym ze wza­jem­nym poży­ciem mał­żon­ków[21], nie ma żad­nej instruk­cji w zna­cze­niu formalno‐prawnym w kwe­stii udzie­la­nia ślu­bu ludziom wie­rzą­cym, tj. usank­cjo­no­wa­nia czy zale­ga­li­zo­wa­nia praw­ne­go ich związ­ku mał­żeń­skie­go w ramach misji i dzia­łal­no­ści Kościo­ła. Pier­wot­ne gmi­ny chrze­ści­jań­skie, jak wyni­ka z tre­ści Nowe­go Testa­men­tu, uzna­wa­ły w ramach obo­wią­zu­ją­ce­go pra­wa i zwy­cza­ju okre­ślo­ne­go śro­do­wi­ska publicz­nie zawar­te związ­ki mał­żeń­skie, na co wska­zu­je bar­dzo jed­no­znacz­nie sto­su­nek Paw­ła do mał­żeństw mie­sza­nych. Dla Paw­ła mał­żeń­stwo, jako umo­wa społeczno‐prawna ludzi nie­wie­rzą­cych, któ­re zosta­ło zawar­te publicz­nie i zgod­nie z pra­wem obo­wią­zu­ją­cym w okre­ślo­nym śro­do­wi­sku, tak­że przed nawró­ce­niem się jed­ne­go ze współ­mał­żon­ków, nie mówiąc już o oboj­gu, było wią­żą­ce. Dopusz­czał on jedy­nie unie­waż­nie­nie, tj. roz­wód takie­go mał­żeń­stwa, tyl­ko w przy­pad­ku, gdy jed­na ze stron tego związ­ku żyją­ca nadal w pogań­stwie nie akcep­tu­je wia­ry swo­je­go współ­mał­żon­ka i nie zga­dza się na dal­sze poży­cie z nim[22]. Przy tym stro­ną ini­cju­ją­cą roz­wód mógł być tyl­ko part­ner nie­wie­rzą­cy, co jesz­cze bar­dziej pod­kre­śla waż­ność w oczach Paw­ła mał­żeń­stwa zawar­te­go na zasa­dach pra­wa zwy­cza­jo­we­go bądź sta­no­wio­ne­go. Nie­wy­klu­czo­ne, iż tego typu mał­żeń­stwa zawie­ra­ne przez ludzi wie­rzą­cych mogły być, acz­kol­wiek nie­ko­niecz­nie, bło­go­sła­wio­ne na życze­nie nowo­żeń­ców w lokal­nym zbo­rze przez ich star­szych, w myśl zasa­dy, że „wszyst­ko cokol­wiek czy­ni­my w sło­wie lub w uczyn­ku, powin­no być czy­nio­ne w imie­niu Pana Jezu­sa, z dzięk­czy­nie­niem”[23].

Dalej, do zro­zu­mie­nia nowo­te­sta­men­to­we­go apo­stol­skie­go naucza­nia w odnie­sie­niu do mał­żeń­stwa i roz­wo­du na tle sek­su­al­no­ści czło­wie­ka, jak i zro­zu­mie­nia źró­dła współ­cze­snych prze­ko­nań wie­lu chrze­ści­jan, koniecz­ne jest, choć­by tyl­ko w zary­sie, przed­sta­wie­nie zacho­dzą­cej w tym tema­cie ewo­lu­cji ide­owej, jaka zaszła na prze­strze­ni histo­rii roz­wo­ju Kościo­ła więk­szo­ścio­we­go. Brak tej nie­zbęd­nej wie­dzy o pro­ce­sie prze­mian ide­owych spra­wia, że wśród wie­lu chrze­ści­jan nie ma świa­do­mo­ści, iż ich oso­bi­ste prze­ko­na­nia w kwe­stii sek­su­al­no­ści czło­wie­ka, mał­żeń­stwa i roz­wo­dów, jak i naucza­nie w ich kościo­łach na ten temat, są nie tyle wyni­kiem rze­tel­nej reflek­sji wypły­wa­ją­cej bez­po­śred­nio z Biblii, ile przede wszyst­kim dzie­dzic­twem dok­try­ny ukształ­to­wa­nej w okre­sie for­mo­wa­nia się Kościo­ła więk­szo­ścio­we­go w IIIIV wie­ku. Kościo­ła, któ­ry w swej zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­nej i domi­nu­ją­cej for­mie wal­nie musiał prze­ciw­sta­wić się oby­cza­jo­wo­ści i moral­no­ści ówcze­sne­go świa­ta na tle sek­su­al­no­ści czło­wie­ka, jak i roz­ma­itym nur­tom gno­stycz­nym lub dzia­ła­ją­cym w obrę­bie chrze­ści­jań­stwa wspól­no­tom mniej bądź bar­dziej here­tyc­kim czy sek­ciar­skim. W wie­lu tych gru­pach życie sek­su­al­ne jako dopeł­nie­nie i ozdo­ba miło­ści było nie­kie­dy skraj­nie repre­sjo­no­wa­ne. I tak, z jed­nej stro­ny żyją­cy w koń­cu I wie­ku Bazy­li­des gło­sił obo­jęt­ny sto­su­nek do roz­pust­ne­go życia sek­su­al­ne­go, z dru­giej żyją­cy w II wie­ku Kar­po­kra­tes (pomy­sło­daw­ca „wspól­no­ty żon”) przy­zwa­lał na dale­ko idą­cy pro­mi­sku­ityzm[24]. Przy tym dość sil­ne ten­den­cje asce­tycz­ne w wie­lu śro­do­wi­skach jude­ochrze­ści­jań­skich nazna­czo­nych ide­ami esse­ni­zmu i duali­zmem gno­zy dys­kre­dy­to­wa­ły mał­żeń­stwo; do poglą­dów tych usto­sun­ko­wu­je się już apo­stoł Paweł w swo­im liście do Tymo­te­usza, prze­strze­ga­jąc go przed roz­ma­ity­mi błęd­ny­mi nauka­mi, w tym i przed ludź­mi zabra­nia­ją­cy­mi związ­ków mał­żeń­skich[25]. Wspól­no­ty te gło­si­ły, że rodze­nie i śmierć, któ­re są ze sobą powią­za­ne, wraz z poja­wie­niem się Chry­stu­sa zakoń­czy­ły się, od tej pory też nie ma już męż­czy­zny ani kobie­ty, a zatem i płcio­wość nie ma już miej­sca. Tym samym idee te zawie­ra­ły potę­pie­nie mał­żeń­stwa i wzy­wa­ły mał­żon­ków, by się roze­szli[26].

Nie­za­leż­nie od tego, chrze­ści­jań­stwo więk­szo­ścio­we sku­pio­ne wokół bisku­pów metro­po­lii Cesar­stwa Rzym­skie­go, jak już zasy­gna­li­zo­wa­no na wstę­pie tego pod­roz­dzia­łu, musia­ło też odciąć się od tra­dy­cji rzym­skiej w tym wzglę­dzie, by nadać sobie wyra­zi­stą toż­sa­mość w morzu roz­pu­sty. Stąd też w naucza­niu wie­lu ówcze­snych bisku­pów wystę­pu­je ten bez­li­to­sny rygo­ryzm kościo­ła wobec roz­wią­zło­ści i sek­su w ogó­le, zna­ny nam i dzi­siaj. Nie mówiąc tu już o zacho­dzą­cych zmia­nach w poboż­no­ści chrze­ści­jań­skiej, w któ­rej to nowo­te­sta­men­to­wa asce­za pole­ga­ją­ca na odno­wie ducha, ser­ca i wewnętrz­nej wstrze­mięź­li­wo­ści[27] będą­cej skut­kiem mocy Ducha świę­te­go[28] zosta­ła zastą­pio­na roz­ma­ity­mi for­ma­mi umar­twia­nia cia­ła w zna­cze­niu fizycz­nym. Siłą zaś tej asce­tycz­nej poboż­no­ści w kon­tek­ście nie­któ­rych nur­tów neo­pla­toń­skich filo­zo­fii grec­kiej był nie­bi­blij­ny sto­su­nek do ludz­kie­go cia­ła, postrze­ga­ne­go jako wię­zie­nie duszy. Przy tym na prze­ło­mie IIIII wie­ku Kościół nie miał jed­no­znacz­nie wypra­co­wa­nej nauki o pocho­dze­niu duszy, poza uzna­niem, że pocho­dzi ona od Boga. To zaś nie zado­wa­la­ło nie­odro­dzo­nych i przy tym bar­dziej wyra­fi­no­wa­nych inte­lek­tu­al­nie jak i wykształ­co­nych w szko­łach filo­zo­ficz­nych chrze­ści­jan. Tym bar­dziej, że nie zawsze potra­fi­li oni sobie wytłu­ma­czyć zarzu­ty gno­sty­ków, że to okrut­ny Bóg żydow­ski kreu­je tą nie­rów­no­ścią dusz, co w kon­se­kwen­cji pro­wa­dzi do rodze­nia się dzie­ci kale­kich i upo­śle­dzo­nych.

Ory­ge­nes, by temu dać odpór, się­gnął nie tyle do Biblii, ile do idei neo­pla­toń­skich, twier­dząc, że dusze zosta­ły stwo­rzo­ne przez dobre­go Boga w jed­nej chwi­li i w cał­ko­wi­tej rów­no­ści, sta­no­wią też one odwiecz­ne byty współ­ist­nie­ją­ce z Bogiem. Wsku­tek jed­nak nie­rów­nej ich żar­li­wo­ści wobec Boga, jak i grze­chu pier­wo­rod­ne­go, dusze te sta­ły się anio­ła­mi, ludź­mi i demo­na­mi. Bóg w celu odku­pie­nia duszy z grze­chu stwo­rzył mate­rię, tj. świat zmy­sło­wy, jed­nak zarów­no pięk­no, jak i kosz­mar zmy­słów tak zawład­nę­ły ludź­mi, a tak­że byta­mi aniel­ski­mi i demo­nicz­ny­mi, że aby unik­nąć nad­mia­ru uczuć i pożą­dli­wo­ści koniecz­na jest asce­za. Sam Ory­ge­nes, by móc badać isto­tę bytu bez­grzesz­nie, zde­cy­do­wał się na kastra­cję, żeby tym spo­so­bem nie pod­da­wać się zmy­słom i zgub­nym uczu­ciom. Wpraw­dzie póź­niej żało­wał tego aktu, któ­ry jak się przy­pusz­cza nie zli­kwi­do­wał jego pocią­gu do kobiet. Nie­mniej jed­nak zarów­no on, jak i Kle­mens Alek­san­dryj­ski – dwaj wiel­cy mędr­cy tego okre­su – repre­sjo­no­wa­li seks jako popęd zły i nie­god­ny „świę­tych”. W tym zapę­dzie wal­ki z roz­pu­stą zapo­mi­na­li, iż popęd sek­su­al­ny czło­wie­ka został mu dany w akcie stwo­rze­nia przez Boga, by mógł być dla nie­go sil­nym bodź­cem wspól­ne­go życia męż­czy­zny i kobie­ty w mono­ga­micz­nym związ­ku[29]. Wpraw­dzie Kle­mens Alek­san­dryj­ski uzna­wał mał­żeń­stwo i rodzi­nę za świę­te, ale w kon­tek­ście styg­ma­tu chrztu i w tle cią­głej obec­no­ści Bożej mię­dzy mał­żon­ka­mi, któ­ra to obec­ność tłu­mić mia­ła zmy­sły i pożą­da­nie. I choć stał on jed­no­znacz­nie po stro­nie mał­żeń­stwa, odpo­wia­da­jąc ostro tym wszyst­kim, któ­rzy „nazy­wa­ją mał­żeń­stwo po pro­stu nie­rzą­dem i utrzy­mu­ją, że zosta­ło ono prze­ka­za­ne przez dia­bła”, to jed­nak i dla nie­go poży­cie mał­żeń­skie wyklu­cza­ją­ce potom­stwo było znie­wa­że­niem natu­ry. Wza­jem­na mastur­ba­cja mał­żon­ków i wszel­kie „związ­ki prze­ciw tak poj­mo­wa­nej natu­rze” zosta­ły przez nie­go wyklu­czo­ne, a sto­sun­ki płcio­we mia­ły słu­żyć jedy­nie pro­kre­acji. Ten nie­bi­blij­ny sto­su­nek do mał­żeń­stwa rozu­mia­ne­go jako insty­tu­cja słu­żą­ca jedy­nie do pło­dze­nia potom­stwa był utrwa­la­ny przez całą histo­rię Kościo­ła więk­szo­ścio­we­go i dzi­siaj ma wie­lu zwo­len­ni­ków wśród współ­cze­snych nauczy­cie­li róż­nych odła­mów chrze­ści­jań­stwa.

Dru­gim istot­nym ele­men­tem wzmac­nia­ją­cym te idee wro­gie sek­su­al­no­ści czło­wie­ka było bar­dziej lub mniej świa­do­me przy­ję­cie przez poapo­stol­skie chrze­ści­jań­stwo for­my poboż­no­ści odzie­dzi­czo­nej po mani­che­izmie – ide­olo­gii w swej isto­cie wro­giej wszel­kim aktom wyni­ka­ją­cym z sek­su­al­no­ści czło­wie­ka, nawet tym, któ­re mają miej­sce w związ­ku mał­żeń­skim. Dotar­ła ona do nas poprzez takich myśli­cie­li jak św. Augu­styn, któ­ry przed przy­ję­ciem chrze­ści­jań­stwa był mani­chej­czy­kiem i obok innych tzw. „ojców Kościo­ła” wywarł olbrzy­mi wpływ na myśl i posta­wę Kościo­ła Zachod­nie­go wobec mał­żeń­stwa i kobiet w ogó­le. Żyją­cy jesz­cze przed Augu­sty­nem Ter­tu­lian (155–220 r. ) posu­nął się nawet do stwier­dze­nia, że chrze­ści­ja­nin, któ­ry się żeni, jest sła­by w wie­rze; stwier­dze­nie to sta­wia go w gro­nie podej­rza­nych ducho­wo nauczy­cie­li[30], któ­rzy prze­ka­zu­ją sprzecz­ne z naucza­niem apo­stol­skim praw­dy wia­ry[31]. Czy­ta­jąc pisma tych myśli­cie­li nie moż­na nie dostrzec, iż w wie­lu swo­ich poglą­dach na temat sek­su­al­no­ści czło­wie­ka, mał­żeń­stwa w swo­ich zapa­try­wa­niach są oni raczej syna­mi ducho­wo­ści i poboż­no­ści swo­jej epo­ki niż naucza­nia apo­stol­skie­go. Poboż­no­ści peł­nej pato­su, asce­zy nakie­ro­wa­nej na umar­twia­nie cia­ła środ­ka­mi nie­wie­le mają­cy­mi wspól­ne­go z nowo­te­sta­men­to­wym naucza­niem odno­szą­cym się do śmier­ci sta­re­go czło­wie­ka, do isto­ty bra­nia krzy­ża w kon­tek­ście uśmier­ce­nia swo­je­go „JA” poprzez odno­wę umy­słu i prze­mia­nę swe­go wnę­trza w opar­ciu o doświad­cze­nie nowo­na­ro­dze­nia[32], nie zaś zamar­twie­nia cia­ła fizycz­nie[33]. Przy­kład takich asce­tycz­nych postaw, jak i nie­chę­ci do sek­su­al­no­ści czło­wie­ka, nie mówiąc już o nie­zgod­no­ści z naucza­niem Paw­ła w tej kwe­stii[34], moż­na też dostrzec u Ter­tu­lia­na w jego dość jed­no­znacz­nym sto­sun­ku do poży­cia męż­czy­zny i kobie­ty w mał­żeń­stwie mie­sza­nym. Powia­da on: „Każ­da wie­rzą­ca kobie­ta win­na swo­je myśli do Boga kie­ro­wać. A jak moż­na słu­żyć dwóm panom: Bogu i mężo­wi, a do tego poga­ni­no­wi? Kie­dy żona chce podo­bać się poga­ni­no­wi, postę­po­wa­nie jej będzie pogań­skie: wygląd zewnętrz­ny, strój, spo­sób bycia przy­bio­rą for­mę świec­ką, piesz­czo­ty sta­ną się nie­przy­zwo­ite, a sekre­ty mał­żeń­skie spla­mio­ne (…)”[35]. Naucza­nie zaś Chry­stu­sa odno­śnie do cudzo­ło­że­nia poprzez pożą­dli­we patrze­nie na nie­wia­sty, Ter­tu­lian zasto­so­wał rów­nież do rela­cji mię­dzy mał­żon­ka­mi. W imię tej obse­syj­nej czy­sto­ści Ter­tu­lian swo­jej żonie zale­cił, by nie wycho­dzi­ła za mąż po jego śmier­ci, co było nie tyl­ko wbrew nauce apo­stol­skiej[36], ale i ówcze­snym zwy­cza­jom, gdyż samot­na kobie­ta była szcze­gól­nie nara­żo­na na nie­bez­pie­czeń­stwa[37].

Hie­ro­nim zaś w kon­tek­ście pole­mi­ki z ówcze­sny­mi opo­nen­ta­mi wobec poja­wia­ją­cych się ten­den­cji w naucza­niu więk­szo­ścio­we­go i antycz­ne­go Kościo­ła do okre­śla­nia Marii mat­ki Jezu­sa jako „Mat­ki Bożej”, a tak­że w kwe­stii jej dzie­wic­twa, nie tyko dał pod­sta­wy egze­ge­tycz­ne, któ­re do dziś sto­so­wa­ne są przez Kościół rzym­sko­ka­to­lic­ki w tym tema­cie, ale wzmoc­nił też idee dzie­wic­twa jako wyż­szej for­my życia chrze­ści­jań­skie­go. Już „dzie­wi­czy Chry­stus” i Dzie­wi­ca Mary­ja, według nie­go zało­ży­li pod­wa­li­ny dzie­wic­twa dla obu płci. Apo­sto­ło­wie żyli w dzie­wic­twie albo, jeśli byli żona­ci, powstrzy­my­wa­li się od poży­cia mał­żeń­skie­go. Bisku­pi, pre­zbi­te­rzy i dia­ko­ni są wybra­ni ze sta­nu dzie­wi­cze­go lub spo­śród wdow­ców, a przy­naj­mniej po przy­ję­ciu kapłań­stwa żyją oni w dozgon­nej czy­sto­ści. Hie­ro­nim wpraw­dzie wystrze­ga się zaka­zy­wa­nia związ­ków mał­żeń­skich w ogó­le, ale jest dla nie­go oczy­wi­ste, że stan mał­żeń­ski ma mniej­szą war­tość w oczach Boga i co za tym też idzie, że ten, kto trwa w mał­żeń­stwie, nie­wąt­pli­wie otrzy­mu­je mniej­szą nagro­dę: „Po co sami się oszu­ku­je­my i w gniew wpa­da­my; jeśli cią­gle chce­my spo­czy­wać w obję­ciach żon, to oczy­wi­ście nie otrzy­ma­my nagro­dy za czy­stość”[38]. Tego typu poglą­dy w żaden spo­sób nie miesz­czą się w ramach naucza­nia apo­stol­skie­go. Są one skut­kiem nie tyl­ko wal­ki ówcze­sne­go Kościo­ła z roz­wią­zło­ścią, ale i efek­tem połą­cze­nia pogań­skiej filo­zo­fii asce­tycz­nej z ide­ami chrze­ści­jań­stwa nowo­te­sta­men­to­we­go.

