Wiara bez dogmatu

Kon­sta­ta­cje doty­czą­ce isto­ty wia­ry, zba­wie­nia, kon­flik­tów war­to­ści, mał­żeń­stwa, roz­wo­du, podzia­łów deno­mi­na­cyj­nych, dobrych i złych paste­rzy, sto­sun­ku do uży­wek, świa­ta, dzie­ci itp. zagad­nień

Wpro­wa­dze­nie

W związ­ku z wie­lo­ma nie­do­mó­wie­nia­mi odno­śnie do nie­któ­rych moich poglą­dów doty­czą­cych biblij­nych prawd wia­ry, jak i w celu przed­sta­wie­nia jasne­go obra­zu rze­czy, infor­mu­ję, że nie jestem tak „ducho­wy” jak nie­któ­rzy moi ide­owi opo­nen­ci. Jestem bowiem prze­ciw­ni­kiem wszel­kiej sztucz­no­ści i obłud­nej kur­tu­azji (by nie powie­dzieć, że zakła­ma­nia) w rela­cjach mię­dzy brać­mi, tym bar­dziej tam, gdzie trze­ba się jasno wypo­wia­dać i nazy­wać rze­czy po imie­niu, bez zbęd­nych ukło­nów wobec tych, któ­rzy prze­krę­ca­ją biblij­ne praw­dy wia­ry, szko­dząc tym samym wie­lu ludziom, któ­rzy im zaufa­li i przy­ję­li ich punkt widze­nia, nie­kie­dy zupeł­nie ode­rwa­ny od rze­czy­wi­sto­ści moral­nej codzien­ne­go życia. Inny­mi sło­wy uwa­żam, że w życiu kościel­nym i nie tyl­ko, chrze­ści­ja­nie powin­ni zgod­nie z naucza­niem apo­stol­skim wyprze­dzać się w uprzej­mo­ści wobec sie­bie, darzyć się miło­ścią i nie czy­nić przy tym róż­ni­cy w wyzna­wa­niu wia­ry mię­dzy sobą, ani ze wzglę­du na sta­tus spo­łecz­ny, ani w związ­ku z przy­na­leż­no­ścią naro­do­wą[1]. Nie­mniej jed­nak oka­zy­wa­nie uprzej­mo­ści, tak­tu i miło­ści wobec współ­bra­ta i bliź­nie­go nie ozna­cza jed­no­cze­śnie śle­po­ty ducho­wej czy tole­ran­cji wobec grze­chu. Nie moż­na mil­czeć w obli­czu igno­ran­cji, głu­po­ty i gło­sze­nia przez nie­od­po­wie­dzial­nych ludzi roz­ma­itych poglą­dów, nie tyl­ko biblij­nie nie­uza­sad­nio­nych, ale i nie­bez­piecz­nych, bo mogą­cych mieć wpływ zarów­no na ducho­we, jak i na prak­tycz­ne życie wie­lu poboż­nych ludzi, któ­rzy w opar­ciu o okre­ślo­ne naucza­nie podej­mu­ją życio­we decy­zje. Przy tym biblij­nie uza­sad­nio­na i kon­struk­tyw­na kry­ty­ka jest fun­da­men­tem roz­wo­ju ducho­we­go[2] zarów­no jed­nost­ki, jak i zbo­ru. Wszel­kie jej dła­wie­nie jest niczym innym jak odrzu­ce­niem roz­wo­ju ducho­we­go i inte­lek­tu­al­ne­go nowe­go życia w Chry­stu­sie oraz dąże­nia do praw­dy w peł­nym tego sło­wa zna­cze­niu. Wszyst­kim jesz­cze nie prze­ko­na­nym przy­po­mi­nam, że już sam akt nawró­ce­nia się w swej isto­cie jest wyni­kiem kry­tycz­nej oce­ny dotych­cza­so­we­go swo­je­go postrze­ga­nia rze­czy i życia w świe­tle praw­dy Sło­wa Boże­go, nie mówiąc już o tym, że brak kry­tycz­ne­go myśle­nia jest głów­ną przy­czy­ną bra­ku roz­wo­ju w ogó­le.

Tym samym żad­ne for­my zastra­sza­nia i poma­wia­nia mnie o posia­da­nie jakie­goś ducha kry­ty­cy­zmu czy bra­ku miło­ści do ludzi nie robią na mnie żad­ne­go wra­że­nia, szcze­gól­nie gdy mówią to ludzie rze­ko­mo biblij­nie wie­rzą­cy, igno­ru­ją­cy fun­da­men­tal­ne praw­dy wia­ry poprzez brak zro­zu­mie­nia isto­ty rze­czy, empa­tii, jak i przez ide­olo­gi­za­cję oraz abso­lu­ty­zo­wa­nie nie­któ­rych biblij­nych tre­ści. Biblia zosta­ła nam dana, byśmy mogli roz­wią­zy­wać ducho­we i egzy­sten­cjal­ne pro­ble­my i roz­ma­ite kon­flik­ty war­to­ści poja­wia­ją­ce się w naszym życiu na dro­dze za Panem, a nie by oce­niać swo­ich współ­bra­ci i nakła­dać na nich cię­ża­ry, któ­rych sami byśmy nie byli zdol­ni unieść.

Auto­no­mia moral­na i kon­flik­ty war­to­ści

Uwa­żam, że w życiu każ­de­go biblij­nie wie­rzą­ce­go czło­wie­ka, na każ­dym pozio­mie jego ducho­we­go roz­wo­ju, wystę­pu­ją takie życio­we sytu­acje, z któ­ry­mi tyl­ko on sam przed Bogiem musi się zmie­rzyć i to bez bez­po­śred­nie­go udzia­łu swo­ich współ­bra­ci i zbo­ru, np. przez dora­dza­nie mu co jest w tym tema­cie wolą Bożą, a co nie. Szcze­gól­nie gdy żad­ne z moż­li­wych roz­wią­zań nie ma uza­sad­nie­nia biblij­ne­go i jest w swej isto­cie egzy­sten­cjal­nym i moral­nym kon­flik­tem war­to­ści, za któ­ry tyl­ko on sam może wziąć odpo­wie­dzial­ność przed Bogiem. Takie kon­flik­ty poja­wia­ją się wów­czas, kie­dy jed­na war­tość, uzna­na przez nas bądź nor­ma ogra­ni­cza lub też poważ­nie naru­sza dru­gą. Są to wszel­kie­go rodza­ju sytu­acje, w któ­rych sto­imy przed wybo­rem cze­goś, co może zgod­ne jest z naszy­mi prze­ko­na­nia­mi i lite­rą pra­wa, ale nie zawsze prze­cież spra­wie­dli­we i słusz­ne czy zgod­ne z praw­dą i miło­ścią do Boga i bliź­nie­go[3]. Biblij­ny­mi przy­kła­da­mi takich egzy­sten­cjal­nych kon­flik­tów war­to­ści są cho­ciaż­by: skła­da­nie ofiar w sabat przez kapła­nów w świą­ty­ni Jero­zo­lim­skiej[4] czy dwu­znacz­na posta­wa kapła­na Achi­me­le­ka wobec Dawi­da i jego gło­du­ją­cych towa­rzy­szy[5], któ­ry wbrew Pra­wu Moj­że­sza dał im chle­by prze­zna­czo­ne do spo­ży­wa­nia tyl­ko kapła­nom, lub sytu­acja córek Lota, któ­re będąc odizo­lo­wa­ne od męż­czyzn, zgod­nie z natu­ral­nym pra­wem roz­mna­ża­nia się usta­no­wio­nym w akcie stwo­rze­nia przez Boga, jak i w myśl zwy­cza­jo­we­go pra­wa mówią­ce­go o zacho­wa­niu dla swo­je­go ojca potom­stwa, po uprzed­nim upi­ciu go winem współ­ży­ły z nim[6].
Nie każ­dy taki kon­flikt, któ­ry na ogół koja­rzy się nam nega­tyw­nie jako coś przy­kre­go, musi zaraz być z grun­tu zły. Fary­ze­usze i ucze­ni w Piśmie przy­pro­wa­dza­jąc do Chry­stu­sa przy­ła­pa­ną na cudzo­łó­stwie kobie­tę, też dozna­li kon­flik­tu war­to­ści. Musie­li wybrać mię­dzy naka­zem zako­nu uka­mie­no­wa­nia win­nej, a poczu­ciem wyrzu­tów sumie­nia w kon­fron­ta­cji z praw­dą o sobie samych[7]. Brak tych kon­flik­tów bądź też ich nie­do­strze­ga­nie i uda­wa­nie, że ich nie ma jest czę­sto prze­ja­wem reli­gij­nej i moral­nej hipo­kry­zji wyra­ża­ją­cej się w opor­tu­ni­zmie, kon­for­mi­zmie i stra­chu. To wła­śnie czę­sto poprzez te kon­flik­ty war­to­ści docie­ra do nas przede wszyst­kim powa­ga i zło­żo­ność sfe­ry moral­nej. Moż­na nawet powie­dzieć, że dzię­ki nim w ogó­le doj­rze­wa­my ducho­wo i moral­nie. Sty­ka­jąc się z okre­ślo­ny­mi kon­flik­ta­mi nie tyl­ko usi­łu­je­my je roz­wią­zać, ale po pro­stu uświa­da­mia­my sobie ich nie­uchron­ność w życiu czło­wie­ka oraz tra­gizm jego egzy­sten­cji w rela­cji z bliź­nim i Bogiem. Takim moral­nym kon­flik­tem war­to­ści w życiu czło­wie­ka wie­rzą­ce­go może być, w okre­ślo­nych oko­licz­no­ściach, wybór pomię­dzy powie­dze­niem praw­dy a zacho­wa­niem życia dru­giej, prze­śla­do­wa­nej oso­by, lub też zacho­wa­nie w okre­ślo­nych sytu­acjach mil­cze­nia, na sku­tek nie­chę­ci skrzyw­dze­nia kogoś i kupie­nia sobie jego kosz­tem jakichś wymier­nych korzy­ści. Może to być tzw. „abor­cja uza­sad­nio­na”[8], acz­kol­wiek nie­chcia­na, jako wybór mię­dzy życiem mat­ki i nie­na­ro­dzo­ne­go jesz­cze dziec­ka, przy jed­no­cze­snym zacho­wa­niu moral­nej nie­zgo­dy na taki czyn, czy też nie­chcia­ny roz­wód na sku­tek sta­łe­go wsze­te­czeń­stwa (cudzo­łó­stwa) dotych­cza­so­we­go part­ne­ra[9], bądź jego odej­ścia z powo­dów wyzna­nio­wych[10]. Będzie to rów­nież nie­chcia­ny kon­flikt z naj­bliż­szym śro­do­wi­skiem (rodzi­ca­mi, rodzeń­stwem, współ­mał­żon­kiem, kole­ga­mi) na tle świa­to­po­glą­do­wym, moral­nym bądź wyzna­nio­wym[11].