Ta nie­ugię­ta wal­ka rodzą­ce­go się Kościo­ła więk­szo­ścio­we­go z rzym­ską oby­cza­jo­wo­ścią i gno­styc­kim świa­to­po­glą­dem w kon­tek­ście ogra­ni­cze­nia pro­mi­sku­ity­zmu jak i roli kobiet jako pro­wo­ku­ją­cych męż­czyzn do roz­wią­zło­ści, czy się­ga­nie do idei asce­tycz­nych poj­mo­wa­nych w duchu filo­zo­fii grec­kiej, widzą­cej w cie­le wię­zie­nie dla duszy, a nie świą­ty­nię Ducha, jest dla nas waż­nym ele­men­tem w zro­zu­mie­niu asce­tycz­nej posta­wy wobec sek­su­al­no­ści czło­wie­ka[39]. Następ­cy tych roz­ma­itych poapo­stol­skich nauczy­cie­li jak i „ojców Kościo­ła” więk­szo­ścio­we­go, w opar­ciu o ich poglą­dy w latach następ­nych w intym­nym związ­ku męż­czy­zny i kobie­ty widzie­li dzie­ło sza­ta­na. To oni przede wszyst­kim kształ­to­wa­li pogląd na isto­tę mał­żeń­stwa, jak choć­by biskup Ceza­ry z Arles (470–542 r.), któ­ry twier­dził, że nawet „współ­ży­cie ze swo­ją żoną poza pra­gnie­niem posia­da­nia dzie­ci” jest for­mą nie­czy­sto­ści, „ponie­waż żonę poj­mu­je się nie dla roz­ko­szy, lecz dla rodze­nia dzie­ci”[40], zaś Piotr Lom­bard ostrze­gał chrze­ści­jan, że Duch Świę­ty opusz­cza pomiesz­cze­nie, w któ­rym mał­żeń­stwo podej­mu­je współ­ży­cie sek­su­al­ne – nawet jeśli ma ono na celu poczę­cie dziec­ka!

3. Seks­u­al­ność czło­wie­ka i mał­żeń­stwo w kon­tek­ście tre­ści biblij­nych

Tym samym seks mał­żeń­ski został uwię­zio­ny w wędzi­dłach asce­tycz­nej wia­ry umar­twia­ją­cej cia­ło, a więc mają­cej powścią­gnąć uczu­cia i unie­sie­nie, jakie rodzi zbli­że­nie sek­su­al­ne dwoj­ga żyją­cych ze sobą ludzi, któ­re w połą­cze­niu z ich uczu­ciem i bli­sko­ścią w zamia­rze Boga mia­ło być nie tyl­ko fun­da­men­tem ich nie­zwy­kłe­go przy­wią­za­nia do sie­bie w mono­ga­micz­nym związ­ku[41], ale i wyra­zem obra­zu same­go Boga[42]. Inny­mi sło­wy, Bóg w tej tajem­ni­cy zjed­no­cze­nia się obu płci oraz w akcie stwo­rze­nia czło­wie­ka jako męż­czy­zny i kobie­ty wyra­ża sie­bie same­go poprzez obec­ność tych dwóch pier­wiast­ków, męskie­go i żeń­skie­go, w Jego stwo­rze­niu. Tę tajem­ni­cę Paweł odno­si do wię­zi Chry­stu­sa i Kościo­ła[43]. Zachwyt zaś Ada­ma na widok Ewy, któ­rą okre­ślił jako „cia­ło z cia­ła swe­go”, jest niczym innym, jak jego natu­ral­nym, wypły­wa­ją­cym z aktu stwo­rze­nia, pra­gnie­niem połą­cze­nia się w jed­no cia­ło z kimś, kto był, jak on, wyra­zem obja­wie­nia się Boga w akcie stwo­rze­nia[44]. Ta tajem­ni­ca wię­zi Chry­stu­sa i Kościo­ła, jak i ten zachwyt Ada­ma na widok Ewy, mają swo­je głę­bo­kie uza­sad­nie­nie w cie­le męż­czy­zny i kobie­ty.

Nasze cia­ła nie są tyl­ko zbio­rem funk­cji, lecz wyra­ża­ją w spo­sób widzial­ny zarów­no to miste­rium wię­zi Chry­stu­sa i Kościo­ła, jak i wewnętrz­ną część naszej isto­ty, tj. nasze­go „JA”. Narzą­dy płcio­we męż­czy­zny są na zewnątrz. Pod­czas aktyw­no­ści sek­su­al­nej i pod­nie­ce­nia uno­szą się w kie­run­ku prze­ciw­nym do jego cia­ła, w momen­cie zaś kul­mi­na­cyj­nym (orga­zmu) wyda­la­ją nasie­nie. To zaś ozna­cza, że doko­ny­wa­ne przez nie­go akty skie­ro­wa­ne są na zewnątrz, jego psy­chi­ka zogni­sko­wa­na jest na tym, co jest poza nim. Męż­czy­zna szyb­ko reagu­je na bodź­ce wzro­ko­we. Pod­nie­ce­nie sek­su­al­ne może spo­wo­do­wać u nie­go już sam widok kobie­ty, szcze­gól­nie gdy wyczu­wa on, że jest nim zain­te­re­so­wa­na. Ma on duże moż­li­wo­ści pano­wa­nia nad aktyw­no­ścią sek­su­al­ną, może ją szyb­ko zaini­cjo­wać i nagle zatrzy­mać. Jego jed­nak speł­nie­nie jest krót­ko­trwa­łe i szyb­ko prze­mi­ja. Ozna­cza to, że ma on na płasz­czyź­nie psy­chicz­nej skłon­ność raczej do dzia­ła­nia niż do kon­tem­pla­cji nad tym, co przy­cią­ga jego uwa­gę.

W związ­ku z tym męż­czy­zna będzie nawią­zy­wał sil­ne rela­cje ze świa­tem zewnętrz­nym, poza swo­ją rodzi­ną, któ­ra dla nie­go jest psy­cho­lo­gicz­nie czymś zewnętrz­nym, jest czę­ścią jego życia, ale nie jest dla nie­go wszyst­kim. Rodzi­na raczej posze­rza go w cza­sie i prze­strze­ni, powięk­sza jego zasięg wpły­wów i daje mu moż­li­wo­ści dzia­ła­nia. Może on też dać począ­tek wię­cej niż jed­nej rodzi­nie, zda­rza się, że pło­dzi dzie­ci, któ­rych egzy­sten­cja mało go inte­re­su­je. Z dru­giej stro­ny budo­wa jego cia­ła sprzy­ja podej­mo­wa­niu nie­bez­piecz­nych dzia­łań oraz umoż­li­wia mu szyb­kie reago­wa­nie na zagro­że­nia. Czu­je on też potrze­bę dzia­ła­nia – tego, by nie­za­leż­nie, gdzie żyje i na jakim polu przy­szło mu dzia­łać, zro­bić ze swo­ich moż­li­wo­ści peł­ny uży­tek. To on jest tym, któ­ry budu­je świat. Dla­te­go też pod­sta­wą jego świa­ta wewnętrz­ne­go jest inte­lekt. Uży­wa on umy­słu, aby świat zro­zu­mieć i móc na nie­go wpły­wać. Swo­imi zmy­sła­mi i umy­słem chwy­ta świat zewnętrz­ny, ale i uczu­cia sek­su­al­ne. Przy tym jeden męż­czy­zna może zapłod­nić wie­le kobiet. Pozo­sta­wio­ny z tysią­cem kobiet jest w sta­nie wzbu­dzić dzie­ci w każ­dej z nich. Toteż spo­łe­czeń­stwo nie potrze­bu­je poje­dyn­cze­go męż­czy­zny, tak jak potrze­bu­je poje­dyn­czej kobie­ty. Może ono pozwo­lić sobie na posy­ła­nie go na woj­nę po to, by bro­nił pozo­sta­wio­nych w domach kobiet i dzie­ci, nawet za cenę wła­sne­go życia. Męż­czy­zna jest zatem nie tyl­ko tym, któ­ry two­rzy i budu­je świat, ale też tym, z któ­re­go moż­na zło­żyć ofia­rę krwi, by zapew­nić życie kobie­tom i dzie­ciom.

Cia­ło kobie­ty jest zupeł­nie inne. Jej narzą­dy płcio­we są wewnątrz niej i są zakry­te. Jej reak­cja sek­su­al­na wzbu­dzo­na jest przede wszyst­kim przez dotyk. Przy tym jest dużo wol­niej­sza niż u męż­czy­zny. Wol­niej zacho­dzi u niej nara­sta­nie pobu­dze­nia, jak też jego ustą­pie­nie. Wewnętrz­ność narzą­dów płcio­wych kobie­ty oraz prze­dłu­żo­ny cha­rak­ter pobu­dze­nia i współ­ży­cia sek­su­al­ne­go w jej cie­le są odzwier­cie­dle­niem jej psy­chi­ki, kon­tem­plu­ją­cej w sfe­rze uczuć i w umy­śle to prze­ży­cie. W głę­bi jej cia­ła jest prze­strzeń, któ­ra może zostać wypeł­nio­na przez inna oso­bę, gdy więc doj­dzie do poczę­cia, prze­dłu­ża się u niej ta sfe­ra wewnętrz­nej kon­tem­pla­cji uczu­cia do dru­giej oso­by. Z powo­du tej wewnętrz­nej prze­strze­ni, otwar­tej na tajem­ni­cę innej oso­by, świat kobie­ty nie tkwi w jej umy­śle, mimo jej bły­sko­tli­wo­ści i spraw­no­ści inte­lek­tu­al­nej, lecz przede wszyst­kim zako­rze­nio­ny jest w jej łonie i jego otwar­to­ści na nasie­nie męż­czy­zny i na dziec­ko – nowe życie. Przy tym nie­przy­sto­so­wa­nie cia­ła kobie­ty do podej­mo­wa­nia wal­ki fizycz­nej sym­bo­li­zu­je, na pozio­mie psy­chicz­nym, dąże­nie przez nią do zwią­za­nia się z męż­czy­zną, od któ­re­go ocze­ku­je opie­ki i poczu­cia bez­pie­czeń­stwa.

W akcie stwo­rze­nia i płcio­wo­ści czło­wie­ka znaj­du­je­my też sym­bo­li­kę w nago­ści cia­ła pierw­szych rodzi­ców. Obo­je byli nadzy, lecz nie odczu­wa­li wsty­du wobec sie­bie i Boga. Nagość wobec dru­gie­go jest czymś wię­cej niż tyl­ko odkry­ciem cia­ła, sym­bo­li­zu­je ona ducho­we otwar­cie się na sie­bie, jak i wyra­ża intym­ną rela­cję i zaufa­nie. Inny­mi sło­wy, nagość ta ozna­cza nie­skry­wa­nie swo­je­go praw­dzi­we­go „JA”. Jed­no­cze­śnie obie oso­by wyra­ża­ją w niej akcep­ta­cję sie­bie zarów­no w obli­czu Boga, jak i nawza­jem, nie­za­leż­nie od tego, jakie przy tym mogły­by się ujaw­nić ich wady. Tyl­ko w takiej otwar­to­ści i pojed­na­niu moż­na stać przed swo­im mężem lub żoną bez naj­mniej­sze­go zawsty­dze­nia. By jed­nak w naszym upa­dłym sta­nie już poza Ede­nem zdo­być się na nagość zarów­no w wymia­rze ducho­wym, jak i fizycz­nym, koniecz­na jest poko­ra i zaufa­nie do Boga, że przy­jął naszą poku­tę i nas uspra­wie­dli­wił przez i w Chry­stu­sie, jak i do part­ne­ra, któ­ry wyzbył się swo­jej spra­wie­dli­wo­ści, któ­rą wyra­ża sym­bo­licz­nie liść figo­wy Ada­ma i Ewy.

Ona musi być pew­na, że mąż zaak­cep­tu­je ją taką, jaka jest, bez wzglę­du na wszyst­kie ducho­we i fizycz­ne nie­do­sko­na­ło­ści, bra­ki lub wady (w oczach czło­wie­ka, bo prze­cież nie Boga, któ­ry jej dał życie). Z kolei on musi być zdol­ny do ofia­ro­wa­nia się jej takim, jaki jest w swej męsko­ści, bez uda­wa­nia i gry, że jest kimś innym niż w rze­czy­wi­sto­ści. Zatem każ­de z nich sta­je przed dru­gim jako oso­bi­sty dar od Boga. Każ­de z nich ma nie tyl­ko sza­no­wać sie­bie nawza­jem poprzez miłość, ale i wiel­bić w tej miło­ści Boga, ponie­waż On jest daw­cą tego daru. Tyl­ko jako zjed­no­cze­ni ze sobą mogą odkryć – on, co to zna­czy być męż­czy­zną, a ona – kobie­tą. W tym też wła­śnie tkwi zwią­zek i zjed­no­cze­nie się męż­czy­zny i kobie­ty oraz isto­ta zale­ceń apo­sto­ła Paw­ła, by „mężo­wie miło­wa­li żony” i by „żony były pod­da­ne mężom swo­im”[45].

Męż­czy­zna, któ­ry praw­dzi­wie kocha swo­ją żonę, zaspo­ka­ja jej potrze­bę bycia kobie­tą, potrze­bę bez­pie­czeń­stwa pły­ną­ce­go ze sta­łej i wier­nej wobec niej miło­ści[46]. Kobie­ta, któ­ra jest posłusz­na swe­mu mężo­wi, zaspo­ka­ja jego potrze­bę prze­wo­dze­nia, dzię­ki cze­mu jest on w sta­nie w peł­ni zaak­cep­to­wać swo­ją odpo­wie­dzial­ność za rodzi­nę. Tym swo­im posłu­szeń­stwem spra­wia ona, że jest on w sta­nie być sta­łym w zobo­wią­za­niu miło­ści wobec niej i tym samym może odrzu­cić poku­sę ze świa­ta zewnętrz­ne­go[47]. Kie­dy kobie­ta nie uzna­je tej roli męż­czy­zny, okra­da go z roli, jaką powi­nien on peł­nić w jej życiu. Rów­nież mąż, któ­ry nie sta­ra się oka­zać miło­ści swo­jej żonie poprzez akt zjed­no­cze­nia, spra­wia, że trud­no jest jej uznać jego przy­wódz­two. Brak zro­zu­mie­nia tych odmien­no­ści psy­cho­fi­zycz­nych mię­dzy męż­czy­zną a kobie­tą nie­jed­no­krot­nie jest powo­dem wie­lu nie­po­ro­zu­mień w rela­cjach mał­żeń­skich.

Przy tym zacho­wa­nia sek­su­al­ne sym­bo­li­zu­ją miłość oraz potrze­bę wza­jem­nej wię­zi mię­dzy męż­czy­zną i kobie­tą. Ini­cja­ty­wę do współ­ży­cia sek­su­al­ne­go na ogół przej­mu­je męż­czy­zna, ale dzie­je się to w odpo­wie­dzi na fizycz­ną obec­ność i przy­cią­ga­nie kobie­ty. Ona zaś odpo­wia­da na jego pobu­dze­nie swo­im wła­snym. Pod­czas gdy on wni­ka w jej cia­ło, ona pod­da­je się i otwie­ra na nie­go, pozwa­la­jąc mu tym samym wziąć się w posia­da­nie. Przy­zwa­la­jąc na jego aktyw­ność, ona rów­nież w spo­sób aktyw­ny dąży do tego, by wydo­być z nie­go nasie­nie. On nato­miast, pozna­jąc ją, pra­cu­je nad tym, by, zagłę­bia­jąc się w jej cia­ło, wpro­wa­dzić nasie­nie do jej wnę­trza. Ini­cja­ty­wa męż­czy­zny i odda­nie się mu kobie­ty nie doty­czą jedy­nie sfe­ry fizycz­nej, ale rów­nież psy­chicz­nej i ducho­wej.

Domi­na­cja męż­czy­zny, któ­rą obra­zu­je wni­ka­nie w jej cia­ło i bra­nie jej w posia­da­nie, nie jest tyl­ko wyra­zem siły fizycz­nej, ale posta­wą umy­słu, poprzez któ­ry pozna­je ją jako „cia­ło z cia­ła swe­go”. Męż­czy­zna, wni­ka­jąc w cia­ło kobie­ty, sku­pia na niej całą swo­ją aktyw­ność i uwa­gę. Wszyst­ko, co w sobie ma, daje jej, całą męskość. Jest nią zafa­scy­no­wa­ny. Pra­gnie jej. Chce ją ochra­niać i posia­dać, wzbu­dza to w nim odpo­wie­dzial­ność i sil­ne pod­sta­wy sta­łe­go przy­wią­za­nia. Rów­nież kobie­ta, oka­zu­jąc swą ule­głość i wraż­li­wość w odda­niu się, kon­cen­tru­je swą uwa­gę na męż­czyź­nie, wyra­ża­jąc tym, że jej trwa­łą psy­cho­lo­gicz­ną potrze­bą jest bycie z nim[48], jak i dąże­nie jej do tego, by wydo­być z nie­go wszyst­ko, co naj­lep­sze. Nie tyl­ko z jego cia­ła, ale ze wszyst­kich pozio­mów jego isto­ty. Chce ona, podob­nie jak on, z tego ich związ­ku dać nie tyl­ko nowe życie, ale też wyra­zić potrze­bę i tęsk­no­tę do miło­ści, do zjed­no­cze­nia się.

Nie­wąt­pli­wie naj­bar­dziej oczy­wi­stym aspek­tem tego zjed­no­cze­nia sek­su­al­ne­go męż­czy­zny i kobie­ty jest przy­jem­ność, jaką ono im daje. Jed­nak ta fizycz­na roz­kosz, tak moc­no i inten­syw­nie odczu­wa­na w cie­le, jak i unie­sie­nie mu towa­rzy­szą­ce, sym­bo­li­zu­ją coś, co jest ponad tym dozna­niem i wyra­ża nie­ja­ko coś głęb­sze­go nie tyl­ko w tym cie­le­snym wymia­rze. Bo też przy­jem­ność otrzy­my­wa­na w trak­cie współ­ży­cia sek­su­al­ne­go, jak i dawa­na, pocho­dzi od dru­giej oso­by i poprzez nią. Fakt, że sto­su­nek sek­su­al­ny jest czymś, co prze­ży­wa się razem z dru­gim, jest też pod­sta­wą trwa­łe­go związ­ku mię­dzy męż­czy­zną i kobie­tą. Daje on im radość, gdy naj­bar­dziej uko­cha­na oso­ba przez męż­czy­znę, przyj­mu­je go poprzez swe narzą­dy płcio­we, tym samym pozwa­la­jąc mu zaspo­ko­ić jego jej pra­gnie­nie. To speł­nie­nie prze­ży­wa­ne przez jed­ną z osób nie pocho­dzi z izo­la­cji i kon­cen­tra­cji tyko na swo­im cie­le, ale jest to radość umy­słu i ser­ca, w któ­rej zaspo­ko­je­nie dru­giej oso­by sta­je się naszym wła­snym.