Mówiąc ina­czej, zgod­nie z biblij­ną zasa­dą, że „czło­wiek ducho­wy roz­są­dza wszyst­ko, sam zaś nie pod­le­ga niczy­je­mu osą­do­wi”[12], nie dopusz­czam moż­li­wo­ści inge­ro­wa­nia zbo­ru w spra­wy mają­ce cha­rak­ter kon­flik­tu war­to­ści i egzy­sten­cjal­nych decy­zji, za któ­re może wziąć odpo­wie­dzial­ność tyl­ko okre­ślo­na jed­nost­ka wobec sie­bie samej i Boga. Mam tu na myśli, obok tych już powy­żej wspo­mnia­nych sytu­acji, decy­zje doty­czą­ce przy­ję­cia nowo­te­sta­men­to­we­go chrztu, posia­da­nia lub nie­po­sia­da­nia dzie­ci, czy też okre­śla­nia ich ilo­ści, zawar­cia bądź nie­za­war­cia związ­ku mał­żeń­skie­go, decy­zję o doko­na­niu lub nie prze­szcze­pu orga­nu od daw­cy, prze­pro­wa­dze­nia trans­fu­zji krwi, pod­ję­cia z przy­czyn etycz­nych okre­ślo­nej pra­cy. Dla­te­go jakie­kol­wiek pró­by wpły­wa­nia na okre­ślo­ne decy­zje współ­bra­ci w tego typu sytu­acjach poprzez szan­taż emo­cjo­nal­ny, budo­wa­ny w opar­ciu o dogma­ty wia­ry okre­ślo­ne­go wyzna­nia, uwa­żam za nie­od­po­wie­dzial­ne zacho­wa­nie się zbo­ru i za kom­plet­ny brak tak­tu w obli­czu oso­bi­ste­go dra­ma­tu oraz za zacho­wa­nie nie­zgod­ne z fun­da­men­tal­ną zasa­dą wol­no­ści wyra­żo­ną w sło­wach „Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze same­go sie­bie i weź­mie krzyż swój, i niech idzie za mną”[13], ale i za sprzecz­ne z wyżej już zasy­gna­li­zo­wa­ną praw­dą wia­ry, że „czło­wiek ducho­wy roz­są­dza wszyst­ko, sam zaś nie pod­le­ga niczy­je­mu osą­do­wi”[14]. Zatem w sytu­acji kon­flik­tu i nie­za­wi­nio­ne­go przez współ­bra­ta cier­pie­nia, z któ­rym przy­szło mu się zmie­rzyć, Kościół powi­nien raczej pomóc poprzez zro­zu­mie­nie sytu­acji bra­ta i uzna­nie też jego decy­zji, być może sprzecz­nej z war­to­ścia­mi moral­ny­mi jakie on sam wyzna­je, ale zasad­nej w kon­tek­ście jego wia­ry i egzy­sten­cji.

Bio­rąc pod uwa­gę to, co powy­żej zasy­gna­li­zo­wa­łem, nie uwa­żam, że okre­ślo­ne decy­zje współ­bra­ta, poprzez któ­re on doko­nu­je wybo­ru, są bar­dziej lub mniej słusz­ne w kon­tek­ście biblij­nych prawd wia­ry, a jedy­nie to, że Kościół nie ma pra­wa nicze­go wymu­szać na swo­ich współ­bra­ciach ani decy­do­wać za nich w spra­wach, w któ­rych sam nie ma udzia­łu i nie bie­rze też bez­po­śred­niej odpo­wie­dzial­no­ści za te, okre­ślo­ne w ich życiu, decy­zje. Tyl­ko ta jed­nost­ka, któ­ra będąc w Chry­stu­sie peł­no­praw­nym człon­kiem Jego cia­ła — Kościo­ła, jak i uczest­ni­kiem w powszech­nym kapłań­stwie wier­nych, jest wyra­zem i świa­dec­twem biblij­nych prawd wia­ry.

Nie­kon­se­kwen­cja, hipo­kry­zja, pozo­ry poboż­no­ści

Świa­dec­twem takim nie będą na pew­no ci wszy­scy, któ­rzy gło­szą gór­no­lot­ne i goło­słow­ne tre­ści ide­olo­gi­zu­jąc biblij­ne praw­dy wia­ry, któ­re w żaden spo­sób nie prze­kła­da­ją się na ich życie spo­łecz­ne, ducho­we i moral­ne. Ci, któ­rzy swo­ją przy­na­leż­no­ścią do okre­ślo­nych wspól­not chrze­ści­jań­skich w spo­sób nie­świa­do­my i nie­od­po­wie­dzial­ny, fir­mu­ją biblij­ne lub też nie­bi­blij­ne poglą­dy bądź roz­ma­ite dok­try­ny, gło­szo­ne przez te deno­mi­na­cje czy poje­dyn­cze zbo­ry, któ­rych zupeł­nie w swo­im życiu pry­wat­nym, rodzin­nym, jak i społeczno‐politycznym nie prze­strze­gą. Sie­ją tą posta­wą wokół sie­bie zgor­sze­nie i wzbu­dza­ją brak sza­cun­ku wobec prawd wia­ry. Nie mówiąc już o tych wszyst­kich pseu­do­chrze­ści­ja­nach, któ­rzy uwa­ża­jąc się za biblij­nie wie­rzą­cych, są jed­no­cze­śnie poza struk­tu­ra­mi Kościo­ła, poza wspól­no­tą bra­ter­ską, co jest zupeł­nym zaprze­cze­niem nie tyl­ko biblij­nych prawd wia­ry[15], ale i miło­ści, na któ­rą się tak namięt­nie powo­łu­ją. Zarów­no ci będą­cy poza Kościo­łem, jak i ci nie­od­po­wie­dzial­ni i opacz­nie reli­gij­ni mają podwój­ną moral­ność, naucza­ją i fir­mu­ją jed­no, a robią dru­gie.

Inny­mi sło­wy ludzie ci poprzez swo­ją nie­lo­jal­ność wobec biblij­nych prawd wia­ry i naucza­nia, są zaprze­cze­niem tego, co powin­ni repre­zen­to­wać zarów­no w sen­sie dok­try­nal­nym, jak i moral­nym. Przy tym wszyst­ko to dzie­je się za zgo­dą i przy­zwo­le­niem pre­zbi­te­rów, bisku­pów i pasto­rów, któ­rzy takie posta­wy tole­ru­ją, dając tym spo­so­bem dowód swo­jej bez­rad­no­ści, uwią­du moral­ne­go chrze­ści­jań­skich prawd wia­ry w ich deno­mi­na­cjach czy w nie­za­leż­nych poje­dyn­czych zbo­rach. Takie posta­wy są dowo­dem chrze­ści­jań­skie­go zaprzań­stwa i zaprze­cze­nia auten­tycz­ne­go życia w Chry­stu­sie. Mówiąc ina­czej, są „przy­bie­ra­niem pozo­rów poboż­no­ści”, pod­czas gdy życie ich człon­ków i ich samych jest „zaprze­cze­niem jej mocy”[16]. Mamy w tych zacho­wa­niach do czy­nie­nia z cha­rak­te­ry­stycz­ną dla pol­skiej men­tal­no­ści i reli­gij­no­ści posta­wą przy­sło­wio­we­go sta­wia­nia „Panu Bogu świecz­ki, a dia­błu ogar­ka”. W prak­ty­ce posta­wa ta prze­kła­da się na czcze­nie Boga i jed­no­cze­sne sza­no­wa­nie dia­bła. Przy tym ma swój moral­ny wyraz nie tyl­ko w życiu reli­gij­nym, ale i społeczno‐politycznym. Bo też w okre­sie PRL‐u wie­lu ludzi rze­ko­mo wie­rzą­cych nie widzia­ło żad­nej sprzecz­no­ści mię­dzy przy­na­leż­no­ścią do par­tii komu­ni­stycz­nej i pozo­sta­wa­niem jed­no­cze­śnie dobrym kato­li­kiem, nie mówiąc już o byciu dobrym chrze­ści­ja­ni­nem. Tyl­ko nie­wie­lu z przy­stę­pu­ją­cych do par­tii z powo­dów nie­uwa­run­ko­wa­nych ide­olo­gicz­nie potra­fi­ło przy­znać się wobec sie­bie i bliź­nich, że dla jakichś korzy­ści mate­rial­nych po pro­stu się „zeszma­ci­ło” i zapar­ło tego, w co wie­rzą i co też myślą. Ten stan rze­czy się nie zmie­nił. Dzi­siaj wie­lu pol­skich kato­li­ków nadal nie widzi sprzecz­no­ści mię­dzy przy­na­leż­no­ścią do orga­ni­za­cji z grun­tu sprzecz­nych z ich wyzna­niem i zasa­da­mi moral­ny­mi gło­szo­ny­mi przez ich Kościół. Są nawet i tacy, któ­rym nie prze­szka­dza być dobry­mi kato­li­ka­mi i jed­no­cze­śnie człon­ka­mi Hare Krysz­na. Tego typu posta­wy, na sku­tek nie­od­po­wie­dzial­nej ewan­ge­li­za­cji i postę­pu­ją­ce­go odcho­dze­nia od biblij­ne­go naucza­nia, a tym samym powierz­chow­ne­go nawró­ce­nia się do biblij­nych prawd wia­ry wie­lu kato­li­ków, są auto­ma­tycz­nie prze­no­szo­ne na grunt zbo­rów tzw. alter­na­tyw­nej (dru­giej) refor­ma­cji, zatem wspól­not mają­cych zrze­szać przede wszyst­kim ludzi ducho­wo odro­dzo­nych w opar­ciu o biblij­ne praw­dy wia­ry.