Ten dar kobie­ty z samej sie­bie zło­żo­ny męż­czyź­nie, jak i jego dar z same­go sie­bie dla niej, jest darem nie tyl­ko fizycz­nym, ale ducho­wym (psy­chicz­nym), czymś, co spra­wia, że akt ten jest wyra­zem tajem­ni­cy ukry­tej w stwo­rze­niu i odmien­no­ści płci. Przy tym domi­na­cja i ini­cja­ty­wa męż­czy­zny wobec kobie­ty jest obra­zem tego, któ­ry go stwo­rzył, a któ­ry też poprzez swo­je Sło­wo podej­mu­je ini­cja­ty­wę wobec ludzi, wkra­cza­jąc w ich życie, tak jak męż­czy­zna wkra­cza w życie kobie­ty, dając jej swo­je nasie­nie, z któ­re­go w zjed­no­cze­niu ze sobą powo­łu­ją życie. Tak jak nasie­nie męż­czy­zny rodzi we wnę­trzu kobie­ty nowe życie, tak też Boże Sło­wo rodzi nowe­go czło­wie­ka. To płcio­we doświad­cze­nie i zjed­no­cze­nie się męż­czy­zny i kobie­ty jest sym­bo­lem wię­zi mię­dzy Bogiem a ludź­mi, któ­rym daje On swo­je nasie­nie, tj. Sło­wo. Jest też obra­zem potrze­by czło­wie­ka oraz jego tęsk­no­ty do bycia z tym, od któ­re­go pocho­dzi i któ­ry go stwo­rzył, bo też pocho­dzi jak­by z jego isto­ty: „I stwo­rzył Bóg czło­wie­ka, na obraz swój. Na obraz Boga stwo­rzył go. Jako męż­czy­znę i nie­wia­stę stwo­rzył ich”[49]. Tak jak Ewa pocho­dzi od Ada­ma[50], tak też męż­czy­zna został stwo­rzo­ny na obraz Boga, obo­je jed­nak jako męż­czy­zna i kobie­ta poprzez akt stwo­rze­nia są obra­zem i odbi­ciem chwa­ły Boga[51]. Ta odmien­ność opi­su aktu stwo­rze­nia w odnie­sie­niu do kobie­ty, któ­ra z męż­czy­zny zosta­ła wzię­ta[52], nie zno­si obra­zu w nich chwa­ły Bożej. Obra­zu­je jedy­nie, że tak jak czło­wiek jako męż­czy­zna i kobie­ta ma potrze­bę bycia z Bogiem, tak też Ewa ma potrze­bę bycia z męż­czy­zną, i to mimo dole­gli­wo­ści swo­jej brze­mien­no­ści. Bo też Bóg, tak jak męż­czy­zna kobie­cie, daje ludz­ko­ści same­go sie­bie poprzez wcie­le­nie się Sło­wa. Wszyst­kim zaś ludziom odpo­wia­da­ją­cym na tę ini­cja­ty­wę Boga i przyj­mu­ją­cym Jego Sło­wo daje pra­wo stać się dzieć­mi Boży­mi.

Inny­mi sło­wy, spo­sób, w jaki męż­czy­zna prze­ka­zu­je kobie­cie nasie­nie, oraz odda­wa­nie mu przez kobie­tę tego, co jest ukry­te głę­bo­ko w jej wnę­trzu, opi­su­ją nie tyl­ko wymiar bio­lo­gicz­ny, ale i ducho­wy, któ­re w szer­szym sen­sie teo­lo­gicz­nym odda­ją wła­śnie tę rela­cję mię­dzy Bogiem a tymi, któ­rzy Go przy­ję­li. Tymi, któ­rzy sta­ją się Jego oblu­bie­ni­cą – Kościo­łem, przez to nasie­nie Sło­wa Boże­go, z któ­re­go rodzą się dzie­ci Boże: „Jest bowiem napi­sa­ne: Raduj się, nie­płod­na, któ­ra nie rodzisz, wydaj okrzyk rado­ści i wesel się gło­śno, ty, któ­ra nie znasz bólów poro­do­wych, bo wię­cej dzie­ci ma opusz­czo­na niż ta, któ­ra ma męża. Wy zaś, bra­cia, podob­nie jak Iza­ak, dzieć­mi obiet­ni­cy jeste­ście”[53]. Mamy w tym związ­ku męż­czy­zny i kobie­ty tajem­ni­cę zba­wie­nia ukry­tą zarów­no w pro­ce­sie prze­ka­zy­wa­nia życia w Ada­mie, jak i w akcie poczę­cia nowe­go życia przez i w Chry­stu­sie.

Przy tym ten akt zjed­no­cze­nia pozo­sta­je zawsze sym­bo­licz­nym wyra­zem pra­gnie­nia wciąż głęb­szej emo­cjo­nal­nej i ducho­wej jed­no­ści. Bo też żaden męż­czy­zna nie jest w sta­nie dać swo­jej żonie całe­go sie­bie. Podob­nie żad­na kobie­ta nie może oddać całej sie­bie swo­je­mu mężo­wi. Żad­ne też z nich nie ma sie­bie na wła­sność. Tyl­ko Bóg może wziąć jakąś oso­bę w cał­ko­wi­te posia­da­nie nie nisz­cząc jej i nie degra­du­jąc. Dwie isto­ty ludz­kie nigdy nie mogą się tak zjed­no­czyć, by stać się jed­nym. Wyni­ka to z same­go fak­tu, że nie­moż­li­we jest sto­pie­nie się dwóch ludz­kich ciał. Przy tym nasz part­ner jest zawsze ogra­ni­czo­ną isto­tą ludz­ką i może nie być w sta­nie albo nie chcieć nam dać tych doznań wypły­wa­ją­cych z aktu zjed­no­cze­nia się bądź też przyj­mo­wać tych, któ­re my chce­my mu ofia­ro­wać. Każ­da zaś pró­ba prze­kro­cze­nia tego nie­moż­li­we­go powo­du­je jedy­nie ból. To fizycz­ne oddzie­le­nie w zjed­no­cze­niu jest sym­bo­lem tego, co zacho­dzi na pozio­mie psy­chicz­nym i w sfe­rze naj­głęb­szych doznań w cie­le, ale też i prze­kra­cza­ją­cych je w wymiar nam nie­do­stęp­ny, w swej isto­cie jak­by trans­cen­dent­ny.

W trak­cie same­go aktu sek­su­al­ne­go poja­wia się świa­do­mość, że w grun­cie rze­czy każ­dy jest sam, nawet w chwi­li naj­bar­dziej intym­ne­go zjed­no­cze­nia z dru­gim. Miłość, któ­rą chce­my wyra­zić, jest nie­ade­kwat­na do miło­ści Boga. Żad­na miłość do stwo­rze­nia nie może zająć miej­sca miło­ści do Boga. Ta samot­ność jest więc sama w sobie swo­istym sym­bo­lem otwar­to­ści jed­nost­ki na Boga, któ­ry jest tutaj nie tyl­ko tym, któ­ry daje nowe życie, ale też tym, kto jako jedy­ny może i potra­fi w peł­ni zaspo­ko­ić nie­speł­nio­ną do koń­ca miłość w tym unie­sie­niu i zjed­no­cze­niu się w cie­le oboj­ga ludzi, któ­re prze­no­si ich jak­by poza nich samych. Fizycz­ne zjed­no­cze­nie pozo­sta­je zawsze sym­bo­licz­nym wyra­zem pra­gnie­nia wciąż głęb­szej wię­zi ducho­wej, sta­wia nas w cią­głej potrze­bie poszu­ki­wa­nia tej miło­ści. Jeste­śmy więc jako męż­czy­zna i kobie­ta zapro­sze­ni poprzez dru­gą oso­bę, w tym akcie zjed­no­cze­nia się, do poszu­ki­wa­nia peł­ni miło­ści, jaką może­my osią­gnąć tyl­ko w zjed­no­cze­niu się z Bogiem. Ta ukry­ta treść w zjed­no­cze­niu się męż­czy­zny i kobie­ty, sym­bo­li­zu­ją­ca zwią­zek mał­żeń­ski, oświe­tla sens naszej aktyw­no­ści sek­su­al­nej, spra­wia­jąc, że rze­czy nie­do­stęp­ne i nie­wi­dzial­ne sta­ją się dla nas dostęp­ne i widzial­ne; są one jed­nak takie tyl­ko dla tych, któ­rzy pozna­li ich osta­tecz­ne zna­cze­nie za pomo­cą wia­ry przez i w Chry­stu­sie.

Taka głę­bo­ka więź męż­czy­zny i kobie­ty, wol­na od liścia figo­we­go ludz­kiej spra­wie­dli­wo­ści, moż­li­wa jest tyl­ko w Chry­stu­sie, tj. w miło­ści wol­nej od ego­cen­try­zmu, ego­izmu i pychy obu part­ne­rów. Moż­li­wa też jest tyl­ko w sta­łym związ­ku jed­ne­go męż­czy­zny i jed­nej kobie­ty. Tyl­ko w takim związ­ku może zacho­dzić peł­ne zaufa­nia pozna­wa­nie się part­ne­rów poprzez cią­gły pro­ces budo­wa­nia wza­jem­nych rela­cji zarów­no w wymia­rze ducho­wym, jak i fizycz­nym. Tyl­ko w takim związ­ku nie ma nic doraź­ne­go czy przy­pad­ko­we­go, wszyst­ko, co się w nim dzie­je, ma dal­sze kon­se­kwen­cje.

Inny­mi sło­wy, męż­czy­zna i kobie­ta w mał­żeń­stwie, na sku­tek cią­głe­go doświad­cza­nia sie­bie, mogą w peł­ni osią­gnąć swo­bo­dę wza­jem­ne­go odda­nia poprzez wyeli­mi­no­wa­nie natu­ral­ne­go wsty­du, wyni­ka­ją­ce­go z bra­ku akcep­ta­cji same­go sie­bie i lęku przed oce­ną dru­giej oso­by, z któ­rą wcho­dzi się w rela­cje intym­ne i przed któ­rą też nic nie moż­na ukryć, jeśli w peł­ni chce się osią­gnąć zjed­no­cze­nie w wymia­rze psy­cho­fi­zycz­nym.

Toteż oso­ba będą­ca w mał­żeń­stwie i jed­no­cze­śnie wcho­dzą­ca w intym­ne rela­cje z kimś będą­cym poza tym sta­łym związ­kiem nie tyl­ko zdra­dza swo­je­go part­ne­ra, „odkry­wa­jąc jego nagość” poprzez odda­nie się fizycz­ne i psy­chicz­ne innej oso­bie, ale doko­nu­je pro­fa­na­cji dotych­cza­so­wych intym­nych rela­cji i wię­zi. Burzy zaufa­nie i isto­tę wza­jem­ne­go odda­nia się mał­żon­ków w wymia­rze psy­cho­fi­zycz­nym. Cudzo­łó­stwo ma cha­rak­ter nie tyl­ko fizycz­ny, ale i duchowo‐emocjonalny, jest obna­że­niem i upo­ko­rze­niem swo­je­go dotych­cza­so­we­go part­ne­ra przed oso­bą, z któ­rą się go zdra­dza, jest „poka­zy­wa­niem nago­ści” swo­je­go męża bądź żony w ana­lo­gicz­ny spo­sób, jak uczy­nił to Cham wobec swo­je­go ojca. Nie mówiąc już o tym, że cudzo­łó­stwo nisz­czy wza­jem­ne zaufa­nie i otwie­ra­nie się mał­żon­ków na sie­bie, a w kon­se­kwen­cji pro­wa­dzi do zamknię­cia się ich na sie­bie, tj. do ponow­ne­go zakła­da­nia w rela­cji przy­sło­wio­we­go liścia figo­we­go ludz­kiej spra­wie­dli­wo­ści.

Tym samym złą­cze­nie się jed­ne­go męż­czy­zny i jed­nej kobie­ty było i jest w naucza­niu apo­stol­skim nie tyl­ko wolą Boga, ale i wyra­zem nie­ro­ze­rwal­no­ści tego związ­ku wyni­ka­ją­ce­go z aktu stwo­rze­nia, do któ­rej to nie­ro­ze­rwal­no­ści i woli Boga Chry­stus odwo­łał się w kon­tek­ście zapy­ta­nia Go przez Żydów o moż­li­wo­ści ewen­tu­al­ne­go zerwa­nia związ­ku „dla każ­dej przy­czy­ny”. Kie­dy sobie jed­nak uświa­do­mi­my, że isto­tą związ­ku męż­czy­zny i kobie­ty nie jest tyl­ko pro­kre­acja, jak naucza­li nie­któ­rzy sta­ro­żyt­ni bisku­pi i reli­gij­ni myśli­cie­le czy też współ­cze­śni nam kazno­dzie­je, ale i sym­bo­li­ka rela­cji Boga do czło­wie­ka oraz, jak wyni­ka z aktu stwo­rze­nia i z tre­ści naucza­nia biblij­ne­go, unik­nię­cie samot­no­ści, a w kon­se­kwen­cji i roz­pu­sty na sku­tek natu­ral­ne­go pocią­gu do sie­bie ludzi o odmien­nej płci[54], zro­zu­mie­my też sens odpo­wie­dzi Chry­stu­sa, jak i Jego sto­su­nek do mał­żeń­stwa jako sym­bo­lu rze­czy­wi­sto­ści ducho­wej i insty­tu­cji docze­snej mają­cej zapo­biec roz­wią­zło­ści.

Ta wyra­żo­na przez Chry­stu­sa idea mał­żeń­stwa ukry­ta w akcie stwo­rze­nia, mówią­ca o sta­łym związ­ku jed­ne­go męż­czy­zny i jed­nej kobie­ty, jak i sta­ro­te­sta­men­to­we pra­wo regu­lu­ją­ce zasa­dy współ­ży­cia sek­su­al­ne­go, w tym i zasa­dy roz­wo­du, mia­ło na celu, w kon­tek­ście upa­dłej natu­ry czło­wie­ka, nie dopu­ścić do nie­kon­tro­lo­wa­nych kon­tak­tów sek­su­al­nych, a tym samym i do roz­pu­sty w Izra­elu tudzież w Koście­le. Dla sta­ro­te­sta­men­to­wych Żydów i apo­stol­skie­go chrze­ści­jań­stwa zwią­zek jed­nej kobie­ty i jed­ne­go męż­czy­zny był zale­ga­li­zo­wa­ną for­mą zaspo­ko­je­nia tego natu­ral­ne­go popę­du wobec odmien­nej płci i płasz­czy­zną wza­jem­ne­go współ­ży­cia ze sobą w tej intym­nej sfe­rze, będą­cej wyra­zem ducho­wych tre­ści[55], ale i emo­cjo­nal­nej wię­zi oboj­ga ludzi two­rzą­cych zwią­zek mał­żeń­ski[56].

To w tym wła­śnie kon­tek­ście natu­ral­ne­go popę­du będą­ce­go skut­kiem aktu stwo­rze­nia Pismo napo­mi­na wyznaw­ców JAHWE, by zacho­wy­wa­li wyso­kie nor­my moral­ne w postę­po­wa­niu z płcią prze­ciw­ną w celu unik­nię­cia nie­bez­piecz­nych, ego­istycz­nych i przy­pad­ko­wych powią­zań sek­su­al­nych, prze­strze­ga­jąc jed­no­cze­śnie przed kon­tak­ta­mi, któ­re mogą stwa­rzać dwu­znacz­ne dla nich sytu­acje[57]. Rów­nież apo­stoł Paweł z wiel­ką tro­ską oraz w auto­ry­te­cie apo­stol­skim zwra­ca uwa­gę chrze­ści­ja­nom, by celo­wa­li w skrom­no­ści wyra­ża­ją­cej się zarów­no w ogól­nej posta­wie, jak i w ubio­rze, nie tyl­ko w związ­ku z uczest­nic­twem w litur­gii, tj. zbie­ra­nia się wspól­nie męż­czyzn i kobiet w obli­czu Boga, ale też w bez­po­śred­nich kon­tak­tach, któ­re powin­ny być nace­cho­wa­ne wza­jem­ną odpo­wie­dzial­no­ścią wobec płci prze­ciw­nej poprzez zacho­wa­nie nie­zbęd­nych zasad przy­zwo­ito­ści[58]. Bo też Sło­wo Boże w kon­tek­ście tej natu­ral­nej sek­su­al­no­ści wyni­ka­ją­cej z aktu stwo­rze­nia, uzna­je za nie­wła­ści­we wszel­kie­go rodza­ju współ­ży­cie, któ­re Deka­log okre­śla jako cudzo­łó­stwo bądź pożą­da­nie innej oso­by płci prze­ciw­nej[59], jak i wszel­kie­go rodza­ju współ­ży­cie prze­ciw­ne temu, co wyni­ka w akcie stwo­rze­nia Bóg usta­lił dla męż­czy­zny i kobie­ty. Zatem Biblia, a wraz z nią Kościół apo­stol­ski, potę­pia­ła cudzo­łó­stwo, któ­rym nie­wąt­pli­wie był i jest też roz­wód[60] prze­pro­wa­dzo­ny bez uza­sad­nio­nej biblij­nie przy­czy­ny[61], jak i wszel­kie­go rodza­ju sto­sun­ki sek­su­al­ne osób nie­bę­dą­cych ze sobą w sta­łym związ­ku[62], a tak­że sto­sun­ki ze zwie­rzę­ta­mi[63] bądź z dzieć­mi czy oso­ba­mi tej samej płci[64].

W tra­dy­cji moral­nej Izra­ela, a tym samym i u pierw­szych chrze­ści­jan, mał­żeń­stwo było jedy­ną insty­tu­cją upraw­nia­ją­cą do natu­ral­nej aktyw­no­ści sek­su­al­nej i do tych wła­śnie norm moral­nych nie­wąt­pli­wie nawią­zu­je apo­stoł Paweł w swo­im naucza­niu doty­czą­cym potrze­by współ­ży­cia oboj­ga ludzi odmien­nych płci w nastę­pu­ją­cych sło­wach: „A teraz o czym pisa­li­ście: Dobrze jest, jeże­li męż­czy­zna nie doty­ka kobie­ty; jed­nak ze wzglę­du na nie­bez­pie­czeń­stwo wsze­te­czeń­stwa, nie­chaj każ­dy ma swo­ją żonę i każ­da nie­chaj ma wła­sne­go męża. Mąż nie­chaj odda­je żonie, co jej się nale­ży, podob­nie i żona mężo­wi. Nie żona roz­po­rzą­dza wła­snym cia­łem, lecz mąż; podob­nie nie mąż roz­po­rzą­dza wła­snym cia­łem, lecz żona. Nie stroń­cie od współ­ży­cia z sobą, chy­ba za wspól­ną zgo­dą do pew­ne­go cza­su, aby oddać się modli­twie, a potem zno­wu podej­muj­cie współ­ży­cie, aby was sza­tan nie kusił z powo­du nie­po­wścią­gli­wo­ści waszej”[65]. Tekst ten jest świa­dec­twem nie tyl­ko wiel­kiej mądro­ści apo­sto­ła Paw­ła, ale i głę­bo­kiej jego świa­do­mo­ści ewen­tu­al­nych zagro­żeń zwią­za­nych z sek­su­al­no­ścią czło­wie­ka; widać to zarów­no wów­czas, kie­dy zale­ca chrze­ści­ja­nom uni­ka­nie nie­bez­piecz­nych sytu­acji poprzez „uciecz­kę od wsze­te­czeń­stwa”[66], jak i wobec mło­dych wdów, któ­rym to ze wzglę­du na nie­bez­pie­czeń­stwo wsze­te­czeń­stwa na sku­tek nie­moż­li­wo­ści poskro­mie­nia natu­ral­ne­go popę­du zale­ca wycho­dze­nie za mąż, by, będąc mło­dy­mi wdo­wa­mi, „nie dawa­ły prze­ciw­ni­ko­wi powo­dów do podej­rzeń”[67]. Dla­te­go też Kościół nowo­te­sta­men­to­wy, choć zachę­cał do dzie­wic­twa, to jed­nak w celu unik­nię­cia nie­kon­tro­lo­wa­nych kon­tak­tów sek­su­al­nych oraz ewen­tu­al­ne­go zgor­sze­nia, zale­cał zawie­ra­nie związ­ków mał­żeń­skich[68] zarów­no oso­bom sta­nu wol­ne­go, jak i ludziom owdo­wia­łym bądź porzu­co­nym przez współ­mał­żon­ka nie­ak­cep­tu­ją­ce­go ich wia­ry w Chry­stu­sa[69] bądź będą­ce­go w sta­łym wsze­te­czeń­stwie[70].