Tym samym postę­pu­ją­cy już od koń­ca lat 80. ubie­głe­go stu­le­cia w wie­lu zbo­rach o cha­rak­te­rze ewan­ge­licz­nym defi­cyt zarów­no auten­tycz­nych nawró­ceń i ducho­wej odno­wy ludzi, jak i zapew­ne odpo­wied­nie­go naucza­nia, jest przy­czy­ną bra­ku biblij­ne­go krę­go­słu­pa moral­ne­go mogą­ce­go się prze­ciw­sta­wić tej moral­nej hipo­kry­zji. Tole­ro­wa­nie zaś przez wie­lu odro­dzo­nych i auten­tycz­nie nawró­co­nych ludzi takie­go sta­nu rze­czy na korzyść, jak to się cza­sa­mi mówi, nowo­cze­sne­go i duże­go liczeb­nie Kościo­ła, jest przy­czy­ną postę­pu­ją­ce­go upad­ku biblij­nie rozu­mia­ne­go chrze­ści­jań­stwa i powsta­wa­nia na jego gru­zach nowe­go ruchu reli­gij­ne­go. Ruchu zrze­sza­ją­ce­go już nie tyle nawró­co­nych (w rozu­mie­niu biblij­nym) ludzi, co przede wszyst­kim ludzi poszu­ku­ją­cych nowych wyra­zów swo­jej reli­gij­no­ści w widowiskowo‐estradowej litur­gii zdo­mi­no­wa­nej muzycz­ny­mi akcen­ta­mi kul­tu, jak i zaspo­ko­je­nia w tym prze­siąk­nię­tym ide­ami pozy­tyw­ne­go myśle­nia chrze­ści­jań­stwie swo­ich emo­cjo­nal­nych fru­stra­cji zwią­za­nych z tru­da­mi codzien­ne­go życia. Nie mówiąc tu już o tych wszyst­kich człon­kach zbo­rów, któ­rzy są już dru­gim bądź trze­cim poko­le­niem. Mam tu na myśli ludzi wycho­wa­nych w obrę­bie kul­tu­ry reli­gij­nej tych wspól­not, dla któ­rych chrzest wia­ry nie jest już tak jak dla ich ojców świa­dec­twem zapar­cia się sie­bie i nawró­ce­nia do biblij­nych prawd wia­ry, ale raczej ini­cja­cją reli­gij­ną koń­czą­cą jakiś etap kate­che­tycz­nej edu­ka­cji. Inny­mi sło­wy mamy do czy­nie­nia z ruchem, któ­ry jest raczej wypad­ko­wą histo­rii, zwią­za­nym ze zja­wi­skiem prze­mian społeczno‐politycznych i kul­tu­ro­wych w latach 90. ubie­głe­go stu­le­cia, niż z chrze­ści­jań­stwem w swej isto­cie. Roz­wi­ja się on na sku­tek pro­ce­su zacie­ra­nia się świa­do­mo­ści grze­chu wśród chrze­ści­jan, któ­rzy jako człon­ko­wie wspól­not i Kościo­łów zrze­sza­ją­cych ludzi z zało­że­nia odro­dzo­nych nie doświad­cza­ją już swo­jej grzesz­no­ści i tym samym nie podej­mu­ją ducho­wej wal­ki[17] w celu zmia­ny oso­bo­wo­ści na obraz Syna Boże­go[18]. Kościół w ich oczach try­um­fu­je, zaś sza­tan został już poko­na­ny, cze­go jaskra­wym wyra­zem, acz­kol­wiek zupeł­nie nie­bi­blij­nym[19], jest nie­kie­dy publicz­ne wią­za­nie go przez przy­wód­ców tych wspól­not bądź naśla­du­ją­cych ich współ­bra­ci. W tych ludziach chrze­ści­jań­skie życie tu na zie­mi (nie­za­leż­nie od wyzna­nia) nie powo­du­je egzy­sten­cjal­nych skut­ków, nie jest dla nich cza­sem pró­by i egza­mi­nu[20]. Oni nie doświad­cza­ją kon­flik­tów war­to­ści zwią­za­nych z wyzna­wa­ną przez nich wia­rą, nie mają pro­ble­mów z dzieć­mi jak Dawid, któ­re­go jeden syn tar­gnął się na jego nałoż­ni­ce i wła­dzę, a dru­gi zgwał­cił swo­ją sio­strę, za co został zamor­do­wa­ny przez jej bra­ta. Nie muszą jak Dawid, któ­ry był poma­zań­cem Pana, uda­wać pomy­lo­ne­go i tułać się po jaski­niach. Nie doświad­cza­ją cier­pie­nia jak Hiob, któ­re­go żona w momen­cie ich życio­we­go dra­ma­tu zachę­ca­ła do zło­rze­cze­nia Bogu, czy Lot, któ­re­go żona, umi­ło­waw­szy świat docze­sny, opu­ści­ła w dro­dze za Panem, zamie­nia­jąc się w słup soli. Toteż ich ducho­wy roz­wój nie zakła­da prze­zwy­cię­ża­nia swo­jej cie­le­sno­ści w kon­tek­ście myśle­nia „o tym, co ludz­kie, a nie o tym, co boskie”[21], nie wyma­ga tru­du i cier­pie­nia[22] i tym samym bra­nia odpo­wie­dzial­no­ści za okre­ślo­ne decy­zje poja­wia­ją­ce się na tle egzy­sten­cjal­nych kon­flik­tów war­to­ści.