Inny­mi sło­wy, w Sta­rym i Nowym Testa­men­cie, choć mamy tu bez­względ­ne potę­pie­nie wszel­kich związ­ków sek­su­al­nych poza mał­żeń­stwem, to jed­nak nigdzie nie znaj­du­je­my zale­ceń, któ­re mia­ły­by na celu potę­pić natu­ral­ny pociąg sek­su­al­ny czło­wie­ka wobec płci odmien­nej[71]. Wręcz prze­ciw­nie, ta intym­na więź męż­czy­zny i kobie­ty, jak w powy­żej cyto­wa­nych sło­wach Paw­ła, była zale­ca­na w mał­żeń­stwie, by nie powie­dzieć, że była wręcz obo­wiąz­kiem oboj­ga mał­żon­ków wobec sie­bie[72]. Apo­stoł Paweł też tego zale­ce­nia o wza­jem­nym współ­ży­ciu ze sobą mał­żon­ków nie obwa­ro­wu­je koniecz­no­ścią pro­kre­acji, jak naucza­li i nadal naucza­ją nie­któ­rzy, a raczej kła­dzie w tym naucza­niu nacisk na wza­jem­ną odpo­wie­dzial­ność mał­żon­ków za sie­bie w kon­tek­ście ich natu­ral­ne­go popę­du do sie­bie. Dla sta­ro­te­sta­men­to­wych wyznaw­ców Izra­ela, jak i dla Kościo­ła nowo­te­sta­men­to­we­go, mał­żeń­stwo było nie tyl­ko for­mą ini­cja­cji sek­su­al­nej czy poczę­cia potom­stwa, ale też spo­so­bem wza­jem­ne­go wyra­ża­nia miło­ści i przy­wią­za­nia do sie­bie poprzez akt płcio­wy.

Kościół apo­stol­ski dopusz­czał dobro­wol­ne życie w dzie­wic­twie, nigdy jed­nak nie zaka­zy­wał współ­ży­cia sek­su­al­ne­go w celu osią­gnię­cia uświę­ce­nia bar­dziej war­to­ścio­we­go w oczach Boga niż to, któ­re osią­ga­my w wie­rze i z łaski w Chry­stu­sie. Tym bar­dziej, że życie w dzie­wic­twie było według apo­sto­ła Paw­ła raczej darem, nie zaś for­mą uświę­ce­nia. Toteż Paweł, a wraz z nim Kościół apo­stol­ski, nie zale­cał współ­bra­ciom wstrze­mięź­li­wo­ści sek­su­al­nej wbrew natu­rze jako jakiejś szcze­gól­nej for­my poboż­no­ści, jak czy­ni­li to wspo­mnia­ni już wyżej nie­któ­rzy „ojco­wie Kościo­ła” więk­szo­ścio­we­go, ale w odróż­nie­niu od nich, a tak­że wie­lu nam współ­cze­snych nauczy­cie­li, miał głę­bo­ką świa­do­mość zagro­żeń, jakie wyni­ka­ją z nie­wła­ści­we­go ukie­run­ko­wa­nia tego natu­ral­ne­go pocią­gu męż­czy­zny i kobie­ty do sie­bie. Zatem Kościół gło­sił, by „mał­żeń­stwo [było] we czci u wszyst­kich, a łoże nie­ska­la­ne; roz­pust­ni­ków bowiem i cudzo­łoż­ni­ków sądzić będzie Bóg”[73]. Tym bar­dziej, że wszel­kie for­my asce­zy dła­wią­ce ten natu­ral­ny pociąg sek­su­al­ny są w swej isto­cie skie­ro­wa­ne prze­ciw Bogu[74], któ­ry dał ten popęd ludziom nie tyl­ko po to, by się roz­mna­ża­li, ale by też czer­pa­li z nie­go radość. Kościół, nie tyl­ko by unik­nąć roz­pu­sty, ale i aby być wdzięcz­nym Bogu za ten dar bycia ze sobą w jed­nym cie­le męż­czy­zny i kobie­ty, zale­cał i pochwa­lał współ­ży­cie sek­su­al­ne w mał­żeń­stwie.

Biblia nie tyl­ko pochwa­la, ale i zachę­ca do współ­ży­cia ze sobą mał­żon­ków w nastę­pu­ją­cych sło­wach: „Pij wodę z wła­snej cyster­ny i wodę świe­żą z wła­snej stud­ni! Czy two­je źró­dła mają wyle­wać się na zewnątrz, a two­je stru­mie­nie na pla­ce? Do cie­bie same­go mają nale­żeć, a nie do obcych rów­no­cze­śnie z tobą! Niech będzie bło­go­sła­wio­ny twój zdrój, a raduj się z żony two­jej mło­do­ści! Miłej jak łania, powab­nej jak gaze­la! Niech jej pier­si zawsze spra­wia­ją ci roz­kosz, upa­jaj się usta­wicz­nie jej miło­ścią! Dla­cze­go, synu mój, masz się roz­ko­szo­wać obcą i ści­skać pierś cudzej?”[75]. Sło­wa te mają nie tyl­ko na celu zapo­biec roz­pu­ście, ale i wzmoc­nić w kon­tek­ście sek­su­al­nym więź mię­dzy mał­żon­ka­mi poprzez radość obco­wa­nia ze sobą.

Bar­dzo zmy­sło­wo i jed­no­cze­śnie bar­dzo sub­tel­nie isto­tę tej wza­jem­nej wię­zi mię­dzy męż­czy­zną i kobie­tą w kon­tek­ście sek­su­al­nym wyra­ża Pieśń nad Pie­śnia­mi – księ­ga Biblii, w któ­rej uchwy­co­ne zosta­ły po mistrzow­sku rów­nież te odmien­no­ści postrze­ga­nia i reago­wa­nia na sie­bie kobie­ty i męż­czy­zny w kon­tek­ście ich róż­nic psy­cho­fi­zycz­nych, będą­cych skut­kiem aktu stwo­rze­nia. Oblu­bie­niec z tej księ­gi, będą­cy w niej obra­zem Boga i jed­no­cze­śnie męż­czy­zny w ogó­le, ocze­ku­je od swo­jej oblu­bie­ni­cy, będą­cej tu obra­zem Izra­ela (żony Boga) i jed­no­cze­śnie kobie­ty, tego, cze­go każ­dy męż­czy­zna ocze­ku­je od kobie­ty. Jest on wzro­kow­cem i doma­ga się od swo­jej oblu­bie­ni­cy, by mu się uka­za­ła: „Gołąb­ko moja w roz­pa­dli­nach skal­nych, w ukry­ciu szcze­lin! Daj mi oglą­dać swo­je obli­cze, daj mi usły­szeć swój głos, gdyż słod­ki jest twój głos i peł­na wdzię­ku two­ja postać”[76]. „O, jak­że jesteś pięk­na, moja przy­ja­ciół­ko, o, jak­że jesteś pięk­na! Two­je oczy są jak oczy gołę­bic spo­za two­jej zasło­ny; two­je wło­sy jak sta­do kóz, któ­re scho­dzą z gór Gile­adu. Two­je war­gi są jak wstąż­ka kar­ma­zy­no­wa, two­ja mowa peł­na wdzię­ku, two­je skro­nie są jak roz­kro­jo­ne jabł­ko gra­na­tu spo­za two­jej zasło­ny. Dwo­je two­ich pier­si jest jak dwo­je sar­niąt, bliź­niąt gaze­li, pasą­cych się mię­dzy lilia­mi”[77]. Tak jak Bóg chce widzieć i sły­szeć swój wier­ny Lud Izra­ela bądź Kościół, by z nim obco­wać, tak każ­dy męż­czy­zna chce widzieć i sły­szeć swo­ją kobie­tę. To jej widok i dźwięk jej gło­su przy­cią­ga go do niej. Wzbu­dza w nim tęsk­no­tę i pożą­da­nie.

Dla­te­go oblu­bie­niec w Pie­śni nad Pie­śnia­mi doma­ga się od swo­jej oblu­bie­ni­cy i woła do niej: „Plą­saj, plą­saj, Sula­mit­ko, plą­saj, plą­saj, aby­śmy cię mogli oglą­dać! Co chce­cie oglą­dać na Sula­mit­ce, gdy zato­czy koro­wód? Jak pięk­ne są two­je kro­ki w san­da­łach, cór­ko ksią­żę­ca! Wypu­kło­ści two­ich bio­der są jak naszyj­nik, dzie­ło rąk mistrza. Two­je łono to okrą­gła cza­sza, niech w niej nie brak­nie wina! Two­je cia­ło to stóg psze­ni­cy, oko­lo­ny lilia­mi. Dwo­je two­ich pier­si jest jak dwo­je sar­niąt, bliź­niąt gaze­li. Two­ja postać podob­na jest do pal­my, two­je pier­si do wino­gron. Pomy­śla­łem: Wesp­nę się na pal­mę, zerwę wiąz­kę jej dak­ty­li! Niech mi będą two­je pier­si jak wino­gro­na, a tchnie­nie two­ich noz­drzy jak woń jabłek, a two­je pod­nie­bie­nie jak wybor­ne wino, któ­re gład­ko spły­wa, zwil­ża­jąc war­gi i zęby”[78]. To jest to, cze­go każ­dy mąż ocze­ku­je od swo­jej żony: chce ją oglą­dać, widzieć, by móc się jej wido­kiem napa­wać i zachwy­cać. Dla innych jest ona „ogro­dem zamknię­tym(…), źró­dłem zapie­czę­to­wa­nym”[79], ale nie dla nie­go. Każ­da żona jest dla swo­je­go męża „jak gaj drzew gra­na­to­wych z wybor­ny­mi owo­ca­mi, kwia­ta­mi cypry­su i nar­du. Nard i sza­fran, trzci­na i cyna­mon z wszel­ki­mi won­ny­mi krze­wa­mi, mir­rą i alo­esem, ze wszyst­ki­mi wybor­ny­mi bal­sa­ma­mi”[80]. I gdy on upa­ja się jej uro­dą jak ogrod­nik owo­ca­mi upra­wia­ne­go przez sie­bie ogro­du, to ona tęsk­ni do nie­go i pra­gnie, by zbie­rał ten plon jej wdzię­ków, co wyra­ża w sło­wach: „Powstań, wie­trze z pół­no­cy, i zerwij się, wie­trze z połu­dnia, prze­wiej mój ogród, niech się roz­pły­nie jego woń bal­sa­micz­na; niech przyj­dzie mój miły do swo­je­go ogro­du i niech spo­ży­wa wybor­ne jego owo­ce”[81]. Taka głę­bo­ka więź, jak już sygna­li­zo­wa­li­śmy, moż­li­wa jest tyl­ko w sta­łym związ­ku jed­ne­go męż­czy­zny i jed­nej kobie­ty. Bo tyl­ko w takim związ­ku może zacho­dzić peł­ne zaufa­nia pozna­wa­nie się part­ne­rów nawza­jem zarów­no w wymia­rze duchowo‐społecznym, jak i fizycz­nym.

Sen­su ducho­we­go i fizycz­ne­go zjed­no­cze­nia męż­czy­zny i kobie­ty nie zmie­nia fakt, że ludzie na sku­tek grze­chu zamie­ni­li jego pier­wot­ny cel wyra­żo­ny przez Boga w akcie stwo­rze­nia.

By unik­nąć kon­se­kwen­cji wyni­ka­ją­cych z upad­ku czło­wie­ka, tj. jego ego­izmu wobec dru­giej oso­by i wyko­rzy­sty­wa­nia innych dla swo­ich celów, zakon jed­no­znacz­nie zaka­zy­wał cudzo­łó­stwa. Chry­stus nato­miast w nowo­te­sta­men­to­wej ety­ce potę­pił raczej jego źró­dło niż sam akt sek­su­al­ny, powia­da­jąc, że „każ­dy, kto spoj­rzy pożą­dli­wie na nie­wia­stę, już popeł­nił z nią cudzo­łó­stwo”[82]. Zatem wszel­ka świa­do­mie skie­ro­wa­na pożą­dli­wość w sto­sun­ku do okre­ślo­nej oso­by płci prze­ciw­nej jest już według Chry­stu­sa aktem cudzo­łó­stwa. Jest to grzech skie­ro­wa­ny nie tyl­ko wobec pożą­da­nej oso­by, ale i wobec jej sta­łe­go part­ne­ra lub part­ner­ki. Zapew­ne ten tekst, zaka­zu­ją­cy pożą­da­nia w myślach, nie doty­czy natu­ral­ne­go pożą­da­nia wobec swo­jej żony czy męża, na przy­kład w okre­sie jakiejś uza­sad­nio­nej roz­łą­ki[83], sko­ro Bóg w akcie stwo­rze­nia prze­zna­czył męż­czy­znę i kobie­tę dla sie­bie nawza­jem (cze­go też ozna­ką mię­dzy inny­mi jest nakry­cie głów przez kobie­ty pod­czas zebrań litur­gicz­nych Kościo­ła[84], w kon­tek­ście nad­użyć w tej kwe­stii ze stro­ny istot ducho­wych[85]). Grze­chem zatem jest zła pożą­dli­wość, tj. taka, któ­ra jest skie­ro­wa­na wobec osób nam obcych i obo­jęt­nych emo­cjo­nal­nie, tzn. nie­bę­dą­cych z nami w związ­ku mał­żeń­skim. Grze­chem jest wyko­rzy­sty­wa­nie sek­su­al­ne osób, z któ­ry­mi się nie wią­że­my emo­cjo­nal­nie bądź trak­tu­je­my je bar­dzo instru­men­tal­nie, wyko­rzy­stu­jąc ich cia­ło w celu zaspo­ko­je­nia swo­je­go sek­su­al­ne­go popę­du. Toteż zwró­ce­nia uwa­gi na dobrze pre­zen­tu­ją­cą się oso­bę płci prze­ciw­nej w kon­tek­ście jej ele­gan­cji czy uro­dy, któ­ra to uwa­ga nie jest pożą­da­niem tej oso­by czy wyobra­ża­niem sobie z nią współ­ży­cia, nie nale­ży trak­to­wać jako pożą­dli­wo­ści, o któ­rej mówił Chry­stus. Wszyst­kie te pro­ble­my są wyni­kiem nie­wła­ści­we­go sto­sun­ku wie­lu współ­cze­snych chrze­ści­jan do natu­ral­nej sek­su­al­no­ści czło­wie­ka, któ­ra w swej isto­cie w kon­tek­ście biblij­nym nie jest ani grzesz­na, ani też nie­czy­sta, jeśli jest wła­ści­wie ukie­run­ko­wa­na i zaspo­ka­ja­na[86].

4. Małżeń­stwo i roz­wód w Pra­wie Moj­że­sza i inter­pre­ta­cji rabi­nów

Zanim przej­dzie­my do nowo­te­sta­men­to­we­go poglą­du na mał­żeń­stwo i roz­wód, na wstę­pie kil­ka uwag w odnie­sie­niu do Pra­wa Moj­że­sza.

Zarów­no pra­wo rzym­skie, jak i innych ludów, w tym i też Pra­wo Moj­że­sza dopusz­cza­ły roz­wód, w przy­pad­ku tego ostat­nie­go poprzez wysta­wie­nie przez męża żonie listu roz­wo­do­we­go, któ­ry upraw­niał obie stro­ny do powtór­ne­go związ­ku[87]. Jed­nak w pra­wie moj­że­szo­wym były wyjąt­ki, kie­dy mąż nie mógł dać swo­jej żonie takie­go listu. Po pierw­sze wów­czas, gdy kobie­ta zosta­ła przez męż­czy­znę nie­słusz­nie oskar­żo­na o to, że w chwi­li zarę­czyn bądź zamąż­pój­ścia nie była dzie­wi­cą[88]. Po dru­gie, gdy zosta­ła przez nie­go uwie­dzio­na, a ojciec jej nie chciał od nie­go odszko­do­wa­nia za jej znie­sła­wie­nie[89] – męż­czy­zna ten musiał się z nią oże­nić i nie mógł jej już nigdy odpra­wić, tj. dać jej listu roz­wo­do­we­go[90]. Przy tym męż­czy­zna, któ­ry roz­wo­dził się z żoną nie zarzu­ca­jąc jej żad­ne­go moral­nie niskie­go czy­nu, musiał zwró­cić jej posag, to zaś utrud­nia­ło lek­ko­myśl­ne wysta­wia­nie takich listów roz­wo­do­wych przez nie­od­po­wie­dzial­nych męż­czyzn.