Zakon, uczyn­ki, doj­rza­łość ducho­wa i uświę­ce­nie

Część z tych nie­odro­dzo­nych chrze­ści­jan opar­ła swo­ją wia­rę na poboż­no­ści zewnętrz­nej, będą­cej dla nich for­mą nowo­te­sta­men­to­we­go zako­nu, rozu­mia­ne­go w duchu pie­ty­stycz­nej i pury­tań­skiej reli­gij­no­ści. Takie rozu­mie­nie, posia­da­jąc cechy fary­ze­izmu chrze­ści­jań­skie­go, przed­kła­da formalno‐obrzędowe prze­strze­ga­nie zasad kul­to­wych i moral­nych nad rze­czy­wi­sty stan ser­ca i woli. Świat i życie ducho­we postrze­ga się w czarno‐białych bar­wach i zapo­mi­na, że wyzna­wa­ne war­to­ści, powin­no się prze­ka­zy­wać i czy­nić na zasa­dzie wol­no­ści wybo­ru[23] i tym samym w zgo­dzie ze sta­nem swo­je­go odno­wio­ne­go ser­ca. Dodat­ko­wo zewnętrz­na poboż­ność i goło­słow­ne mora­li­za­tor­stwo, prze­ja­wia się w ide­olo­gicz­nej nad­bu­do­wie roz­ma­itych tre­ści, w tym zaka­zów i naka­zów zupeł­nie ode­rwa­nych od rze­czy­wi­ste­go życia tych ludzi, nie mówiąc już o ich moral­nym zakła­ma­niu, zarów­no na tle biblij­nych prawd wia­ry, jak i wła­snych wyzna­nio­wych tre­ści. Toteż w kon­tek­ście gło­szo­nej przez sie­bie zewnętrz­nej poboż­no­ści, nie rozu­mie­ją oni roz­ma­itych kon­flik­tów war­to­ści, jak i zło­żo­no­ści życia swo­ich współ­bra­ci i bliź­nich. Przy tym ta goło­słow­na dekla­ra­cja okre­ślo­ne­go i wyzna­wa­ne­go przez nich moral­ne­go porząd­ku przy­bie­ra w ich życiu i spo­so­bie postrze­ga­nia rze­czy­wi­sto­ści, postać „anio­ła świa­tło­ści”[24], któ­ry w swo­jej isto­cie jest niczym innym jak pobie­la­nym gro­bem[25] Bo też czym jest zaka­zy­wa­nie przez roz­ma­itych nauczy­cie­li picia alko­ho­lu, w tym i wina, bądź gło­sze­nie przez nich, że wszel­ka świec­ka lite­ra­tu­ra i edu­ka­cja jest od dia­bła, przy jed­no­cze­snym spo­ży­wa­niu przez nich tegoż alko­ho­lu w posta­ci wina pod­czas wie­cze­rzy i pobie­ra­niu w szko­łach tej­że „dia­bel­skiej edu­ka­cji” przez człon­ków ich zbo­rów, jeśli nie przy­bie­ra­niem posta­ci anio­ła świa­tło­ści i byciem jed­no­cze­śnie gro­bem pobie­la­nym? Wszyst­ko to zaś spra­wia w życiu okre­ślo­nej jed­nost­ki powsta­wa­nie ducho­wej schi­zo­fre­nii, któ­ra prze­ja­wia się w ode­rwa­niu jej od rze­czy­wi­sto­ści, w zabu­rze­niu logicz­ne­go myśle­nia, jak i w powsta­wa­niu w jej sys­te­mie war­to­ści podwój­nej moral­no­ści: jed­nej zwią­za­nej z ofi­cjal­ną dok­try­ną okre­ślo­ne­go kościo­ła oraz dru­giej wyni­ka­ją­cej z prak­tycz­nych wymo­gów codzien­ne­go życia. Inny­mi sło­wy, wspól­no­ty reli­gij­ne przy­bie­ra­ją­ce postać anio­ła świa­tło­ści fał­szy­wie gło­szą biblij­ne praw­dy wia­ry, jak i wyzna­nio­we tra­dy­cje star­szych, naj­czę­ściej wyra­ża­ją­ce się w zaka­zach typu „nie pij”, „nie jedz” czy „nie doty­kaj”, któ­rym też nie spo­sób docho­wać wier­no­ści w życiu prak­tycz­nym, tak jak choć­by czy­ni­li to biblij­ni Reka­bi­ci[26], Pozwa­la­ją ponad­to wie­lu roz­ma­itym „arcy­apo­sto­łom” na nie­od­po­wie­dzial­ne prak­ty­ki reli­gij­ne, ruj­nu­jąc przy tym ducho­wo i psy­chicz­nie wie­lu ludzi. Wspo­mi­nam tu dzia­ła­ją­cych w wie­lu kościo­łach oszu­stów, któ­rzy w duchu Szy­mo­na Czarnoksiężnika,bezkarnie wkła­da­ją na ludzi ręce, obie­cu­jąc im przy tym roz­ma­ite dobra ducho­we lub mate­rial­ne, w tym i uzdro­wie­nie, któ­re po wło­że­niu rąk i modli­twie tych „arcy­apo­sto­łów” nie nastę­pu­je. Bo też z jed­nej stro­ny na roz­ma­itych ewan­ge­li­za­cyj­nych mitin­gach bez­kar­nie wma­wia się ludziom, że Bóg ich leczy i bło­go­sła­wi im mate­rial­nie, gdy tyl­ko dają coraz wię­cej na kościół lub nie zanie­dbu­ją pła­ce­nia nań dzie­się­ci­ny, a oni mimo to nadal są cho­rzy i bied­ni, a z dru­giej stro­ny zaka­zu­je się im korzy­sta­nia z nie­któ­rych dóbr mate­rial­nych czy spo­ży­wa­nia okre­ślo­nych pro­duk­tów, któ­re, jak­kol­wiek na to patrzeć, stwo­rzył prze­cież Bóg. Pomi­jam już, że wspól­no­ty te nie są zdol­ne pomóc wie­lu swo­im współ­bra­ciom, na sku­tek nie­do­strze­ga­nia egzy­sten­cjal­nych kon­flik­tów war­to­ści, z jaki­mi sty­ka­ją się ludzie wie­rzą­cy w kon­tek­ście ich egzystencjalno‐duchowego doświad­cze­nia w wie­rze[27]. [Patrz “Auto­mia moral­na i kon­flik­ty war­to­ści”] Nie mówiąc już o tym, że zarów­no sys­tem naucza­nia tych zbo­rów, jak i ich ducho­wość są zaprze­cze­niem wol­no­ści wybo­ru pój­ścia za Chry­stu­sem.

Do wie­lu ludzi nie docie­ra fun­da­men­tal­na praw­da ewan­ge­lii i nauki apo­stol­skiej, że Jezus z Naza­re­tu nie unie­waż­nił isto­ty zako­nu. On przy­szedł, by go wypeł­nić[28], co się doko­na­ło w Nim i przez Nie­go jak­by w dwóch wymia­rach. Pierw­szy z nich doty­czy speł­nie­nia się pro­roctw odno­szą­cych się do Mesja­sza[29], dru­gi zaś doty­czy urze­czy­wist­nie­nia się kul­to­wych i moral­nych wymo­gów, jakie zakon sta­wiał[30]. Oba te wymia­ry zosta­ły w Chry­stu­sie wyko­na­ne i urze­czy­wist­nio­ne[31], sta­jąc się też naszym udzia­łem i tych wszyst­kich, któ­rzy za spra­wą Ducha Świę­te­go w poku­cie egzy­sten­cjal­nie doświad­cza­li i obec­nie doświad­cza­ją w swo­im duchu, jeste­stwie, tj. wewnętrz­nie, zarów­no Jego śmier­ci, jak i zmar­twych­wsta­nia[32]. Dla nas i tych wszyst­kich ludzi, któ­rzy Go wyzna­ją, jest On, egzy­sten­cjal­nie rzecz ujmu­jąc, jedy­ną rze­czy­wi­sto­ścią reli­gij­ną i ducho­wą, co Paweł wyra­ził w nastę­pu­ją­cych sło­wach: „Z Chry­stu­sem jestem ukrzy­żo­wa­ny; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chry­stus; a obec­ne życie moje w cie­le jest życiem w wie­rze w Syna Boże­go, któ­ry mnie umi­ło­wał i wydał same­go sie­bie za mnie”[33]. W Nim w wie­rze i przez wia­rę w Nie­go może­my wypeł­nić wszyst­kie wyma­ga­nia zako­nu: te zwią­za­ne z kul­tem, jak i te zwią­za­ne z obcho­dze­niem świąt, czcze­niem saba­tu, skła­da­niem ofia­ry dzięk­czyn­nej i prze­bła­gal­nej za swo­je grze­chy, czy też te doty­czą­ce zasad moral­nych, tj. dobrych uczyn­ków, do któ­rych przez Nie­go i w Nim zosta­li­śmy powo­ła­ni[34]. Bo też to On jest Panem saba­tu[35] i tym naszym dzięk­czy­nie­niem[36], jak i prze­bła­ga­niem za nasze grze­chy w oczach Boga[37]. W Nim i tyl­ko w Nim zosta­ła urze­czy­wist­nio­na ta spra­wie­dli­wość Boża wypły­wa­ją­ca z zako­nu wobec nas samych i wobec Boga[38]. W Nim i przez Nie­go, jako w kapła­nie według porząd­ku Mel­chi­ze­de­ka, my sami sta­je­my się kapła­na­mi Nowe­go Przy­mie­rza, w opar­ciu o nowe kapłań­stwo i zakon wol­no­ści w Chry­stu­sie[39], przez moc Boże­go Ducha[40]. Apo­stoł Paweł wszyst­ko to ujął w nastę­pu­ją­cych sło­wach: „Prze­to teraz nie ma żad­ne­go potę­pie­nia dla tych, któ­rzy są w Chry­stu­sie Jezu­sie. Bo zakon Ducha, któ­ry daje życie w Chry­stu­sie Jezu­sie, uwol­nił cię od zako­nu grze­chu i śmier­ci. Albo­wiem cze­go zakon nie mógł doko­nać, w czym był sła­by z powo­du cia­ła, tego doko­nał Bóg: przez zesła­nie Syna swe­go w posta­ci grzesz­ne­go cia­ła, ofia­ru­jąc je za grzech, potę­pił grzech w cie­le, aby słusz­ne żąda­nia zako­nu wyko­na­ły się na nas, któ­rzy nie według cia­ła postę­pu­je­my, lecz według Ducha”[41]. Inny­mi sło­wy – dla chrze­ści­jan biblij­nie wie­rzą­cych jedy­ną rze­czy­wi­sto­ścią reli­gij­ną jest Chry­stus[42], któ­re­go czczą w duchu i w praw­dzie[43], a nie poprzez jakiś sys­tem moralno‐obrzędowy. To w Nim i przez Nie­go, dzię­ki zesła­niu Go w posta­ci grzesz­ne­go cia­ła, jak i przez ofia­ro­wa­nie go za grzech, Bóg potę­pił nasz grzech w cie­le, aby słusz­ne żąda­nia zako­nu wyko­na­ły się w nas przez wia­rę w Nie­go, któ­rej też widocz­nym owo­cem jest już nie życie według cia­ła, lecz według Ducha[44]. Nie ma innej ewan­ge­lii jak tyl­ko ta, któ­ra poucza nas w łasce oka­za­nej nam przez Boga w Chry­stu­sie, byśmy zapar­li się sie­bie samych i wyrze­kli się dotych­cza­so­we­go swo­je­go grzesz­ne­go życia[45], w kon­tek­ście miło­ści do tego świa­ta[46], oraz wzię­li swój krzyż, na któ­rym mamy uśmier­cić swo­je EGO w mocy tego nowe­go już w nas życia i Ducha Świę­te­go [47]. Są nato­miast pew­ni ludzie, któ­rzy tę ewan­ge­lię prze­krę­ca­ją na zgu­bę wła­sną i tych, któ­rzy ich słu­cha­ją[48].