Zna­mien­ne jest to, że Pra­wo Moj­że­sza chro­ni­ło przede wszyst­kim męż­czy­znę przed inny­mi męż­czy­zna­mi, któ­rzy mogli­by pozba­wić go nie tyl­ko czci, ale i pew­no­ści co do potom­stwa przez sto­sun­ki innych męż­czyzn z jego żoną, z któ­rą tyl­ko on, w myśl zawar­te­go mał­żeń­stwa, miał pra­wo współ­żyć i pło­dzić z nią dzie­ci. Przy­ka­za­nie „Nie będziesz cudzo­ło­żył”, nie doty­czy­ło w prak­ty­ce wszyst­kich rela­cji sek­su­al­nych. Męż­czy­znę obo­wią­zy­wał przede wszyst­kim zakaz sek­su z kobie­ta­mi zamęż­ny­mi i zarę­czo­ny­mi[91]. Przy tym nie­któ­rzy bada­cze suge­ru­ją, że to, czy męż­czy­zna był żona­ty, czy też nie, nie mia­ło aż takie­go zna­cze­nia[92]. Prze­ma­wia za tym treść Pra­wa i prak­ty­ka Izra­ela w sto­sun­ku do bra­nek pod­czas pod­bo­ju zie­mi Kana­an[93], nie mówiąc już o wie­lo­żeń­stwie, nie tyl­ko prze­cież kró­lów takich jak Dawid czy Salo­mon, ale i wie­lu Izra­eli­tów w ogó­le[94], czy też o prak­ty­ce zaku­pu i posia­da­nia nie­wol­ni­cy Izra­elit­ki dla sie­bie bądź syna, z któ­rą jej posia­dacz żył jak z żoną[95]. Przy tym tej nie­wol­ni­cy o okre­ślo­nym cha­rak­te­rze nie mógł odpra­wić i jej odmó­wić należ­nych jej praw nawet wów­czas gdy pojął żonę[96]. Męż­czy­zna, któ­ry uwiódł dzie­wi­cę nie­za­rę­czo­ną i spał z nią, według Pra­wa nie pod­le­gał karze kamie­no­wa­nia jak w przy­pad­ku współ­ży­cia z mężat­ką, miał nato­miast uiścić opła­tę ślub­ną i pojąć za żonę uwie­dzio­ną kobie­tę. Chy­ba że ojciec uwie­dzio­nej nie zga­dzał się wydać jej za nie­go, wów­czas uisz­czał tyl­ko opła­tę ślub­na za dzie­wi­cę[97]. Tego typu regu­la­cje nie­wąt­pli­wie mia­ły zapo­biec przy­pad­ko­wym kon­tak­tom sek­su­al­nym z czę­sto zmie­nia­ny­mi part­ne­ra­mi, nie mówiąc już o współ­ży­ciu z oso­ba­mi będą­cy­mi w związ­ku mał­żeń­skim. Inny­mi sło­wy, mia­ły zapo­biec powszech­ne­mu w tam­tych cza­sach wśród wie­lu spo­łe­czeństw zja­wi­sku okre­śla­ne­mu jako pro­mi­sku­ityzm[98].

Dodaj­my jesz­cze, że jeśli kobie­ta sta­ła się roz­wód­ką bądź wdo­wą, to jej życie sek­su­al­ne nie było już regu­lo­wa­ne prze­pi­sa­mi obo­wią­zu­ją­cy­mi mężat­ki, nie mówiąc już o dzie­wi­cach[99]. Trud­no było w opar­ciu o pra­wo Moj­że­sza zarzu­cić wdo­wie bądź roz­wód­ce, że nie jest dzie­wi­cą przy zawie­ra­niu dru­gie­go związ­ku. Przy tym w for­mal­nym oświad­cze­niu roz­wo­do­wym męż­czy­zna zobo­wią­zy­wał się zrzec wszel­kich praw do byłej mał­żon­ki, co było świa­dec­twem, że odtąd kobie­ta ta była dozwo­lo­na każ­de­mu inne­mu męż­czyź­nie. Kobie­ty będą­ce wdo­wa­mi bądź roz­wód­ka­mi lub nie­za­męż­ne i nie­za­rę­czo­ne w prak­ty­ce nie były kara­ne za sto­sun­ki poza­mał­żeń­skie, z tym że jeśli dziew­czy­na nie­bę­dą­ca wdo­wą lub roz­wód­ką zamie­rza­ła wyjść za mąż, a mimo to decy­do­wa­ła się na seks poza­mał­żeń­ski, to nara­ża­ła się na duże ryzy­ko w razie gdy­by jej przy­szły mał­żo­nek stwier­dził, że nie zna­lazł jej dzie­wi­cą[100]. Nie­wąt­pli­wie w takiej nie­zręcz­nej sytu­acji zna­la­zła się Maria mat­ka Jezu­sa, zarę­czo­na z Józe­fem, któ­ry nie chcąc jej znie­sła­wie­nia, goto­wy był ją odpra­wić[101]. Naj­praw­do­po­dob­niej też Sama­ry­tan­ka, do któ­rej Chry­stus powie­dział, że mia­ła pię­ciu mężów, a ten, z któ­rym teraz jest, nie jest jej mężem[102], w tym wła­śnie zna­cze­niu była wol­ną od pra­wa obo­wią­zu­ją­ce­go mężat­ki; jed­nym sło­wem, będąc wdo­wą lub roz­wód­ką, żyła w kon­ku­bi­na­cie z męż­czy­zną, któ­ry nie był jej mężem.

Sam Jezus w swo­im naucza­niu dość swo­bod­nie i bez­po­śred­nio nawią­zu­je do tych sek­su­al­nie uwa­run­ko­wa­nych zacho­wań współ­cze­snych mu ludzi, a jed­no­cze­śnie ma też bar­dzo nie­kon­wen­cjo­nal­ne podej­ście do tego typu postaw. Przy­ła­pa­nej na cudzo­łó­stwie kobie­cie, któ­rą chcia­no, w myśl Pra­wa, uka­mie­no­wać, powie­dział „idź i wię­cej nie grzesz”, zaś tym, któ­rzy ją przy­pro­wa­dzi­li, w spo­sób dys­kret­ny zarzu­cił, że oni sami nie są bez grze­chu[103]. Innym razem mówi, że nie tyl­ko ci, któ­rzy cudzo­ło­żą, ale i ci, któ­rzy patrzą na nie­wia­stę pożą­da­jąc jej, już są cudzo­łoż­ni­ka­mi i lepiej było­by im wyłu­pać sobie oko lub obciąć rękę, któ­ra ich gor­szy, niż pójść do pie­kła, tj. zostać potę­pio­nym[104]. Ten powyż­szy tekst jeśli­by go inter­pre­to­wać w całym kon­tek­ście wypo­wie­dzi Chry­stu­sa, tj. w odnie­sie­niu rów­nież do Jego wypo­wie­dzi na temat mał­żeń­stwa i dopusz­czal­no­ści roz­wo­du, na któ­ry, w odróż­nie­niu od współ­cze­snych mu wie­lu rabi­nów, nie pozwa­la „dla każ­dej przy­czy­ny”, wyjąw­szy jedy­nie powód trwa­nia jed­ne­go z part­ne­rów we wsze­te­czeń­stwie[105], któ­ry nie tyl­ko przez nie­za­sad­ny roz­wód pro­wa­dzi part­ne­ra i sie­bie do cudzo­łó­stwa, ale i poprzez swo­je wsze­te­czeń­stwo, tj. zdra­dę mał­żeń­ską.

Inny­mi sło­wy, męż­czy­zna wrę­cza­ją­cy list roz­wo­do­wy kobie­cie, poza przy­czy­ną wsze­te­czeń­stwa, tj. dopusz­cze­niem się przez nią zdra­dy, pro­wa­dzi ją tym listem do cudzo­łó­stwa, nie mówiąc już, że i same­go sie­bie. Bo też zarów­no zdra­da jed­ne­go z part­ne­rów w związ­ku, jak i wrę­cze­nie listu roz­wo­do­we­go, zawsze nara­ża współ­part­ne­ra, w myśl naucza­nia Chry­stu­sa, do nad­uży­cia zwią­za­ne­go z natu­ral­ną potrze­bą zaspo­ka­ja­nia pra­gnień sek­su­al­nych w jeden ze spo­so­bów, przed któ­ry­mi Chry­stus w tym wła­śnie tek­ście prze­strze­ga[106]. Jed­nym sło­wem, w myśl naucza­nia Chry­stu­sa, stro­na zdra­dza­ją­ca swo­je­go współ­mał­żon­ka bądź wysta­wia­ją­ca list roz­wo­do­wy z powo­du inne­go niż zdra­da mał­żeń­ska nie tyl­ko sama grze­szy, ale też pro­wa­dzi współ­mał­żon­ka do cudzo­łó­stwa na sku­tek pozba­wie­nia go życia intym­ne­go, na co zwra­ca uwa­gę w swo­im naucza­niu rów­nież apo­stoł Paweł w nastę­pu­ją­cych sło­wach: „Ze wzglę­du jed­nak na nie­bez­pie­czeń­stwo roz­pu­sty niech każ­dy ma swo­ją żonę, a każ­da swo­je­go męża. Mąż niech odda­je powin­ność żonie, podob­nie też żona mężo­wi. Żona nie roz­po­rzą­dza wła­snym cia­łem, lecz jej mąż; podob­nie też i mąż nie roz­po­rzą­dza wła­snym cia­łem, ale żona. Nie uni­kaj­cie jed­no dru­gie­go, chy­ba że na pewien czas, za obo­pól­ną zgo­dą, by oddać się modli­twie; potem znów wróć­cie do sie­bie, aby — wsku­tek nie­wstrze­mięź­li­wo­ści waszej — nie kusił was sza­tan”[107].

Wia­do­mo, że potrze­by sek­su­al­ne ludzi w więk­szym bądź mniej­szym stop­niu deter­mi­nu­ją ich posta­wy wobec płci odmien­nej i są też w swej isto­cie moto­rem pro­kre­acji. Mówiąc ina­czej, pra­wo doty­czą­ce zarów­no mał­żeń­stwa, jak i roz­wo­du mia­ło na celu regu­la­cję życia sek­su­al­ne­go ludzi. Tym samym usta­lo­ne zasa­dy zawie­ra­nia związ­ków mał­żeń­skich i ich roz­wią­zy­wa­nia poprzez pra­wo roz­wo­do­we umoż­li­wia­ły spo­łe­czeń­stwu kon­tro­lę nad życiem sek­su­al­nym, okre­śla­jąc, kto i z kim mógł współ­żyć i roz­mna­żać się. Przy tym defi­ni­cja sto­sun­ku sek­su­al­ne­go była i jest dla róż­nych kul­tur bar­dzo płyn­na; dla wie­lu współ­cze­snych nam śro­do­wisk na przy­kład seks oral­ny, mastur­ba­cja bądź inne piesz­czo­ty dopro­wa­dza­ją­ce do orga­zmu nie zawsze są uwa­ża­ne za prak­ty­ki nie­do­pusz­czal­ne przed mał­żeń­stwem. Wie­lu za nie­do­pusz­czal­ny seks przed­mał­żeń­ski uzna­je przede wszyst­kim pene­tra­cję pochwy, tj. seks wagi­nal­ny umoż­li­wia­ją­cy zapłod­nie­nie.

W Sta­rym Testa­men­cie nie znaj­du­je­my ści­śle okre­ślo­ne­go zaka­zu sek­su przed­mał­żeń­skie­go. Męż­czy­znom, jak już powy­żej wska­za­li­śmy, zaka­zu­je się sek­su z kobie­ta­mi zamęż­ny­mi bądź zarę­czo­ny­mi, współ­ży­cie z pozo­sta­ły­mi nie było już tak obostrzo­ne[108]. Istot­ne zatem w tej kwe­stii zna­cze­nie mia­ła płeć oso­by i jej sta­tus cywil­ny, wyzna­cza­ją­ce, do jakie­go stop­nia seks przed­mał­żeń­ski był dozwo­lo­ny lub zabro­nio­ny. Nawet zakaz gwał­tu był zabro­nio­ny pod karą śmier­ci tyl­ko wobec kobiet zarę­czo­nych i zamęż­nych, ponie­waż w takim wypad­ku spraw­ca „zadał gwałt żonie bliź­nie­go”[109]. Jeśli nato­miast jakiś męż­czy­zna został przy­ła­pa­ny w trak­cie sto­sun­ku sek­su­al­ne­go z dzie­wi­cą nie­za­ślu­bio­ną inne­mu męż­czyź­nie, to był zobo­wią­za­ny zapła­cić jej ojcu pięć­dzie­siąt zło­tych sykli, a następ­nie się z nią oże­nić, przy tym nie mógł jej już przez całe swo­je życie odda­lić, tj. napi­sać jej listu roz­wo­do­we­go[110].

Wra­ca­jąc jed­nak do mał­żeń­stwa i roz­wo­du na tle ich spo­łecz­nej funk­cji, war­to tu przy­po­mnieć, że przy­szli mał­żon­ko­wie naj­czę­ściej się nie zna­li, na ogół mał­żeń­stwa były aran­żo­wa­ne przez rodzi­ny (ojców lub bra­ci), bo też rela­cje mię­dzy męż­czy­zna­mi i kobie­ta­mi nie były tak bez­po­śred­nie jak dzi­siaj. Nie wol­no było roz­ma­wiać kobie­tom z obcy­mi męż­czy­zna­mi, wszyst­kie zaś wycho­dząc poza obręb swo­je­go domu zakry­wa­ły swo­je wdzię­ki. Przy tym zwią­zek opie­rał się przede wszyst­kim na pozy­cji eko­no­micz­nej i moral­nym świa­dec­twie rodzi­ny, posa­gu, jak i upo­sa­że­niu przy­szłe­go męża, gło­wy domu. Tym samym, na sku­tek bra­ku tej bez­po­śred­niej nie­kie­dy rela­cji mię­dzy przy­szły­mi mał­żon­ka­mi, po zawar­ciu związ­ku mogły zaist­nieć i ujaw­nić się jakieś nie­prze­wi­dy­wal­ne i nie­zbyt przy­jem­ne dla męż­czy­zny i dla kobie­ty przy­pa­dło­ści o cha­rak­te­rze psy­cho­fi­zycz­nym, któ­re Moj­żesz okre­ślił jako „coś odra­ża­ją­ce­go”.

Cho­ciaż przy­wi­lej wysta­wie­nia listu roz­wo­do­we­go spo­czy­wał cał­ko­wi­cie w rękach męża, nie zmie­nia to fak­tu, że żona sama poprzez zacho­wa­nie wobec part­ne­ra mogła spra­wić, by on chciał się roz­wieść. Mogła też przy wal­nym wspar­ciu swo­jej rodzi­ny uzy­skać od męża list roz­wo­do­wy w sądzie, gdy on odma­wiał jej współ­ży­cia mał­żeń­skie­go bądź gdy udo­wod­nio­no mu, że nie potra­fi zapew­nić jej odpo­wied­nie­go utrzy­ma­nia w kon­tek­ście wiel­ko­ści jej posa­gu lub gdy naba­wił się jakiejś cho­ro­by, np. trą­du. War­to zasy­gna­li­zo­wać i przy­po­mnieć, że według rabi­nów, jeże­li żona postra­da­ła zmy­sły, mąż nie mógł jej odda­lić, bo gdy­by tak uczy­nił, nie mia­ła­by żad­ne­go opie­ku­na w tym bez­rad­nym sta­nie, rów­nież żona nie mogła uzy­skać takie­go listu roz­wo­do­we­go z powo­du obłą­ka­nia męża. Tym samym cho­ro­ba psy­chicz­na dla rabi­nów nie mogła być trak­to­wa­na jako „coś odra­ża­ją­ce­go”, co by mogło być dla part­ne­ra pod­sta­wą do dania żonie listu roz­wo­do­we­go.

W okre­sie nowo­te­sta­men­to­wym, w kon­tek­ście naucza­nia o roz­wo­dach wśród współ­cze­snych Chry­stu­so­wi fary­ze­uszy, domi­no­wa­ły dwa skrzy­dła ide­owe: rabi­nów Szam­ma­ja i Hil­le­la. Zwo­len­ni­cy Szam­ma­ja, w odróż­nie­niu od uczniów Hil­le­la, bro­ni­li praw­nej i spo­łecz­nej pozy­cji kobie­ty zagwa­ran­to­wa­nej w Pra­wie Moj­że­sza[111]. Szam­ma­ici wystę­po­wa­li w obro­nie skła­da­ne­go przez kobie­ty świa­dec­twa i węzła mał­żeń­skie­go w ogó­le, jak i ich pozy­cji finan­so­wej wobec współ­mał­żon­ka. Nie zmie­nia­ło to jed­nak fak­tu, że w myśl Pra­wa Moj­że­sza — tyl­ko mąż mógł wysta­wić taki list roz­wo­do­wy. Przy tym, nie­za­leż­nie od poglą­dów zwo­len­ni­ków Hil­le­la i nie­któ­rych rabi­nów, reli­gij­nym ide­ałem dla wszyst­kich Żydów było nie godzić się na roz­wód. Mówio­no, że sam ołtarz roni łzy, gdy czło­wiek opusz­cza żonę swo­jej mło­do­ści[112]. Nie­mniej jed­nak w świe­tle Pra­wa Moj­że­szo­we­go roz­wód był dopusz­czal­ny, zaś według nie­któ­rych rabi­nów, w pew­nych oko­licz­no­ściach, był nawet koniecz­ny.

Jed­ną z takich oko­licz­no­ści było cudzo­łó­stwo jed­ne­go z part­ne­rów, dru­gim zaś jego nie­płod­ność. Obie te oko­licz­no­ści nie budzi­ły żad­nych kon­tro­wer­sji w śro­do­wi­sku żydow­skich rabi­nów. Bo też zarów­no cudzo­łó­stwo, jak i nie­płod­ność jako powód do roz­wo­du mia­ły swo­je uza­sad­nie­nie w Sta­rym Testa­men­cie. Isto­tą mał­żeń­stwa była nie tyl­ko ini­cja­cja sek­su­al­na, ale i zapo­bie­że­nie przy­pad­ko­wym i nie­od­po­wie­dzial­nym związ­kom sek­su­al­nym mię­dzy męż­czy­zną i kobie­tą, a tak­że posia­da­nie potom­stwa zapew­nia­ją­ce­go żywot­ne siły naro­du wybra­ne­go, z któ­re­go miał się naro­dzić Mesjasz.

Głów­ną przy­czy­ną bra­ku jed­no­myśl­no­ści wśród wie­lu Żydów w spra­wie roz­wo­du – choć spór ten doty­czył nie tyle samej jego dopusz­czal­no­ści, o czym nale­ży pamię­tać, ile przede wszyst­kim przy­czyn i oko­licz­no­ści, w któ­rych był on uza­sad­nio­ny – było sfor­mu­ło­wa­nie Pra­wa, według któ­re­go męż­czy­zna mógł odda­lić swo­ją żonę, jeże­li „zna­lazł u niej coś odra­ża­ją­ce­go”[113]. Spra­wą spor­ną była inter­pre­ta­cja słów: „coś odra­ża­ją­ce­go”. Szko­ła Szam­ma­ja uczy­ła jed­no­znacz­nie, że „coś odra­ża­ją­ce­go” zna­czy cudzo­łó­stwo i tyl­ko cudzo­łó­stwo i że dla żad­ne­go inne­go powo­du nie wol­no żony odda­lać; według Szam­ma­ja nawet kobie­ta podob­na w swej prze­wrot­no­ści do Ize­bel, dopó­ki nie popeł­ni cudzo­łó­stwa, nie może być przez męża odda­lo­na. Z dru­giej jed­nak stro­ny, szko­ła Hil­le­la inter­pre­to­wa­ła sło­wa „coś odra­ża­ją­ce­go” w spo­sób bar­dzo dowol­ny. Męż­czy­zna mógł tu odda­lić żonę, jeże­li ta źle ugo­to­wa­ła obiad, jeże­li dużo mówi­ła, cho­dzi­ła z roz­pusz­czo­ny­mi wło­sa­mi albo roz­ma­wia­ła z męż­czy­zna­mi na uli­cy, jeże­li lek­ce­wa­żą­co mówi­ła o rodzi­cach męża w jego obec­no­ści, jeże­li była kłó­tli­wą kobie­tą, któ­rej awan­tu­ry sły­chać było w sąsied­nim domu. Zatem w cza­sach nowo­te­sta­men­to­wych ist­nia­ła wśród rabi­nów dość duża róż­ni­ca zdań w tej kwe­stii.

5. Małżeń­stwo i roz­wód w naucza­niu Chry­stu­sa i apo­sto­łów

Pyta­nie, jakie zada­no Jezu­so­wi w kwe­stii Jego sto­sun­ku do roz­wo­du doty­czy­ło wła­śnie tego powy­żej przed­sta­wio­ne­go ide­owe­go spo­ru[114]. W isto­cie fary­ze­usze pyta­li Go, czy opo­wia­da się za suro­wy­mi poglą­da­mi Szam­ma­ja, czy też za gro­te­sko­wy­mi, by nie powie­dzieć, że pro­wa­dzą­cy­mi do roz­wią­zło­ści, poglą­da­mi Hil­le­la. Jezus zaś w odpo­wie­dzi na pyta­nie o ewen­tu­al­ną przy­czy­nę roz­wo­du, zwró­cił im uwa­gę na pier­wot­ną zasa­dę wypły­wa­ją­cą z aktu stwo­rze­nia, a tak­że ukry­tą w niej isto­tę związ­ku męż­czy­zny z kobie­tą w kon­tek­ście ich natu­ral­nej jed­no­ści (wyra­ża­ją­cej się w sek­su­al­no­ści) oraz ukry­te­go w nich obra­zu Boga (wyra­ża­ją­ce­go męski i żeń­ski pier­wia­stek Jego isto­ty[115]). Była to wpraw­dzie zasa­da wyni­ka­ją­ca z aktu stwo­rze­nia Ada­ma i Ewy, nie zaś pra­wo, do któ­re­go się Żydzi odwo­ły­wa­li, o czym nie nale­ży zapo­mi­nać, jako taka wska­zy­wa­ła jed­nak na isto­tę związ­ku męż­czy­zny z kobie­tą w świe­tle pier­wot­ne­go zamia­ru Boga. Fary­ze­usze, dostrze­ga­jąc tę róż­ni­cę mię­dzy zasa­dą a pra­wem, pod­chwy­tli­wie zapy­ta­li Jezu­sa: Dla­cze­go jed­nak Moj­żesz pozwo­lił dać list roz­wo­do­wy? Czyż­by Pra­wo Moj­że­sza nie było nada­ne przez Boga? Jezus w odpo­wie­dzi uzmy­sła­wia sobie współ­cze­snym Żydom, że to Pra­wo Moj­że­sza, na któ­re oni się tak gor­li­wie powo­łu­ją, jed­no­cze­śnie nad­uży­wa­jąc go w kon­tek­ście naucza­nia Hil­le­la, nie było zaprze­cze­niem pier­wot­nej zasa­dy wyni­ka­ją­cej z aktu stwo­rze­nia, a swo­istym ustęp­stwem Boga w sto­sun­ku do upa­dłej natu­ry ludz­kiej i mia­ło na celu ure­gu­lo­wać zasa­dy współ­ży­cia męż­czy­zny i kobie­ty, tak by wza­jem­ne związ­ki nie sta­ły się przy­czy­ną roz­wią­zło­ści i roz­pu­sty mię­dzy ludź­mi.

Jezus odwo­łu­jąc się do zasa­dy wyni­ka­ją­cej z aktu stwo­rze­nia, wska­zu­je swo­im współ­cze­snym i nam dzi­siaj, że ide­ału mał­żeń­stwa trze­ba szu­kać w nie­ro­ze­rwal­nym, dosko­na­łym i peł­nym har­mo­nii związ­ku Ada­ma i Ewy. Jed­nak na sku­tek grzesz­nej natu­ry i pychy czło­wie­ka, jak i bra­ku odpo­wie­dzial­no­ści wobec bliź­nie­go, Moj­żesz okre­ślił zasa­dy w tym wzglę­dzie, przede wszyst­kim by zabez­pie­czyć wza­jem­nie part­ne­rów wobec sie­bie i uchro­nić też ich poży­cie intym­ne i rodzin­ne przed samo­wo­lą i cha­osem. Jezus wypo­wia­da się jed­no­znacz­nie za nie­do­pusz­czal­no­ścią wysta­wia­nia listu roz­wo­do­we­go z byle powo­du, w sło­wach: „Kto­kol­wiek by odpra­wił żonę swo­ją, z wyjąt­kiem przy­czy­ny wsze­te­czeń­stwa i poślu­bił inną, cudzo­ło­ży, a kto by odpra­wio­ną poślu­bił, cudzo­ło­ży”[116]. Zatem każ­dy według tych słów, kto taki list wysta­wi, nie tyl­ko sam dopusz­cza się cudzo­łó­stwa, ale jed­no­cze­śnie pro­wa­dzi do cudzo­łó­stwa swo­je­go współ­mał­żon­ka, chy­ba że jeden z part­ne­rów już wcze­śniej dopu­ścił się cudzo­łó­stwa i tym samym zerwał przez ten akt zdra­dy poży­cie mał­żeń­skie, trwa­jąc we wsze­te­czeń­stwie. Inny­mi sło­wy, part­ner, któ­ry dopusz­cza się zdra­dy, sam pogrą­ża się w cudzo­łó­stwo i ze swej stro­ny zry­wa umo­wę mał­żeń­ską, pozba­wia­jąc przy tym swo­je­go współ­mał­żon­ka poży­cia intym­ne­go bądź, co gor­sza, nara­ża go na życie w trój­ką­cie.

Toteż w naucza­niu apo­stol­skim roz­wód mię­dzy oso­ba­mi wie­rzą­cy­mi poza biblij­nie uza­sad­nio­ny­mi oko­licz­no­ścia­mi, o któ­rych wspo­mi­na­ją Chry­stus[117] oraz Paweł[118], jest nie­do­pusz­czal­ny i zabro­nio­ny[119]. Pierw­szą taką oko­licz­no­ścią i wyjąt­kiem dopusz­cza­ją­cym roz­wód, na któ­rą Chry­stus zwró­cił uwa­gę, odpo­wia­da­jąc na pyta­nie Żydów, jest trwa­ła zdra­da mał­żeń­ska, tj. cudzo­łó­stwo jed­ne­go z mał­żon­ków[120], któ­ry na sku­tek swo­jej roz­wią­zło­ści i wsze­te­czeń­stwa zerwał ist­nie­ją­cy zwią­zek[121]. Bo też trwa­łe wsze­te­czeń­stwo jed­ne­go z part­ne­rów wymu­sza na dru­gim abs­ty­nen­cję sek­su­al­ną, któ­rej skut­kiem może być jego upa­dek ducho­wy i moral­ny, pro­wa­dzą­cy go w pro­stej linii do wsze­te­czeń­stwa, przed czym prze­strze­gał Moj­żesz[122] i Chry­stus[123] – zatem do czy­nów nie­mo­ral­nych w związ­ku z nie­moż­no­ścią zaspo­ko­je­nia natu­ral­nej potrze­by bycia w związ­ku intym­nym z płcią prze­ciw­ną, zwłasz­cza jeśli nie posia­da daru wstrze­mięź­li­wo­ści, na co zwra­cał też uwa­gę w swo­im naucza­niu Paweł w nastę­pu­ją­cych sło­wach: „Dobrze jest, jeże­li męż­czy­zna nie doty­ka kobie­ty; jed­nak ze wzglę­du na nie­bez­pie­czeń­stwo wsze­te­czeń­stwa, nie­chaj każ­dy ma swo­ją żonę i każ­da nie­chaj ma wła­sne­go męża. Mąż nie­chaj odda­je żonie, co jej się nale­ży, podob­nie i żona mężo­wi. Nie żona roz­po­rzą­dza wła­snym cia­łem, lecz mąż; podob­nie nie mąż roz­po­rzą­dza wła­snym cia­łem, lecz żona. Nie stroń­cie od współ­ży­cia z sobą, chy­ba za wspól­ną zgo­dą do pew­ne­go cza­su, aby oddać się modli­twie, a potem zno­wu podej­muj­cie współ­ży­cie, aby was sza­tan nie kusił z powo­du nie­po­wścią­gli­wo­ści waszej”[124]. I dalej: „A wolał­bym, aby wszy­scy ludzie byli tacy, jak ja, lecz każ­dy ma wła­sny dar łaski od Boga, jeden taki, a dru­gi inny. A mówię tym, któ­rzy nie wstą­pi­li w związ­ki mał­żeń­skie, oraz wdo­wom: Dobrze zro­bią, jeśli pozo­sta­ną w tym sta­nie, w jakim ja jestem. Jeśli jed­nak nie mogą zacho­wać wstrze­mięź­li­wo­ści, nie­chaj wstę­pu­ją w stan mał­żeń­ski; albo­wiem lepiej jest wstą­pić w stan mał­żeń­ski, niż gorzeć[125]. W świe­tle powyż­szej praw­dy, wyma­ga­nie przez wspól­no­tę od oso­by opusz­czo­nej przez wsze­tecz­ne­go part­ne­ra abs­ty­nen­cji jest nie tyl­ko sprzecz­ne z aktem stwo­rze­nia i wypły­wa­ją­cą z tego aktu sek­su­al­no­ścią czło­wie­ka pocho­dzą­cą od Boga, ale i z nauką apo­stol­ską, uwzględ­nia­ją­cą tę sek­su­al­ność zarów­no wobec mło­dych wdów[126], jak i osób, któ­re nie potra­fią żyć w celi­ba­cie[127].

War­to w kon­tek­ście oma­wia­nia zdra­dy mał­żeń­skiej i nie­wier­no­ści na tle sek­su­al­nym zasy­gna­li­zo­wać, że „wsze­te­czeń­stwo” jest tłu­ma­cze­niem grec­kie­go sło­wa „por­ne­ia”, któ­re moż­na rów­nie dobrze wyra­zić za pomo­cą takich pojęć jak: roz­pu­sta, per­wer­sja sek­su­al­na, cudzo­łó­stwo, nie­rząd czy pro­sty­tu­cja. Tym samym czło­wiek będą­cy w związ­ku z oso­bą dopusz­cza­ją­cą się wsze­te­czeń­stwa nara­żo­ny był (i dzi­siaj też jest) nie tyl­ko na nie­bez­pie­czeń­stwo bez­po­śred­nie­go zara­że­nia się cho­ro­bą wene­rycz­ną czy AIDS, ale też na cią­gły nie­po­kój o swój stan zdro­wia, nie mówiąc już o moral­nym upo­ko­rze­niu zwią­za­nym z dzie­le­niem się part­ne­rem z trze­cią oso­bą. Zapew­ne to te zacho­wa­nia i zwią­za­ne z nimi real­ne zagro­że­nia, jak i upo­ko­rze­nie moral­ne dla zdra­dza­ne­go mał­żon­ka, według nie­któ­rych rabi­nów mie­ści­ły się w ter­mi­nie „coś odra­ża­ją­ce­go” i były pod­sta­wą do roz­wo­du w przy­pad­ku zaist­nie­nia trwa­łe­go cudzo­łó­stwa i pozo­sta­wa­nia w nim.

Dru­gim wyjąt­kiem dopusz­cza­ją­cym roz­wód jest nie­zgo­da part­ne­ra nie­wie­rzą­ce­go na wspól­ne życie z oso­bą wie­rzą­cą, tj. nawró­co­ną w trak­cie ist­nie­ją­ce­go już związ­ku[128]. Mamy tu do czy­nie­nia z tzw. przy­wi­le­jem Paw­ło­wym, o któ­rym już wspo­mnie­li­śmy na wstę­pie przy oka­zji moż­li­wo­ści unie­waż­nie­nia mał­żeń­stwa w opar­ciu o pra­wo kano­nicz­ne, do któ­re­go to przy­wi­le­ju w takich przy­pad­kach Kościół rzym­sko­ka­to­lic­ki się odwo­łu­je. Przy­wi­lej ten nato­miast budzi kon­tro­wer­sje w nie­któ­rych śro­do­wi­skach ewan­ge­licz­nych, któ­re na sku­tek nie­do­strze­ga­nia biblij­nych prawd wia­ry odno­szą­cych się do aktu stwo­rze­nia i pły­ną­cych z naucza­nia apo­stol­skie­go usi­łu­ją nadać inny sens naucza­niu Paw­ła, któ­re wyra­ził w nastę­pu­ją­cych sło­wach: „Pozo­sta­łym zaś mówię ja, nie Pan: Jeśli jakiś brat ma żonę pogan­kę, a ta zga­dza się na współ­ży­cie z nim, niech się z nią nie roz­wo­dzi; i żona, któ­ra ma męża poga­ni­na, a ten zga­dza się na współ­ży­cie z nią, niech się z nim nie roz­wo­dzi. Albo­wiem mąż poga­nin uświę­co­ny jest przez żonę i żona pogan­ka uświę­co­na jest przez wie­rzą­ce­go męża; ina­czej dzie­ci wasze były­by nie­czy­ste, a tak są świę­te. A jeśli poga­nin chce się roz­wieść, niech­że się roz­wie­dzie; w takich przy­pad­kach brat czy sio­stra nie są nie­wol­ni­czo zwią­za­ni[129], gdyż do poko­ju powo­łał was Bóg. Bo skąd­że wiesz, żono, że zba­wisz męża? Albo skąd wiesz, mężu, że zba­wisz żonę?”[130].

Pozo­sta­łym”, tj. tym, któ­rzy są w związ­kach z oso­ba­mi nie­wie­rzą­cy­mi, zatem są w bar­dzo zło­żo­nej sytu­acji, bo tyl­ko jeden z part­ne­rów jest pod­da­ny dys­cy­pli­nie moral­nej Kościo­ła, nato­miast dru­gi naj­wy­żej „zga­dza się na współ­ży­cie z nim” ‚nie musi być takie oczy­wi­ste, jak to sobie cza­sa­mi nie­któ­rzy chrze­ści­ja­nie w swej pysze i nie­to­le­ran­cji wobec innych poglą­dów na życie wyobra­ża­ją. O takich kom­pli­ka­cjach wyni­ka­ją­cych z odmien­no­ści poglą­dów reli­gij­nych napi­sał bar­dzo rze­czo­wo i kon­kret­nie Ter­tu­lian: „Któż bowiem pozwo­li swo­jej żonie, by bie­ga­ła po nie­zna­nych zauł­kach i nędz­nych cha­tach, nawie­dza­jąc bra­ci? Kto chęt­nie znie­sie, że ona, jeśli zaj­dzie potrze­ba, odda­li się od jego boku, by udać się na noc­ne zebra­nie? Kto wresz­cie cier­pli­wie będzie tole­ro­wał przez okres uro­czy­sto­ści pas­chal­nych, że ona całą noc prze­by­wa poza domem? Kto bez żad­nych podej­rzeń pozwo­li jej pójść na nie­zna­ną ucztę Pana, któ­rą poga­nie znie­sła­wia­ją? Kto pozwo­li jej ukrad­kiem cho­dzić do wię­zie­nia, aże­by cało­wać kaj­da­ny męczen­ni­ków? Kto pozwo­li spo­ty­kać się z jakimś ze współ­bra­ci, by prze­ka­zać poca­łu­nek; albo przy­no­sić wodę do obmy­wa­nia nóg świę­tych; albo też zabie­gać o zdo­by­cie nie­co pokar­mów i napo­jów i tyl­ko o tym myśleć? Jeśli współ­brat podró­żu­jąc przy­bę­dzie, jaką gości­nę znaj­dzie w obcym domu?”[131].

Współ­cze­śnie wie­lu ducho­wo odro­dzo­nym chrze­ści­ja­nom i ich przy­wód­com, na sku­tek nie­wie­dzy, pru­de­ryj­no­ści, jak i bra­ku w ich naucza­niu reflek­sji biblij­nej w tema­cie sek­su­al­no­ści czło­wie­ka, żyją­cym przy tym w kul­tu­rze o chrze­ści­jań­skim mimo wszyst­ko cha­rak­te­rze, nawet do gło­wy nie przy­cho­dzi, z jaki­mi kon­flik­ta­mi egzy­sten­cjal­ny­mi i moral­ny­mi musie­li spo­ty­kać się żyją­cy w cza­sach apo­stol­skich nowo­te­sta­men­to­wi ucznio­wie Chry­stu­sa czy też antycz­ni chrze­ści­ja­nie nale­żą­cy do Kościo­ła więk­szo­ścio­we­go, choć­by w cza­sach Ter­tu­lia­na, nie mówiąc już o wie­lu gru­pach chrze­ści­jan funk­cjo­nu­ją­cych poza struk­tu­ra­mi orga­ni­za­cyj­ny­mi tegoż antycz­ne­go Kościo­ła więk­szo­ścio­we­go. Podob­ne doświad­cze­nia spo­ty­ka­ją i współ­cze­snych odro­dzo­nych ludzi, któ­rzy mimo życia w kul­tu­rze o cha­rak­te­rze chrze­ści­jań­skim napo­ty­ka­ją na poważ­ne trud­no­ści, chcąc zasto­so­wać na co dzień biblij­ne praw­dy wia­ry tak, by podo­bać się Bogu.

Wypo­wia­da­jąc się zatem na temat mał­żeń­stwa, nale­ży przy­po­mnieć i zasy­gna­li­zo­wać, że współ­cze­sne spo­łecz­ne realia, w któ­rych ludzie się pobie­ra­ją, mają zupeł­nie inny cha­rak­ter i cel niż w cza­sach sta­ro­żyt­ne­go Izra­ela. Ponad­to mał­żeń­stwo chrze­ści­jan nie ma już takie­go zada­nia jak w Izra­elu, sko­ro Paweł zachę­ca chrze­ści­jan do życia w dzie­wic­twie, nie zale­ży mu na potom­stwie zro­dzo­nym z woli męż­czy­zny, jak mia­ło to miej­sce w Izra­elu, a jedy­nie na tym zro­dzo­nym z ducha. Przy tym dzi­siaj, w odróż­nie­niu od współ­cze­snych Paw­ło­wi czy Ter­tu­lia­no­wi, ludzie biblij­nie wie­rzą­cy i chrze­ści­ja­nie nomi­nal­ni nie żyją już tak jak sta­ro­żyt­ni w śro­do­wi­sku pogań­skim, wro­gim ide­owo chrze­ści­jań­stwu, a mimo to i dzi­siaj docho­dzi do nie mniej poważ­nych roz­dź­wię­ków ide­owych na tle wyzna­wa­nych prawd wia­ry (ma to już jed­nak miej­sce mię­dzy chrze­ści­jań­stwem nomi­nal­nym a tym nawią­zu­ją­cym do biblij­nych prawd wia­ry, nie mówiąc już o róż­ni­cach w łonie same­go chrze­ści­jań­stwa ewan­ge­licz­ne­go). Przy­po­mnieć zatem nale­ży wszyst­kim gło­szą­cym ewan­ge­lię w tym tzw. chrze­ści­jań­skim świe­cie, że gło­sząc biblij­ne praw­dy wia­ry nara­ża­ją wie­lu ludzi na nie­uchron­ny kon­flikt ze swo­imi bli­ski­mi na tle tych róż­nic wyzna­nio­wych, o któ­rych wspo­mi­nał Ter­tu­lian w odnie­sie­niu do chrze­ści­ja­nek mają­cych mężów nie­naw­ró­co­nych. Bo też wie­lu współ­cze­snych nauczy­cie­li, pre­zbi­te­rów, pasto­rów czy bisku­pów wspól­not o cha­rak­te­rze ewangeliczno‐zielonoświątkowym zacho­wu­je się tak, jak­by do nich nie docie­ra­ło, że to ich biblij­ne naucza­nie powo­du­je nie­kie­dy kon­flik­ty ide­owe i moral­ne wśród słu­cha­czy. Wie­lu nawet sobie nie wyobra­ża, że doty­czy to tak­że ich, tj. ich rodzin i człon­ków ich zbo­rów. Mówiąc ina­czej, nie dopusz­cza­ją nawet myśli, że któ­ryś z człon­ków ich Kościo­ła bądź rodzi­ny mógł­by zakwe­stio­no­wać praw­dzi­wość ich naucza­nia i okre­ślo­ne­go wyzna­nia, w któ­rym się nawró­ci­li bądź wycho­wa­li. Wie­lu pasto­rów i księ­ży naucza o posłu­szeń­stwie żon wobec mężów lub dzie­ci wobec rodzi­ców odno­sząc to posłu­szeń­stwo wyłącz­nie do swo­je­go naucza­nia i wyzna­nia. Zacho­wu­ją się tak, jak­by ich naucza­nie nie pod­le­ga­ło żad­nej wery­fi­ka­cji biblij­nej i oni sami byli bez winy wobec wie­lu ludzi – ich żon, mężów i rodzi­ców pocho­dzą­cych z innych wyznań, któ­rzy przyj­mu­jąc wła­śnie ich naucza­nie, opu­ści­li swo­je dotych­cza­so­we macie­rzy­ste kościo­ły i weszli na tym tle w kon­flikt z bli­ski­mi. Ileż to żon i dzie­ci wbrew woli mężów i rodzi­ców z kato­lic­kich, a nie­kie­dy i z pro­te­stanc­kich domów prze­szło na sku­tek odmien­ne­go naucza­nia do zbo­rów ewan­ge­licz­nych i zie­lo­no­świąt­ko­wych, nie licząc się z naucza­niem swo­ich wspól­not i tra­dy­cją wyzna­nio­wą, w jakiej się wycho­wa­li, ani z wolą swo­ich rodzi­ców bądź współ­mał­żon­ków.