Tym samym uwa­żam, że tyl­ko ludzie, któ­rzy zapar­li się samych sie­bie, swo­ich ego­istycz­nych pobu­dek, posta­wy rosz­cze­nio­wej wobec innych i pychy, zwią­za­nej z tą posta­wą, zatem ludzie auten­tycz­nie poku­tu­ją­cy ze swo­ich nie­pra­wo­ści wobec ludzi i Boga, świa­do­mi swo­je­go grze­chu i bał­wo­chwal­stwa, pojed­na­ni z Bogiem, odro­dze­ni ducho­wo, będą­cy jed­no­cze­śnie otwar­ci na kon­struk­tyw­ną ducho­wą kry­ty­kę, mają­cą na celu zewle­cze­nie z sie­bie sta­re­go czło­wie­ka na rzecz nowe­go[49], są zdol­ni do budo­wa­nia nowo­te­sta­men­to­we­go zbo­ru i podej­mo­wa­nia też doj­rza­łych moral­nie decy­zji. Inny­mi sło­wy, uwa­żam, że wszel­kie dobre uczyn­ki mogą być doko­ny­wa­ne tyl­ko w duchu miło­ści do Boga i wobec innych, jak i dla dobra ich, a nie prze­ciw­ko nim i ich kosz­tem[50]. Przy tym uwa­żam, że roz­wój ducho­wy nowo­na­ro­dzo­ne­go dziec­ka powi­nien być przede wszyst­kim owo­cem jego poku­ty, ducho­we­go odro­dze­nia[51] i oso­bi­stej wia­ry, będą­cej skut­kiem zawie­rze­nia Bogu[52] i miło­ści do Nie­go[53], wyra­ża­nej w wewnętrz­nie podyk­to­wa­nym posłu­szeń­stwie wzglę­dem biblij­nych prawd wia­ry, zatem owo­cem wia­ry, miło­ści i posłu­szeń­stwa, doświad­cza­nych jak­by w trans­cen­dent­nym wymia­rze, tj. w mocy Ducha Świę­te­go[54] będą­cej wyni­kiem oso­bi­ste­go prze­ży­cia zmar­twych­wsta­nia[55] do nowe­go życia przez i w Chry­stu­sie wobec ludzi i Boga, życia mają­ce­go jed­nak już świa­dec­two podo­ba­nia się Bogu[56]. Ten roz­wój zaś nie może być powo­dem nie­uza­sad­nio­ne­go egzy­sten­cjal­nie cier­pie­nia ani odby­wać się kosz­tem postę­pu inte­lek­tu­al­ne­go, kul­tu­ral­ne­go i cywi­li­za­cyj­ne­go okre­ślo­nej jed­nost­ki, na rzecz wyzna­nio­wej dok­try­ny, tj. zide­olo­gi­zo­wa­nia biblij­nych prawd wia­ry przez pro­wa­dzą­ce­go ją współ­bra­ta, dusz­pa­ste­rza lub zbo­ru. Bo też wszel­ka ide­olo­gi­za­cja prawd wia­ry nie może mieć i nie ma na celu ducho­we­go roz­wo­ju jed­nost­ki, a jedy­nie chlu­bie­nie się z cia­ła[57], tj. z bez­myśl­ne­go pod­po­rząd­ko­wa­nia się naj­czę­ściej zabso­lu­ty­zo­wa­nym biblij­nym praw­dom bądź zasa­dom, gło­szo­nym przez pro­wa­dzą­cych jed­nost­kę dusz­pa­ste­rzy czy zbór. Tym­cza­sem roz­wój ducho­wy takie­go nowo­na­ro­dzo­ne­go dziec­ka powi­nien odby­wać się na zasa­dzie wol­ne­go wybo­ru, w myśl słów Chry­stu­sa: „Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze same­go sie­bie i weź­mie krzyż swój, i niech idzie za mną”[58]. Przy tym za zgo­dą[59] i w asy­ście Ducha Świę­te­go[60], tj. z uwzględ­nie­niem praw­dy, o któ­rej Chry­stus mówił swo­im uczniom, że wie­le ma im do powie­dze­nia, ale teraz nie są oni w sta­nie tego przy­jąć. Ina­czej mówiąc – nie nale­ży w prze­ka­zy­wa­niu biblij­nych prawd wia­ry być nad­mier­nie gor­li­wym, by nie powie­dzieć, że nachal­nym, jak to naj­czę­ściej bywa. Bo to nie my, a Duch prze­ko­nu­je o grze­chu, sądzie i spra­wie­dli­wo­ści[61], my jedy­nie jeste­śmy świad­ka­mi zmar­twych­wsta­nia Chry­stu­sa w nas samych[62]. Wszel­ki zaś przy­mus, natar­czy­wość czy nachal­ność w gło­sze­niu biblij­nych prawd wia­ry ma na ogół cha­rak­ter indok­try­na­cji, szan­ta­żu emo­cjo­nal­ne­go i zastra­sza­nia, a tym samym jest zupeł­nie sprzecz­ny z duchem ewan­ge­lii.

Toteż roz­wój ten, a w zasa­dzie uświę­ce­nie, bez któ­re­go nikt nie ujrzy Pana[63], powi­nien prze­bie­gać w duchu wol­no­ści Chry­stu­so­wej, tj. tak, by okre­ślo­na jed­nost­ka mogła bez więk­szych prze­szkód osią­gnąć w peł­ni tę męską doj­rza­łość chry­stu­so­wą, jak i moral­ną auto­no­mię, do któ­rej zosta­li­śmy przez Boga powo­ła­ni przez i w Chry­stu­sie[64]. Doj­rza­łość wyra­ża­ją­cą się w odpo­wie­dzial­no­ści, co apo­stoł Paweł ujął w sło­wach: „Wszyst­ko mi wol­no, ale nie wszyst­ko jest poży­tecz­ne. Wszyst­ko mi wol­no, lecz ja nie dam się niczym znie­wo­lić”[65] i nie wszyst­ko też budu­je[66]. By osią­gnąć jed­nak ten cel w pro­ce­sie gło­sze­nia dobrej nowi­ny i naucza­nia nale­ży pozwo­lić jed­no­st­ce doko­ny­wać okre­ślo­nych wybo­rów[67] w opar­ciu o nie­sfał­szo­wa­ne biblij­ne praw­dy wia­ry[68], nale­ży zatem w pro­ce­sie czy­nie­nia jej uczniem Chry­stu­sa, w myśl misyj­ne­go zale­ce­nia Pana[69] pozwo­lić jej zde­rzyć się nie tyl­ko ze sobą, ale i zgor­szyć się Tym, za któ­rym chce ona podą­żać[70]. Tak, by ta jed­nost­ka w okre­ślo­nych sytu­acjach, zwią­za­nych z egzy­sten­cjal­ny­mi kon­flik­ta­mi war­to­ści, zasy­gna­li­zo­wa­ny­mi już powy­żej, potra­fi­ła doko­nać wła­ści­we­go moral­nie wybo­ru w duchu biblij­nych prawd wia­ry.

Inny­mi sło­wy, zada­niem wszyst­kich uczniów Chry­stu­sa, a przede wszyst­kim pre­zbi­te­rów, bisku­pów i nauczy­cie­li wspól­no­ty[71], jest osa­dze­nie każ­de­go nowo­na­ro­dzo­ne­go dziec­ka w praw­dzie Sło­wa Boże­go, tak, by mogło ono samo­dziel­nie, jak i w wol­no­ści wobec sie­bie same­go, ludzi i Boga[72], w opar­ciu o to zapi­sa­ne, jak i gło­szo­ne jej Sło­wo, z bojaź­nią i w asy­ście Ducha swo­je zba­wie­nie spra­wo­wać, podej­mu­jąc przy tym wła­ści­we moral­ne i egzy­sten­cjal­ne decy­zje, doty­czą­ce swo­je­go życia i zbo­ru[73]. Zatem roz­wój ten powi­nien odby­wać się przede wszyst­kim bez nie­upo­waż­nio­nych pośred­ni­ków, czy­li ludzi zarów­no poka­la­nych w sumie­niu, jak i nie­uwol­nio­nych jesz­cze w peł­ni od swo­je­go dotych­cza­so­we­go, tj. sprzed nawró­ce­nia, bał­wo­chwal­stwa[74], któ­rzy, zamiast dążyć do peł­ne­go usa­mo­dziel­nie­nia się każ­de­go nowo­na­ro­dzo­ne­go ducho­we­go dziec­ka jako jed­nost­ki w ramach jej życia z Bogiem, i tym samym przy­go­to­wa­nia jej do posłu­gi w powszech­nym kapłań­stwie[75], naj­czę­ściej ubez­wła­sno­wol­nia­ją ją, zarów­no poprzez gło­sze­nie jej inne­go Chry­stu­sa, będą­ce­go raczej dla niej tera­peu­tą, a nie zba­wi­cie­lem, tj. wyzwo­li­cie­lem od jej grze­chu, jak i poprzez roz­ma­ite sys­te­my naka­zów i zaka­zów, pozba­wia­jąc ją ducho­wej doj­rza­ło­ści i auto­no­mii moral­nej[76]. Dobro zatem tej jed­nost­ki jest tu naj­wyż­szą war­to­ścią, jej zaś dobrem jest przede wszyst­kim wyzwo­le­nie się z grze­chu, któ­ry ją usi­dla, nie zaś jej ducho­we i inte­lek­tu­al­ne ogra­ni­cze­nie czy też ode­rwa­nie jej od ota­cza­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści, na sku­tek reli­gij­nej indok­try­na­cji, naj­czę­ściej wzbi­ja­ją­cej ją w ducho­wą pychę[77] poprzez przy­ję­cie okre­ślo­ne­go sys­te­mu naka­zów i zaka­zów czy też inne­go Chry­stu­sa, spro­wa­dzo­ne­go do roli dzie­ciąt­ka w żło­bie bądź pocie­szy­cie­la, zaspo­ka­ja­ją­ce­go uro­jo­ne potrze­by i leczą­ce­go kom­plek­sy, przy tym nie­do­strze­ga­ją­ce­go grze­chu swo­je­go pacjen­ta.