Przy­po­mnieć zatem nale­ży wszyst­kim z nas, któ­rzy o tym zapo­mnie­li i tym, któ­rzy podej­mu­ją się naucza­nia prawd wia­ry, że Ten, w któ­re­go imie­niu ośmie­la­my się wystę­po­wać, zapo­wie­dział taki stan rze­czy w nastę­pu­ją­cych sło­wach: „Nie mnie­maj­cie, że przy­sze­dłem, przy­nieść pokój na zie­mię; nie przy­sze­dłem przy­nieść pokój, ale miecz. Bo przy­sze­dłem poróż­nić czło­wie­ka z jego ojcem i cór­kę z jej mat­ką, i syno­wą z jej teścio­wą. Tak to sta­ną się wro­ga­mi czło­wie­ka domow­ni­cy jego. Kto miłu­je ojca albo mat­kę bar­dziej niż mnie, nie jest mnie godzien; i kto miłu­je syna albo cór­kę bar­dziej niż mnie, nie jest mnie godzien”[132]. Dla­cze­go więc nie docie­ra do nas, że i nasze żony, i dzie­ci, i nasi współ­bra­cia na sku­tek rze­tel­ne­go stu­dium i reflek­sji biblij­nej mają pra­wo zakwe­stio­no­wać to, co my i nasze wspól­no­ty ich naucza­my? Dla­cze­go to nie mają oni pra­wa miło­wać bar­dziej Boga i Jego Sło­wo niż nas samych jako ich rodzi­ców czy mężów, sko­ro do nich docie­ra Sło­wo Boże poprzez naucza­nie tych, co nas słusz­nie w opar­ciu o praw­dy biblij­ne kry­ty­ku­ją. Prze­cież i my sami swo­im naucza­niem biblij­nych prawd wia­ry, wystę­pu­jąc jak mnie­ma­my w imie­niu Chry­stu­sa, chcąc nie chcąc, w myśl Jego słów, przy­no­si­my rów­nież miecz, nie zaś pokój, poróż­nia­jąc czło­wie­ka z jego ojcem i cór­kę z jej mat­ką, i syno­wą z jej teścio­wą, tak że „sta­ją się wro­ga­mi czło­wie­ka domow­ni­cy jego”[133].

Musi­my być świa­do­mi, że w naucza­niu apo­stol­skim doszło do znacz­ne­go prze­su­nię­cia akcen­tów odno­śnie do roli i zna­cze­nia mał­żeń­stwa. Mia­no­wi­cie zwią­zek kobie­ty i męż­czy­zny dla chrze­ści­jan w kon­tek­ście nowo­te­sta­men­to­wej idei zro­dze­nia z Ducha przez Sło­wo i powo­ła­nia jed­nost­ki do spo­łecz­no­ści z Bogiem nie­za­leż­nie od jej naro­do­wo­ści i pocho­dze­nia spo­łecz­ne­go w powszech­nym kapłań­stwie świę­tych[134] nie zakła­da już koniecz­no­ści posia­da­nia potom­stwa. Isto­tą tego związ­ku nie jest już pod­trzy­ma­nie żywot­nych sił okre­ślo­ne­go naro­du, jak w cza­sach sta­ro­żyt­ne­go Izra­ela, ale wza­jem­ne współ­ist­nie­nie w kon­tek­ście aktu stwo­rze­nia oboj­ga płci, na co Paweł dość jed­no­znacz­nie zwra­ca uwa­gę w sło­wach: „A teraz o czym pisa­li­ście: Dobrze jest, jeże­li męż­czy­zna nie doty­ka kobie­ty; jed­nak ze wzglę­du na nie­bez­pie­czeń­stwo wsze­te­czeń­stwa, nie­chaj każ­dy ma swo­ją żonę i każ­da nie­chaj ma wła­sne­go męża. Mąż nie­chaj odda­je żonie, co jej się nale­ży, podob­nie i żona mężo­wi. Nie żona roz­po­rzą­dza wła­snym cia­łem, lecz mąż; podob­nie nie mąż roz­po­rzą­dza wła­snym cia­łem, lecz żona. Nie stroń­cie od współ­ży­cia z sobą, chy­ba za wspól­ną zgo­dą do pew­ne­go cza­su, aby oddać się modli­twie, a potem zno­wu podej­muj­cie współ­ży­cie, aby was sza­tan nie kusił z powo­du nie­po­wścią­gli­wo­ści waszej”[135].

Zatem, jak wyni­ka z tego tek­stu, nie ma już w mał­żeń­stwie koniecz­no­ści posia­da­nia potom­stwa, bo też Kościół to zupeł­nie inna rze­czy­wi­stość niż Izra­el, jego człon­ka­mi nie są już ludzie zro­dze­ni z woli męż­czy­zny, a z woli Boga[136] i z Ducha[137], nie z nasie­nia ska­zi­tel­ne­go „przez ojców nam prze­ka­za­ne­go”, ale z nie­ska­zi­tel­ne­go, któ­rym jest „Sło­wo Boże, któ­re żyje i trwa”[138]. Dla wie­lu współ­cze­snych chrze­ści­jan zarów­no wśród kato­li­ków, jak i pro­te­stan­tów jest zupeł­nie nie­zro­zu­mia­łe, że Kościół to nie naród z wła­sną reli­gią czy też rodzi­na z okre­ślo­nym wyzna­niem wia­ry, któ­re moż­na prze­ka­zy­wać z poko­le­nia na poko­le­nie w wyni­ku roz­mna­ża­nia się. Nawet wie­lu z tych, któ­rzy twier­dzą, że biblij­nie wie­rzą, nie przyj­mu­je do wia­do­mo­ści, że wia­ry nie moż­na prze­ka­zać za pomo­cą tra­dy­cji czy indok­try­na­cji dzie­ci; moż­na prze­ka­zać naj­wy­żej reli­gij­ne dogma­ty i przy­zwy­cza­je­nia reli­gij­ne, nigdy zaś wia­ry i oso­bi­ste­go doświad­cze­nia Boga. Bóg w Koście­le nie ma już wnu­ków, jak w Izra­elu, a jedy­nie synów. „Jest bowiem napi­sa­ne: Raduj się, nie­płod­na, któ­ra nie rodzisz, wydaj okrzyk rado­ści i wesel się gło­śno, ty, któ­ra nie znasz bólów poro­do­wych, bo wię­cej dzie­ci ma opusz­czo­na niż ta, któ­ra ma męża. Wy zaś, bra­cia, podob­nie jak Iza­ak, dzieć­mi obiet­ni­cy jeste­ście”[139].

Tekst ten, podob­nie jak wie­le innych zawar­tych w nauce apo­stol­skiej, wska­zu­je jed­no­znacz­nie na ducho­wy cha­rak­ter Kościo­ła, a nie jego poko­le­nio­wą cią­głość z ojca na syna. Dopie­ro w tym kon­tek­ście zro­zu­mia­łe jest w peł­ni naucza­nie Paw­ła w kwe­stii mał­żeń­stwa i jego roli w życiu biblij­nie wie­rzą­ce­go czło­wie­ka: „Jesteś zwią­za­ny z żoną? Nie szu­kaj roz­łą­cze­nia. Nie jesteś zwią­za­ny z żoną? Nie szu­kaj żony A jeśli się oże­ni­łeś, nie zgrze­szy­łeś, a jeśli pan­na wyszła za mąż, nie zgrze­szy­ła; wszak­że tacy będą mie­li docze­sne kło­po­ty, ja zaś chciał­bym wam tego oszczę­dzić. A to powia­dam, bra­cia, czas, któ­ry pozo­stał, jest krót­ki; dopó­ki jed­nak trwa, win­ni rów­nież ci, któ­rzy mają żony, żyć tak, jak­by ich nie mie­li”[140]. Paweł, choć pre­fe­ru­je życie w samot­no­ści (mię­dzy inny­mi w obli­czu ocze­ki­wa­nia przez ówcze­sny Kościół na szyb­kie przyj­ście Pana), nie wystę­pu­je jed­nak w powyż­szym tek­ście prze­ciw­ko temu, co wcze­śniej nauczał o mał­żeń­stwie i jego funk­cji na tle sek­su­al­no­ści czło­wie­ka[141], ma jed­nak świa­do­mość, że życie rodzin­ne i potom­stwo absor­bu­je part­ne­rów na tyle, że spra­wy tego świa­ta siłą rze­czy ich zaj­mu­ją i jeśli nie odda­la­ją ich od Pana, to przy­naj­mniej mogą od Nie­go odda­lić. Co też w dal­szej czę­ści tego tek­stu jed­no­znacz­nie wyja­śnia: „Chcę, aby­ście byli wol­ni od trosk; kto nie ma żony, trosz­czy się o spra­wy Pań­skie, o to, jak by się Panu podo­bać; a żona­ty trosz­czy się o spra­wy tego świa­ta, o to, jak by się podo­bać żonie, i żyje w roz­ter­ce. Tak­że kobie­ta nie­za­męż­na i pan­na trosz­czy się o spra­wy Pań­skie, aby być świę­tą i cia­łem i duchem; mężat­ka zaś trosz­czy się o spra­wy tego świa­ta, jak­by się podo­bać mężo­wi. A to mówię dla wła­sne­go dobra wasze­go, nie aby sidła na was zarzu­cać, lecz aby­ście postę­po­wa­li przy­stoj­nie i trwa­li przy Panu usta­wicz­nie”[142].

Przy tym Paweł i współ­cze­śni mu chrze­ści­ja­nie rozu­mie­ją­cy isto­tę Kościo­ła i „czcze­nia Boga w duchu i w praw­dzie”, nie zaś „na tej Górze czy w Jero­zo­li­mie”[143], mie­li głę­bo­ką świa­do­mość, że życie obok sie­bie i ze sobą, na nowo­te­sta­men­to­wej zasa­dzie wyra­żo­nej w sło­wach: „Jeśli kto chce iść za mną niech się zaprze same­go sie­bie i weź­mie krzyż swój i idzie za mną”, nie pro­wa­dzi do zba­wie­nia nie­wie­rzą­ce­go współ­mał­żon­ka („Bo skąd­że wiesz, żono, że zba­wisz męża? Albo skąd wiesz, mężu, że zba­wisz żonę?”[144]). Podob­nie posia­da­nie potom­stwa (przez rodzi­ców wie­rzą­cych bądź w mał­żeń­stwie mie­sza­nym) nie pro­wa­dzi już samo z sie­bie do jego zba­wie­nia. Sam Chry­stus zwró­cił uwa­gę, że sto­su­nek do Jego oso­by „poróż­ni czło­wie­ka z jego ojcem i cór­kę z jej mat­ką, i syno­wą z jej teścio­wą. Tak, że sta­ną się wro­ga­mi czło­wie­ka domow­ni­cy jego”. Dla­te­go też wska­zy­wał swo­im uczniom: „Kto miłu­je ojca albo mat­kę bar­dziej niż mnie, nie jest mnie godzien; i kto miłu­je syna albo cór­kę bar­dziej niż mnie, nie jest mnie godzien”[145].

Mówiąc ina­czej, mię­dzy Chry­stu­sem a Jego uczniem i wyznaw­cą nie może sta­nąć coś lub ktoś z jego bli­skich (ojciec, mat­ka, żona, mąż, syn, cór­ka, czy przy­ja­ciel) – jed­nym sło­wem ktoś, kto mógł­by go powstrzy­mać w jego ducho­wym roz­wo­ju na dro­dze za Nim w celu osią­gnię­cia przez Nie­go i w Nim zba­wie­nia. Mię­dzy Kościo­łem a Izra­elem jest zasad­ni­cza róż­ni­ca, tak jak mię­dzy zako­nem a ewan­ge­lią. Żydzi będą­cy pod zako­nem jako naród wybra­ny, z któ­rym Bóg zawarł przy­mie­rze na Syna­ju, musie­li pod groź­bą wyklu­cze­nia ich ze wspól­no­ty narodowo‐religijnej, nie­kie­dy nawet pod groź­bą kamie­no­wa­nia, prze­strze­gać praw Moj­że­sza nada­nych im przez Boga, nato­miast ludzie wezwa­ni przez i w Chry­stu­sie do pojed­na­nia się z Bogiem mogą przez wia­rę sko­rzy­stać z tej łaski, ale nie muszą. Przy tym wcho­dząc w rela­cje z Bogiem w Chry­stu­sie, ludzie muszą być świa­do­mi, że nie da się pogo­dzić tego, co ludz­kie i ziem­skie, z tym, co boskie. „Żaden słu­ga nie może dwóm panom słu­żyć, gdyż albo jed­ne­go nie­na­wi­dzieć będzie, a dru­gie­go miło­wać, albo jed­ne­go trzy­mać się będzie, a dru­gim pogar­dzi”[146]. Paweł zatem mówiąc o pro­ble­mach zwią­za­nych z życiem mał­żeń­skim kła­dzie nacisk przede wszyst­kim na spra­wę zba­wie­nia; to ono powin­no być prio­ry­te­tem w życiu czło­wie­ka, nie zaś ziem­skie spra­wy. Nie wystę­pu­je on prze­ciw­ko życiu w mał­żeń­stwie, a jedy­nie uzmy­sła­wia oso­bom wcho­dzą­cym w ten zwią­zek i zakła­da­ją­cym rodzi­nę, że życie ich będzie wyma­ga­ło wie­lu wyrze­czeń i znacz­ne­go wysił­ku z ich stro­ny, jak i umie­jęt­no­ści, by „postę­po­wać i trwać przy Panu usta­wicz­nie”. Jed­nak ten sto­su­nek Paw­ła do kwe­stii pono­sze­nia tru­dów zwią­za­nych z życiem w mał­żeń­stwie, jak i nie­chęć nie­któ­rych ojców kościo­ła do sek­su­al­no­ści czło­wie­ka, zro­dzi­ły w póź­nym poapo­stol­skim Koście­le dąże­nie do życia w dzie­wic­twie jako swo­istej for­my świę­to­ści, i to nie tyl­ko wśród wyod­ręb­nia­ją­cej się kasty kapłań­skiej.



[1] Pru­de­ria — prze­sad­na i uda­wa­na wsty­dli­wość, zwłasz­cza gor­sze­nie się spra­wa­mi sek­su.

[14] Mat. 5:32 — tekst ten nale­ży rozu­mieć w całym kon­tek­ście wypo­wie­dzi Chry­stu­sa zatem z uwzględ­nie­niem Mat. 5:27–28.

[19] Tu war­to zwró­cić uwa­gę, że na sku­tek słusz­nej i zasad­nej nowo­te­sta­men­to­wej eman­cy­pa­cji kobiet spod tzw. opie­ki mate­rial­nej męża, by nie powie­dzieć, że spod ubez­wła­sno­wol­nie­nia i uza­leż­nie­nia wie­lu z nich zaj­mu­ją­cych się tra­dy­cyj­nie w wie­lu wyzna­niach domem i wycho­wa­niem dzie­ci, obec­nie powra­ca się do tego aspek­tu mał­żeń­stwa poprzez zawie­ra­nie roz­ma­itych klau­zul mająt­ko­wych okre­śla­ją­cych te spra­wy (inter­cy­za). Mimo to w wie­lu jesz­cze wspól­no­tach chrze­ści­jań­skich nie dostrze­ga się tego pro­ble­mu, o zakre­sie usta­wo­daw­stwa pań­stwo­we­go już nie wspo­mi­na­jąc, któ­re to jak­by nie zauwa­ża pra­cy tych kobiet w domu; nadal mat­ka, żona wycho­wu­ją­ca dzie­ci i pro­wa­dzą­ca dom nie jest trak­to­wa­na jako oso­ba zatrud­nio­na i tym samym jest uza­leż­nio­na od pen­sji i eme­ry­tu­ry męża. To zaś ma nie­kie­dy nie­ko­rzyst­ne dla niej skut­ki, nie tyl­ko dla­te­go, że nie posia­da­jąc mini­mum wła­snych środ­ków jest zupeł­nie uza­leż­nio­na od swo­je­go współ­mał­żon­ka; szcze­gól­nie ma to zna­cze­nie w wypad­ku pozo­sta­wie­nia jej przez współ­mał­żon­ka po wycho­wa­niu dzie­ci. Nie wszyst­kie kobie­ty pozo­sta­wio­ne przez nie­od­po­wie­dzial­nych mężów mogą też otrzy­mać odpo­wied­nie ali­men­ty na swo­je utrzy­ma­nie, mimo że wycho­wa­ły dwo­je, tro­je, a nie­kie­dy wię­cej dzie­ci kosz­tem pra­cy zawo­do­wej.