Toteż zarów­no to nowe życie, jak i te dobre uczyn­ki wypły­wa­ją­ce z nie­go moż­li­we są tyl­ko w Chry­stu­sie[78]. Zatem ich źró­dłem nie może być jakaś for­ma asce­zy bądź sys­tem zaka­zów i naka­zów, któ­re, jako nie­ma­ją­ce żad­ne­go wpły­wu na opa­no­wa­nie naszych pra­gnień i zmy­słów, nie dają nam wol­no­ści od grze­chu, a jedy­nie dła­wią go w nas, budu­jąc tym samym sys­tem reli­gij­nych zewnętrz­nych postaw i prze­ko­nań, nie będą­cych wyni­kiem prze­my­śla­nych i samo­dziel­nych decy­zji i poku­ty, a więc wewnętrz­nej odno­wy w naszym duchu[79]. Inny­mi sło­wy uwa­żam, że dobre uczyn­ki nie mogą wyni­kać z jakich­kol­wiek naka­zów i zaka­zów[80], ale muszą być one w życiu każ­de­go chrze­ści­ja­ni­na owo­cem dzia­ła­ją­ce­go w nim Ducha[81]. Ducha, któ­re­mu jako ludzie odro­dze­ni i wie­rzą­cy, na sku­tek wewnętrz­nej odno­wy[82] i swo­jej oso­bi­stej miło­ści do Boga, jak i do Jego Sło­wa[83], jeste­śmy cał­ko­wi­cie posłusz­ni, czy­niąc przede wszyst­kim to, co On przez to swo­je Sło­wo nam wska­zu­je, zarów­no w kon­tek­ście moral­nym, jak i kul­to­wym, a nie to, co chce nasza sta­ra natu­ra w Ada­mie[84]. W związ­ku z tym uwa­żam, że te dobre uczyn­ki, do któ­rych nas Bóg przez Chry­stu­sa powo­łał, uczyn­ki będą­ce przy tym widocz­nym w naszym życiu owo­cem odno­wio­ne­go ducha i trwa­nia w Chry­stu­sie, są nie tyl­ko dla nas i postron­nych zna­kiem życia nowe­go Ada­ma w nas[85], ale i zna­kiem wol­no­ści od tej sta­rej natu­ry i grze­chu, jak i przede wszyst­kim zna­kiem i potwier­dze­niem nasze­go zba­wie­nia[86]. Swo­jej pew­no­ści zba­wie­nia nie opie­ram zatem na jakich­kol­wiek zaka­zach i naka­zach czy zry­tu­ali­zo­wa­nych for­mach kul­tu bądź zdog­ma­ty­zo­wa­nych praw­dach wia­ry, ode­rwa­nych od rze­czy­wi­sto­ści mojej egzy­sten­cji, ale na doświad­cza­nej w wie­rze łasce, któ­ra mnie pouczy­ła i nadal poucza, bym wyrzekł się wszel­kiej bez­boż­no­ści i świa­to­wych pożą­dli­wo­ści, bym spra­wie­dli­wie i poboż­nie na tym świe­cie żył[87] zarów­no w miło­ści do Boga, wyra­żo­nej w posłu­szeń­stwie dla JEGO Sło­wa, jak i do bliź­nie­go, tj. nie jego kosz­tem i nie prze­ciw nie­mu. Fun­da­men­tem zaś tej pew­no­ści zba­wie­nia jest nie tyl­ko treść Pisma świę­te­go, poprzez któ­re uwie­rzy­łem, że Bóg ist­nie­je i ma wolę i moc odpu­ścić mi moje grze­chy, któ­rych byłem nie­wol­ni­kiem przed nawró­ce­niem się, ale i moje doświad­cza­nie przez wia­rę tej praw­dy Sło­wa Boże­go w moim życiu ducho­wym, poprzez dozna­nie obie­ca­nej łaski Boga, któ­rej widocz­nym i nama­cal­nym owo­cem dla mnie same­go i dla postron­nych było i jest to nowe życie przez Chry­stu­sa i w Chry­stu­sie w mocy JEGO Ducha. Ducha, któ­ry obok tego poczę­te­go we mnie nowe­go życia przez Sło­wo Boże, tj. w moim duchu[88], jest też i tym obie­ca­nym zadat­kiem wie­ku przy­szłe­go, jak i pie­czę­cią w posta­ci doświad­cze­nia zie­lo­no­świąt­ko­we­go (chrztu w Duchu Świę­tym)[89], będą­ce­go trans­cen­dent­nym potwier­dze­niem zmar­twych­wsta­nia i wnie­bo­wstą­pie­nia Chry­stu­sa[90], zarów­no dla mnie, jak i dla tych wszyst­kich, któ­rych ten wła­śnie Duch przez i w Sło­wie Bożym pro­wa­dzi[91].

Wia­ra, rozum, wykształ­ce­nie, lite­ra­tu­ra. Abso­lu­ty­zo­wa­nie tre­ści biblij­nych (stwo­rze­nie świa­ta, roz­wód, „dzie­ci wie­rzą­ce” etc.)

Moja pew­ność zba­wie­nia opie­ra się na dowo­dach zawar­tych w Piśmie świę­tym doty­czą­cych zarów­no zba­wie­nia, łaski i odpusz­cze­nia grze­chów, jak i egzy­sten­cjal­ne­go doświad­cze­nia dzie­ła Chry­stu­sa we mnie samym, mojej ducho­wej kon­dy­cji w nowym stwo­rze­niu i posta­wie moral­nej będą­cej owo­cem ducha[92], mojej miło­ści do Boga i Jego Sło­wa, a nie na jakiejś mojej asce­zie opar­tej na zaka­zach i naka­zach czy egzal­to­wa­nej reli­gij­no­ści. Tym samym nie gło­szę i nie opie­ram swo­jej wia­ry na abso­lu­ty­zo­wa­niu biblij­nych prawd doty­czą­cych zarów­no isto­ty zba­wie­nia, jak i opi­sów wyda­rzeń zwią­za­nych z histo­rią zba­wie­nia (tj. rela­cji Boga z czło­wie­kiem), czy też Bożej chwa­ły. Inny­mi sło­wy biblij­nych tre­ści doty­czą­cych prawd wia­ry, zba­wie­nia nie inter­pre­tu­ję w ode­rwa­niu od doświad­cze­nia ich w życiu ducho­wym i egzy­sten­cjal­nym. Zaś w roz­ma­itych opi­sach Biblii nie doszu­ku­ję się tego, cze­go w nich nie ma i cze­go też ich redak­to­rzy czy auto­rzy nie chcie­li powie­dzieć[93]. Robią tak nie­któ­rzy, usi­łu­jąc udo­wod­nić sobie i świa­tu zgod­ność biblij­nych opi­sów z nauko­wy­mi opra­co­wa­nia­mi, zapo­mi­na­jąc przy tym, że Biblia, choć zawie­ra spo­ro infor­ma­cji z roz­ma­itych dzie­dzin wie­dzy, nie jest pod­ręcz­ni­kiem histo­rii, przy­ro­dy, astro­no­mii czy geo­gra­fii, ale jest histo­rią zba­wie­nia, w któ­rej zosta­ły uję­te przede wszyst­kim wska­zów­ki doty­czą­ce isto­ty tego zba­wie­nia, jak i rela­cji Boga z czło­wie­kiem[94]. Moja wia­ra zatem w biblij­ne praw­dy wia­ry nie opie­ra się na tym, że opi­sa­ny akt stwo­rze­nia miał miej­sce w cią­gu sied­miu dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­nych dni, czy też że Bóg ukształ­to­wał Ada­ma z pro­chu zie­mi jak garn­carz, zaś Ewę z jego żebra. Nie uwa­żam też, że Adam swo­im upad­kiem zasko­czył Boga lub że go też Bóg szu­kał po krza­kach w Ede­nie. Bo też nie w Ada­mie, a w Chry­stu­sie wybrał nas Bóg przed zało­że­niem świa­ta[95]. Nie jest dla mnie też istot­ne, czy Jonasz był rze­czy­wi­ście trzy dni w rybie, jak i to, czy w związ­ku z tym był posta­cią histo­rycz­ną. Wystar­czy mi tyl­ko to, że Chry­stus w swo­im naucza­niu odwo­łał się wła­śnie do tej księ­gi, zapo­wia­da­jąc sobie współ­cze­snym i nam dzi­siaj, iż nie będzie dany im, jak i nam żaden inny znak jak tyl­ko znak Jona­sza[96]. Nie­za­leż­nie zatem od tego, czy opis wyda­rzeń zwią­za­nych z Ada­mem i Ewą w Ede­nie, jak i histo­ria pro­ro­ka Jona­sza, są lite­rac­ką fik­cją, czy też, jak to usi­łu­ją nie­któ­rzy koniecz­nie udo­wod­nić, histo­rycz­ną praw­dą, to dla mnie są przede wszyst­kim ducho­wą i egzy­sten­cjal­ną rze­czy­wi­sto­ścią, do któ­rej Duch, Chry­stus i apo­sto­ło­wie się odwo­ły­wa­li w kon­tek­ście isto­ty grze­chu i kon­dy­cji moral­nej czło­wie­ka, bądź, jak to jest w przy­pad­ku księ­gi Jona­sza, w pro­roc­kiej zapo­wie­dzi śmier­ci i zmar­twych­wsta­nia, jak i roli Mesja­sza wobec pogan.

Uwa­żam zatem, że Bóg „rzekł i sta­ło się”[97], zaś wszel­kie opi­sy doty­czą­ce stwo­rze­nia, Boga czy histo­rii zba­wie­nia są tyl­ko lite­rac­kim wyra­zem JEGO chwa­ły, jak i pro­roc­kim obra­zem tego wszyst­kie­go, co ON sam chciał nam powie­dzieć, zarów­no o samym stwo­rze­niu, o sobie, jak i o nas samych i o naszym zba­wie­niu[98]. Mówiąc o tym wszyst­kim do nas w języ­ku dla nas zro­zu­mia­łym, a jed­no­cze­śnie w języ­ku w swej isto­cie mistycz­nym, peł­nym meta­for, prze­no­śni i sym­bo­li, jak to ujął Roman Brand­sta­et­ter w swo­im Hym­nie do Biblii:

„Pan wywiódł cię ze swej pamię­ci
Na uży­tek ludz­kie­go umy­słu,
W mia­rę roz­le­głe­go i w mia­rę cia­sne­go,
I według pra­wi­deł,
Rzą­dzą­cych nie­po­rad­no­ścią ludz­ką,
Pomniej­szył nie­wy­ra­żal­ne do wymia­rów wyra­żal­nych,
I tam gdzie te wymia­ry,
Oka­za­ły się nie­do­stęp­ne dla czło­wie­ka,
Stwo­rzył
Sym­bo­le,
Podo­bień­stwa,
Przy­po­wie­ści
I obra­zy,
I uczy­nił je Słu­żeb­ni­ca­mi ludz­kiej nie­po­rad­no­ści,
Usi­łu­jąc wyra­zić nie­wy­ra­żal­ne”[99].

Tym samym nie ma dla mnie naj­mniej­sze­go zna­cze­nia to, czy ogród Eden miał okre­ślo­ną sze­ro­kość geo­gra­ficz­ną, zaś drze­wo życia lub drze­wo pozna­nia dobra i zła w nim rosło tak jak inne drze­wa nam zna­ne, bądź też czy wody poto­pu zala­ły całą zie­mię, czy tyl­ko obszar zamiesz­ka­ły przez ówcze­snych ludzi, i czy taki Hiob lub wspo­mnia­ny już powy­żej Jonasz są posta­cia­mi histo­rycz­ny­mi czy też tyl­ko lite­rac­ki­mi figu­ra­mi, będą­cy­mi czymś w rodza­ju przy­po­wie­ści, któ­ry­mi Chry­stus się posłu­gi­wał w celu uka­za­nia sobie współ­cze­snym i nam dzi­siaj praw­dy o czło­wie­ku, Bogu, kró­le­stwie Ceza­ra, jak i o Kró­le­stwie Bożym i isto­cie zba­wie­nia. W myśl naucza­nia Chry­stu­sa, że tyl­ko ubo­dzy w duchu, cisi i łak­ną­cy spra­wie­dli­wo­ści[100], jak i ci, któ­rzy chcą postę­po­wać zgod­nie z praw­dą o sobie samych i o ota­cza­ją­cej ich rze­czy­wi­sto­ści, i tym samym dążyć do świa­tło­ści[101], mogą patrząc widzieć, zaś słu­cha­jąc zro­zu­mieć[102], zarów­no w histo­rii zba­wie­nia, jak i w przy­po­wie­ściach Chry­stu­sa, te ukry­te w nich praw­dy wia­ry i Sło­wo Boże, nie jako sło­wo ludz­kie, ale, jak jest praw­dzi­wie, jako Sło­wo Boże, któ­re też poprzez zawie­rze­nie Bogu i JEGO Sło­wu sku­tecz­nie w nich dzia­ła[103].

Dodam tu jesz­cze w związ­ku z powyż­szym, że wszel­kie nie­od­po­wie­dzial­ne abso­lu­ty­zo­wa­nie histo­rii zba­wie­nia, czy­li biblij­nej nar­ra­cji mówią­cej o rela­cji Boga z czło­wie­kiem, jak też antro­po­mor­ficz­ne wyobra­że­nia Boga, zarów­no w odczy­ty­wa­niu biblij­nych prawd wia­ry, jak i w naucza­niu kate­che­tycz­nym, nio­są w sobie olbrzy­mie nie­bez­pie­czeń­stwo. Toteż jestem prze­ciw­ni­kiem umiesz­cza­nia w zbo­rach i w domach ludzi wie­rzą­cych, poza oczy­wi­ście for­ma­mi sztu­ki ide­owej, wszel­kich przed­sta­wień Boga czy Chry­stu­sa w roz­ma­itych for­mach pla­stycz­nych, mogą­cych przy­brać cha­rak­ter kul­to­wy, takich jak robie­nie szo­pek z dzie­ciąt­kiem Jezus czy umiesz­cza­nie krzy­ża z wize­run­kiem Chry­stu­sa. Przy­po­mi­nam tu wszyst­kim nie­prze­ko­na­nym jesz­cze przez biblij­ne praw­dy wia­ry[104], że każ­da sztu­ka mają­ca cha­rak­ter sakral­ny zawsze w więk­szym lub w mniej­szym stop­niu pro­wa­dzi do bał­wo­chwal­stwa. Przy tym takie nie­od­po­wie­dzial­ne przed­sta­wia­nie oraz abso­lu­ty­stycz­ne odczy­ty­wa­nie i naucza­nie prawd wia­ry nie tyl­ko fał­szu­je isto­tę Boga, ale pozwa­la też nie­doj­rza­łym ducho­wo ludziom wytwa­rzać sobie Boga na swo­je podo­bień­stwo. Co wię­cej, takie naucza­nie nie budu­je wła­ści­we­go fun­da­men­tu wia­ry, któ­rej kamie­niem węgiel­nym w życiu jed­nost­ki i zbo­ru powi­nien być zmar­twych­wsta­ły Chry­stus i moc Ducha w ich życiu.
To Bóg jest Tym, któ­ry usta­na­wia pra­wo i to On też okre­śla, co jest praw­dą. Jest On zatem ponad tym, co my uwa­ża­my za praw­dę. Toteż jest ponad tym pra­wem, któ­re usta­no­wił dla swo­je­go stwo­rze­nia i dla nas, nie zaś dla sie­bie[105]. Inny­mi sło­wy, to nie my, jako stwo­rze­ni przez Boga, decy­du­je­my o tym jaki jest Bóg co do swo­jej isto­ty, jak to w prze­szło­ści bywa­ło. O tym, jaki jest więc Bóg, i o wie­lu innych zja­wi­skach nasze­go życia tu na zie­mi, decy­du­ją pra­wa, któ­re Bóg w swo­jej mądro­ści usta­no­wił, nie zaś my i nasze reli­gij­ne prze­ko­na­nia[106]. My jedy­nie, jako stwo­rze­ni przez Nie­go na Jego obraz i podo­bień­stwo, może­my je odkry­wać i obser­wo­wać w Jego dzie­le stwo­rze­nia lub też odczy­ty­wać w Jego Sło­wie, w asy­ście Ducha, nie zaś je pod­wa­żać czy zmie­niać. „Ponie­waż to, co o Bogu wie­dzieć moż­na, jest dla nich jaw­ne, gdyż Bóg im to obja­wił. Bo nie­wi­dzial­na jego isto­ta, to jest wie­ku­ista jego moc i bóstwo, mogą być od stwo­rze­nia świa­ta oglą­da­ne w dzie­łach i pozna­ne umy­słem, tak iż nic nie mają na swo­ją obro­nę, dla­te­go że poznaw­szy Boga, nie uwiel­bi­li go jako Boga i nie zło­ży­li mu dzięk­czy­nie­nia, lecz znik­czem­nie­li w myślach swo­ich, a ich nie­ro­zum­ne ser­ce pogrą­ży­ło się w ciem­no­ści. Mie­ni­li się mądry­mi, a sta­li się głu­pi”[107]. Tym samym wszel­kie pyta­nia o ist­nie­nie Boga, jak i przed­sta­wia­nie nauko­wych dowo­dów na Jego ist­nie­nie w zna­cze­niu przed­mio­to­wym uwa­żam za nie­za­sad­ne i z grun­tu nie­nau­ko­we, a to dla­te­go, że Bóg w swej isto­cie jest trans­cen­dent­ny w sto­sun­ku do swo­je­go stwo­rze­nia, zatem jakie­kol­wiek mówie­nie o Nim jest poza sfe­rą fizy­ki. Przy tym „nie w oglą­da­niu, a w wie­rze piel­grzy­mu­je­my”[108], „przez wia­rę [też] pozna­je­my, że świa­ty zosta­ły ukształ­to­wa­ne sło­wem Boga, tak iż to, co widzial­ne nie powsta­ło ze świa­ta zja­wisk”[109]. Wia­ra zatem jest wyni­kiem otwar­cia się rozu­mu na myśl, któ­ra się­ga poza moż­li­wo­ści doświad­cze­nia przed­mio­to­we­go, tj. fizycz­ne­go, i tym samym nauko­we­go w swej isto­cie. Ist­nie­nie Boga jest więc dla mnie pew­ne w wymia­rze pod­mio­to­wym (w kon­tek­ście egzy­sten­cjal­nym, moral­nym i logicz­nym), ale nie przed­mio­to­wym (w zna­cze­niu dowo­du nauko­we­go). Jestem pod­mio­to­wo poprzez tę swo­ją wia­rę pew­ny, że Bóg ist­nie­je. Ta pew­ność zaś wyra­ża się w moim egzy­sten­cjal­nym i moral­nym pozna­niu Boga, tj. w doświad­cze­niu odku­pie­nia i łaski w biblij­nym rozu­mie­niu tego sło­wa[110]. Taka wia­ra jed­nak nie może być wią­za­na z okre­ślo­ny­mi prze­ko­na­nia­mi ukształ­to­wa­ny­mi na sku­tek socja­li­za­cji społeczno‐politycznej i reli­gij­nej, czy też z uczu­cia­mi, ponie­waż zarów­no te prze­ko­na­nia, jak i uczu­cia, tj. roz­ma­ite dozna­nia, nie mogą dać nam żad­ne­go pozna­nia. Zara­zem brak emo­cjo­nal­ne­go, jak i inte­lek­tu­al­ne­go dystan­su do tych swo­ich prze­ko­nań i uczuć czy­ni nas naj­czę­ściej po pro­stu nie­zdol­ny­mi do obiek­tyw­ne­go oce­nia­nia ota­cza­ją­cej nas rze­czy­wi­sto­ści społeczno‐religijnej i moral­nej, nie mówiąc już o oce­nie samych tych prze­ko­nań reli­gij­nych czy wyzna­nio­wych. Mało kto prze­cież, jeśli został ukształ­to­wa­ny i wycho­wa­ny w reli­gii muzuł­mań­skiej, bud­dyj­skiej, chrze­ści­jań­skiej czy też w okre­ślo­nym wyzna­niu któ­re­goś z ich odła­mów, zasta­na­wia się nad tym, że sam fakt uro­dze­nia się muzuł­ma­ni­nem, chrze­ści­ja­ni­nem, kato­li­kiem czy pro­te­stan­tem nie jest prze­cież żad­nym mery­to­rycz­nym argu­men­tem na praw­dzi­wość jego reli­gii czy wyzna­nia.