[20] Oba te poję­cia: ślub cywil­ny i kościel­ny, w naszym kon­tek­ście religijno‐kulturowym to wytwór społeczno‐politycznych uwa­run­ko­wań wypły­wa­ją­cych z fak­tu, iż po upad­ku impe­rium rzym­skie­go, przez cały okres histo­rii cywi­li­za­cji chrze­ści­jań­skiej w Euro­pie, tj. aż do okre­su oświe­ce­nia, a nawet w nie­któ­rych jej czę­ściach do dru­giej poło­wy XX wie­ku, w wie­lu kra­jach euro­pej­skich, tzn. tam gdzie okre­ślo­ny Kościół więk­szo­ścio­wy peł­nił funk­cje admi­ni­stra­cyj­ną, insty­tu­cja mał­żeń­stwa była okre­śla­na i regu­lo­wa­na praw­nie przez domi­nu­ją­ce wyzna­nie. Tym samym w wyni­ku zaist­nia­łe­go anta­go­ni­zmu mię­dzy pań­stwem a Kościo­łem, któ­ry nastą­pił na sku­tek zacho­dzą­cych pro­ce­sów histo­rycz­nych, jak i domi­na­cji w okre­ślo­nym cza­sie oświe­ce­nio­wej ide­olo­gii, któ­ra swe apo­geum osią­gnę­ła w okre­sie Rewo­lu­cji Fran­cu­skiej, kie­dy to został zerwa­ny sojusz tro­nu i ołta­rza na sku­tek powsta­nia for­my pań­stwa repu­bli­kań­skie­go, spra­wił swo­isty dualizm ide­olo­gicz­ny i moral­ny w tej kwe­stii. Roz­dział ten, acz­kol­wiek zasad­ny spo­łecz­nie i wła­ści­wy, w nie­któ­rych kra­jach, w któ­rych do gło­su docho­dzi­ły roz­ma­ite oświe­ce­nio­we i przy tym nie­kie­dy sek­ciar­skie w swej isto­cie idee wro­gie reli­gii lub też ide­olo­gie tota­li­tar­ne (jak komu­nizm), docho­dzi­ło do swo­istej ideologiczno‐moralnej schi­zo­fre­nii w tej kwe­stii wśród ludzi nie­świa­do­mych tych pro­ce­sów. I tak, oso­by żyją­ce w sys­te­mach tota­li­tar­nych jak choć­by w PRL zawie­ra­ły zwią­zek przed urzęd­ni­kiem sta­nu cywil­ne­go, a przy tym jako oso­by wie­rzą­ce, nie­ak­cep­tu­ją­ce do koń­ca waż­no­ści zawar­cia ślu­bu przed urzęd­ni­kiem pań­stwo­wym, uda­wa­ły się następ­nie do kościo­ła w celu zawar­cia w ich poję­ciu wła­ści­we­go już ślu­bu uzna­ne­go przez Boga. Two­rzy­ło się tym samym moral­ną fik­cję, któ­rej skut­kiem było nie­uzna­wa­nie przez nie­któ­re śro­do­wi­ska mał­żeństw zawar­tych w urzę­dzie sta­nu cywil­ne­go; bo też ówcze­sna wła­dza z przy­czyn administracyjno‐ideologicznych nie uzna­wa­ła kościel­ne­go ślu­bu, tj. nie miał on skut­ków praw­nych jak dzi­siaj. Nato­miast dla wie­lu oby­wa­te­li i jed­no­cze­śnie człon­ków roz­ma­itych kościo­łów ślub zawar­ty w urzę­dzie sta­nu cywil­ne­go był nie­waż­ny, by nie powie­dzieć, że jego kon­su­mo­wa­nie rów­na­ło się z wsze­te­czeń­stwem. Tym bar­dziej, że zarów­no admi­ni­stra­cja pań­stwo­wa jak i kościel­na pro­wa­dzi­ły wła­ści­we sobie i odręb­ne reje­stry zawar­tych związ­ków mał­żeń­skich. Toteż w wyni­ku spo­ru jaki zaist­niał mię­dzy pań­stwem a Kościo­łem, dla wie­lu osób zapis w reje­strze urzę­du sta­nu cywil­ne­go miał skut­ki cywilno‐prawne, zaś w kan­ce­la­rii para­fial­nej wią­zał się z uzna­niem związ­ku przez wła­ści­we nowo­żeń­com śro­do­wi­sko, a tym samym, jak w przy­pad­ku Kościo­ła rzym­sko­ka­to­lic­kie­go, z pra­wem do otrzy­my­wa­nia przez nich sakra­men­tów, a następ­nie chrztem ich potom­stwa i tak dalej. Zatem na sku­tek spra­wo­wa­nia wła­dzy przez ure­li­gij­nio­ną świec­ką sek­tę jak mia­ło to miej­sce w pań­stwach komu­ni­stycz­nych, bądź religijno‐upolityczniony sys­tem w przy­pad­ku pań­stwa wyzna­nio­we­go, tj. tam, gdzie nie ma roz­sąd­ne­go roz­dzia­łu pań­stwa od okre­ślo­nej reli­gii w kon­tek­ście domi­nu­ją­cej ide­olo­gii poli­tycz­nej i wyzna­nia, a tym samym i sza­cun­ku do swo­ich oby­wa­te­li w kon­tek­ście ich świa­to­po­glą­du – docho­dzi do zabu­rzeń zdro­we­go roz­sąd­ku i swo­istej moral­nej schi­zo­fre­nii.

[24] Pro­mi­sku­ityzm, u nie­któ­rych spo­łecz­no­ści pier­wot­nych nie łącze­nie się w sta­łe pary, brak reguł współ­ży­cia sek­su­al­ne­go i mał­żeń­skie­go; przy­pad­ko­we, pozba­wio­ne wię­zi emo­cjo­nal­nej kon­tak­ty sek­su­al­ne z czę­sto zmie­nia­ny­mi part­ne­ra­mi.

[26] J. Danie­lou, Teo­lo­gia jude­ochrze­ści­jań­ska, Kra­ków 2002, s. 107.

[35] E. Wip­szyc­ka, Kościół w świe­cie póź­ne­go anty­ku, War­sza­wa 1994, s. 83.

[37] Por. J. Besa­la, Miłość i strach, Dzie­je uczuć kobiet i męż­czyzn, t. III, Poznań 2012, s. 66.

[38] H. Cam­pen­hau­sen, Ojco­wie kościo­ła, War­sza­wa 1967, ss. 314–315

[39] Por. J. Besa­la, Miłość i strach, Dzie­je uczuć kobiet i męż­czyzn, t. III, Poznań 2012, ss. 54–66.

[40] E. Wip­szyc­ka, Kościół w świe­cie póź­ne­go anty­ku, War­sza­wa 1994, s. 256.

[71] Wpraw­dzie w Zako­nie Moj­że­sza, w kon­tek­ście sek­su­al­no­ści czło­wie­ka, wystę­pu­je for­ma nie­czy­sto­ści rytu­al­nej doty­czą­ca bez­po­śred­nio męskich narzą­dów płcio­wych. Mia­ła ona zwią­zek z upły­wem nasie­nia w „sen­nym marze­niu” u męż­czyzn. Nie­czy­stość ta jed­nak jest ana­lo­gicz­na w swej isto­cie do nie­czy­sto­ści jaka doty­czy­ła też kobie­ty po poło­gu czy po mie­sięcz­nym cyklu. Obie te for­my nie­czy­sto­ści rytu­al­nej uwa­run­ko­wa­ne były bio­lo­gicz­nie, na któ­re czło­wiek nie­miał żad­ne­go wpły­wu, i któ­re też w swej isto­cie jako wyni­ka­ją­ce z aktu stwo­rze­nia zosta­ły wpi­sa­ne w natu­ral­ny pro­ces życia w cie­le czło­wie­ka: „I stwo­rzył Bóg czło­wie­ka na obraz swój. Na obraz Boga stwo­rzył go. Jako męż­czy­znę i nie­wia­stę stwo­rzył ich. I bło­go­sła­wił im Bóg, i rzekł do nich Bóg: Roz­ra­dzaj­cie się i roz­mna­żaj­cie się, i napeł­niaj­cie zie­mię, […]. I spoj­rzał Bóg na wszyst­ko, co uczy­nił, a było to bar­dzo dobre” [1Moj. 1:27–28,31]. Inny­mi sło­wy ta rytu­al­na nie­czy­stość wyni­ka­ją­ca z natu­ral­nych bio­lo­gicz­nych pro­ce­sów zwią­za­nych z poro­dem, cyklem mie­sięcz­nym u kobiet czy też wypły­wem nad­mia­ru nasie­nia u męż­czyzn w „sen­nym marze­niu” mia­ła na celu pod­kre­ślić świę­tość i nie­do­stęp­ność Boga dla poszcze­gól­nej jed­nost­ki w jej wymia­rze oso­bi­stym. Toteż Bóg by uzmy­sło­wić grzesz­ność czło­wie­ka oraz prze­paść dzie­lą­cą Go mię­dzy ludź­mi a Nim, jak i w celu też pod­kre­śle­nia świę­to­ści naro­du wybra­ne­go w sto­sun­ku do innych ludów go ota­cza­ją­cych, usta­no­wił sys­tem rytu­al­nych nie­czy­sto­ści, zwią­za­nych zarów­no bez­po­śred­nio z cia­łem czło­wie­ka jak i pośred­nio będą­cych poza jego cia­łem jak choć­by zakaz spo­ży­wa­nia okre­ślo­nych potraw, któ­re Bóg uznał w akcie stwo­rze­nia jako dobre i prze­zna­czył je dla czło­wie­ka. Podob­nie ma się spra­wa poło­giem czy mie­sięcz­nym cyklem jak i z wypły­wem nasie­nia, któ­re to pro­ce­sy zacho­dzą­ce w cie­le ludz­kim są bez­po­śred­nio zwią­za­ne z pra­wem danym ludziom od Boga by się mogli roz­ra­dzać i zapeł­niać zie­mię. Przy tym ten wypływ nasie­nia, o któ­rym mowa w Biblii w kon­tek­ście nie­czy­sto­ści rytu­al­nej nie był zwią­za­ny z aktem bez­po­śred­nie­go pożą­da­nia przez męż­czy­znę okre­ślo­nej oso­by o odmien­nej płci. Nie miał więc związ­ku z grze­chem cudzo­łó­stwa w myśli i w czy­nie. Wszyst­ko to było też cie­niem rze­czy przy­szłych, któ­re wska­zy­wa­ły na koniecz­ność oczysz­cze­nia ludu i co mia­ło się urze­czy­wist­nić w Chry­stu­sie, któ­ry nas wyku­pił i uświę­cił oraz dał nam moc i środ­ki do życia w nowym stwo­rze­niu, tj. w Nim samym przed Bogiem [Hebr. 10:1,9–10,14–17]. On też jest zbaw­czą dla nas rze­czy­wi­sto­ścią [Kol. 2:8–11,14,16–23]. Tym samym w Chry­stu­sie nie prze­strze­ga­my już saba­tów, nowiów księ­ży­ca czy zaka­zów spo­ży­wa­nia pokar­mów i obrzę­dów zwią­za­nych z nie­czy­sto­ścią rytu­al­ną doty­czą­cą poro­du, cyklu mie­sięcz­ne­go czy wypły­wu nasie­nia, któ­re raczej nale­żą już do sfe­ry higie­ny oso­bi­stej. Bo też nie poprzez ich prze­strze­ga­nie dostę­pu­je­my łaski uświę­ce­nia i tym samym spo­łecz­no­ści z Bogiem, a przez i w Chry­stu­sie [2Kor. 5:17–18; 1P. 2:24]. Tym samym nie to jest grze­chem, co wypły­wa z aktu stwo­rze­nia i jest darem od Boga, ale to, co wypły­wa z ser­ca upa­dłej natu­ry Ada­ma bowiem z nie­go to „pocho­dzą złe myśli, zabój­stwa, cudzo­łó­stwa, roz­pu­sta, kra­dzie­że, fał­szy­we świa­dec­twa, bluź­nier­stwa” [Mat. 15:19–20] jak i „grzech prze­ciw­ko wła­sne­mu cia­łu” [1Moj. 2:24; 1Kor. 6:16,19; Efez. 5:29–33] – „to kala czło­wie­ka”, nie zaś to co jest bło­go­sła­wień­stwem dla nas od Boga [1Moj. 2:20–24; 1Kor. 7:9; 1Tym. 4:1–6].

[92] D. O. End­sjo, Seks a Reli­gia, War­sza­wa 2011, s. 146

[98] Pro­mi­sku­ityzm, u nie­któ­rych spo­łecz­no­ści pier­wot­nych nie łącze­nie się w sta­łe pary, brak reguł współ­ży­cia sek­su­al­ne­go i mał­żeń­skie­go; przy­pad­ko­we, pozba­wio­ne wię­zi emo­cjo­nal­nej kon­tak­ty sek­su­al­ne z czę­sto zmie­nia­ny­mi part­ne­ra­mi.

[125] 1Kor. 7:7–9. Gorzeć, w innych prze­kła­dać pło­nąć, okre­śle­nie to może wska­zy­wać na prak­ty­ki mastur­ba­cji w celu wyła­do­wa­nia napię­cia i zaspo­ko­je­nia sek­su­al­ne­go. Przy oka­zji i w kon­tek­ście sek­su­al­no­ści ludzi war­to też tu przy­po­mnieć biblij­ną histo­rię doty­czą­cą posta­ci Ona­na, któ­ra nie­ste­ty nadal jest nad­uży­wa­na przez wie­lu nie­od­po­wie­dzial­nych nauczy­cie­li jako przy­kład zbo­czeń­ca lub oso­by, któ­ra współ­ży­je z part­ne­rem nie w celach wyłącz­nie pro­kre­acyj­nych, a dla zaspo­ko­je­nia sek­su­al­ne­go popę­du, tak jak­by ten popęd sam w sobie był zły. Tym samym przy­po­mnij­my, że biblij­ny Onan nie został uka­ra­ny przez Boga za sam akt sek­su­al­ny czy za wyla­nie na zie­mię swo­je­go nasie­nia, gdy współ­żył ze swo­ją bra­to­wą (jako współ­mał­żon­ką, któ­ra jak wie­my była wdo­wą po jego bra­cie), ale przede wszyst­kim za swo­ją nie­chęć wzbu­dze­nia z niej bra­tu potom­stwa w kon­tek­ście obo­wią­zu­ją­ce­go go pra­wa lewi­ra­tu. W opar­ciu o tę histo­rię two­rzy się, wbrew temu, co Biblia nam prze­ka­zu­je o życiu sek­su­al­nym czło­wie­ka, roz­ma­ite teo­rie, któ­rych skut­kiem jest nie­za­sad­na pru­de­ryj­ność i powszech­na hipo­kry­zja wśród ludzi wie­rzą­cych, nie­do­strze­ga­ją­cych tego, co może ma na myśli Paweł, kie­dy mówi, że lepiej wejść w zwią­zek mał­żeń­ski niż gorzeć, i ma tu na myśli zarów­no męż­czyzn, jak i kobie­ty. Przy tym nie rozu­mie­jąc tej posta­wy Ona­na, wyni­ka­ją­cej z ego­izmu, a może z oba­wy przed kon­se­kwen­cja­mi lewi­ra­tu i odpo­wie­dzial­no­ścią za potom­stwo bra­ta i swo­je, i z tego powo­du prak­ty­ko­wa­nia przez nie­go sto­sun­ku prze­ry­wa­ne­go, aby part­ner­ka nie zaszła w cią­żę, gło­si się bez żad­nej żena­dy, że wszel­kie for­my anty­kon­cep­cji są nie­wła­ści­we, w tym i ta natu­ral­na (tzw. kalen­da­rzy­ko­wa), wyni­ka­ją­ca jak­by nie patrzeć z natu­ral­ne­go cyklu bio­lo­gicz­ne­go orga­ni­zmu kobie­ty, nie mówiąc już o tej świa­do­mej for­mie sto­so­wa­nej przez Ona­na i zapew­ne wie­lu mu współ­cze­snych. Dodaj­my, że na tle tej agre­sji wobec sto­so­wa­nia anty­kon­cep­cji jakoś nikt nie zada­je sobie pyta­nia, dla­cze­go to licz­ba potom­stwa wśród ludzi wie­rzą­cych nie prze­kra­cza wię­cej niż dwo­je, tro­je dzie­ci, no może w pory­wach czwo­ro. Jakub wpraw­dzie miał dwu­na­stu synów i jed­ną cór­kę, ale przy­po­mi­nam, że z czte­re­ma kobie­ta­mi. Podob­nie jak i pozo­sta­li biblij­ni ojco­wie, jak choć­by Dawid, a prze­cież z punk­tu widze­nia bio­lo­gicz­ne­go moż­li­wo­ści roz­rod­cze jed­nej pary przy wspar­ciu współ­cze­snej medy­cy­ny są zna­cza­nie więk­sze. Czyż­by brak więk­szej licz­by potom­stwa wśród wie­lu ewan­ge­licz­nych chrze­ści­jan i tych pasto­rów, co tak gor­li­wie zwal­cza­ją anty­kon­cep­cję, był wyni­kiem bra­ku łaski u Boga, czy może raczej skut­kiem roz­sąd­ku, bo obok moż­li­wo­ści roz­rod­czych Bóg dał też czło­wie­ko­wi rozum, z któ­re­go powi­nien robić uży­tek i to nie tyl­ko w odnie­sie­niu do licz­by potom­stwa, ale też w two­rze­niu roz­ma­itych teo­rii na ten temat. Znacz­nym też uprosz­cze­niem i nad­uży­ciem, w kon­tek­ście doświad­cze­nia Ona­na, jest trak­to­wa­nie każ­de­go wypły­wu nasie­nia u męż­czy­zny (np. pod­czas snu) jako ona­ni­zmu, tj. samo‐zaspokajania się w celu dozna­nia przy­jem­no­ści, a nie jako natu­ral­nej reak­cji orga­ni­zmu. Tego typu nie­do­mó­wie­nia i nie­od­po­wie­dzial­ne poglą­dy nie­któ­rych dusz­pa­ste­rzy mogą być przy­czy­ną nie­po­trzeb­nych oskar­żeń i oso­bi­stych ducho­wych dra­ma­tów wśród mło­dych i wraż­li­wych ducho­wo męż­czyzn żyją­cych jesz­cze w sta­nie wol­nym, a jed­no­cze­śnie szcze­rze odda­nych Bogu.

[129] Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że znie­wo­le­nie odno­si się do zgo­dy jedy­nie na odej­ście współ­mał­żon­ka, czy­li: jeśli nie­wie­rzą­cy odcho­dzi, nale­ży pozwo­lić mu odejść, ale same­mu pozo­stać w sta­nie wol­nym, bez pra­wa do powtór­ne­go mał­żeń­stwa. Inni uwa­ża­ją, że znie­wo­le­nie odno­si się do mał­żeń­stwa, czy­li: jeśli nie­wie­rzą­cy odcho­dzi, współ­mał­żo­nek jest wol­ny i ma pra­wo do powtór­ne­go mał­żeń­stwa. To dru­gie rozu­mie­nie bar­dziej odpo­wia­da gra­ma­ty­ce tek­stu, a tak­że kon­tek­sto­wi (ww. 10–11 oraz 15–16). Mar­cin Luter opo­wia­dał się za dru­gim rozu­mie­niem: chrze­ści­ja­nin sta­je się w tym wol­ny i ma pra­wo do kolej­ne­go związ­ku mał­żeń­skie­go.

[131] Cyt. za: E. Wip­szyc­ka, Kościół w świe­cie póź­ne­go anty­ku, War­sza­wa 1994, s. 83–84.