Tym samym uwa­żam, że sta­wia­nie jakich­kol­wiek inte­lek­tu­al­nych i ducho­wych gra­nic w poszu­ki­wa­niu praw­dy o Bogu, o nas samych, o ota­cza­ją­cym nas świe­cie, życiu etycz­nym i litur­gicz­nym w ramach tre­ści biblij­nych, jest niczym innym jak sta­wia­niem gra­nic swo­jej wie­rze. Taka posta­wa jest prze­ja­wem nie tyl­ko ukry­te­go bał­wo­chwal­stwa, ale i lęku przed utra­tą sła­bej i źle poję­tej wia­ry, oraz przed odkry­ciem nie­chcia­nej praw­dy, zarów­no o sobie, jak i o Bogu, któ­re­go sami sobie i na swo­je wła­sne podo­bień­stwo ukształ­to­wa­li­śmy w wyni­ku postę­pu­ją­cej socja­li­za­cji, wła­snej ułom­no­ści, grzesz­no­ści i cie­le­sno­ści. Toteż nie jestem nie­chęt­ny postę­po­wi cywi­li­za­cyj­ne­mu i wyko­rzy­sty­wa­niu dostęp­nej wie­dzy, zarów­no tej zwią­za­nej z ota­cza­ją­cą nas „świec­ką” rze­czy­wi­sto­ścią, jak i tej zwią­za­nej z roz­wo­jem wie­dzy biblij­nej. Bo też w moim rozu­mie­niu w życiu czło­wie­ka biblij­nie wie­rzą­ce­go nie ma cze­goś takie­go jak podział na rze­czy­wi­stość świec­ką i kościel­ną[111]. Mamy naj­wy­żej dwa wymia­ry, Kró­le­stwo Boże i Kró­le­stwo Ceza­ra, ale zarów­no w jed­nym, jak i w dru­gim jeste­śmy przede wszyst­kim w Chry­stu­sie, odda­jąc każ­de­mu, co się mu nale­ży, tak by się Bogu i ludziom podo­bać[112]. Inny­mi sło­wy uwa­żam, że zbór jest nie tyl­ko miej­scem pozna­wa­nia prawd wia­ry, ale też wie­dzy o świe­cie i ota­cza­ją­cej nas rze­czy­wi­sto­ści. Tym samym popie­ram wszel­kie for­my samo­kształ­ce­nia się, orga­ni­zo­wa­nia pre­lek­cji, spo­tkań edu­ka­cyj­nych, jak i kształ­ce­nia się w ramach dostęp­nej edu­ka­cji na każ­dym jej pozio­mie, gdyż uzna­ję, w myśl naucza­nia biblij­ne­go, zawar­te­go np. w przy­po­wie­ściach Salo­mo­na, że czło­wiek posia­da­ją­cy mniej wie­dzy na ogół odda­la się od Boga, zaś im wię­cej jej zdo­by­wa i posia­da, tym bar­dziej przy­bli­ża się do Nie­go[113]. W dodat­ku jestem gorą­cym zwo­len­ni­kiem udo­stęp­nia­nia i czy­ta­nia przez ludzi wie­rzą­cych biblij­nie zarów­no opra­co­wań teo­lo­gii biblij­nej (kato­lic­kiej, pra­wo­sław­nej i pro­te­stanc­kiej), jak i lite­ra­tu­ry kla­sycz­nej w ogó­le, któ­rą trak­tu­ję wpraw­dzie jako nie­do­sko­na­ły komen­tarz do tre­ści zawar­tych w Biblii, ale jed­nak komen­tarz, nie mówiąc już o wszel­kich książ­kach zwią­za­nych z histo­rią filo­zo­fii, chrze­ści­jań­stwa czy nasze­go kra­ju i lek­tu­rze pra­sy opi­nio­twór­czej posze­rza­ją­cej hory­zon­ty społeczno‐polityczne ludzi mają­cych być w myśl naucza­nia Chry­stu­sa solą i świa­tłem. Mam nato­miast nie­zro­zu­mie­nie dla ludzi koń­czą­cych Chrze­ści­jań­ską Aka­de­mię Teo­lo­gicz­ną (ChAT) i mówią­cych, jak to czę­sto sły­sza­łem, że „ChAT ukoń­czy­li i wia­rę zacho­wa­li”, jak i wobec tych wszyst­kich, któ­rzy podej­mu­ją się stu­diów w celu nie tyle posze­rze­nia swo­jej wie­dzy, co uzy­ska­nia dyplo­mu lub stop­nia nauko­we­go z pobu­dek sno­bi­stycz­nych i w pogar­dzie do pozo­sta­łej czę­ści spo­łe­czeń­stwa. Nie wiem w jakie­go Boga wie­rzą ci, co po ukoń­cze­niu teo­lo­gicz­nej uczel­ni „wia­rę zacho­wa­li”, jak i w jakie­go wie­rzą ci, któ­rzy podej­mu­ją stu­dia, by uzy­skać okre­ślo­ny papier, nie zaś wie­dzę, i by pogar­dzać tymi, któ­rzy tego papie­ru nie mają. Wiem jed­nak z całą pew­no­ścią to, że tacy ludzie nigdy nie powin­ni peł­nić funk­cji star­szych zbo­ru, dia­ko­na, bisku­pa czy pasto­ra.

Przy tym uwa­żam, że bar­dzo nie­doj­rza­łe, by nie powie­dzieć, że wręcz nie­bez­piecz­ne i nie­od­po­wie­dzial­ne, jest sto­so­wa­nie w kate­che­tycz­nym naucza­niu abso­lu­ty­stycz­ne­go odczy­ty­wa­nia tek­stów biblij­nych, nie tyl­ko tych doty­czą­cych histo­rii zba­wie­nia czy opi­sów stwo­rze­nia, jak już powy­żej zasy­gna­li­zo­wa­łem, ale i tych doty­czą­cych moral­nych i spo­łecz­nych prawd wia­ry. Bo też taka abso­lu­ty­stycz­na i zbyt dosłow­na inter­pre­ta­cja okre­ślo­ne­go tek­stu biblij­ne­go, tj. poza jego wła­ści­wym kon­tek­stem i duchem, czy­li nie­do­strze­ga­niem w nim głów­ne­go prze­sła­nia, pro­wa­dzi naj­czę­ściej do absur­dal­nych sytu­acji w życiu ducho­wym i prak­tycz­nym wie­lu gor­li­wych reli­gij­nie ludzi. Jaskra­wym przy­kła­dem takich wyrwa­nych z kon­tek­stu abso­lu­ty­stycz­nych inter­pre­ta­cji tek­stów biblij­nych jest mię­dzy inny­mi nie­do­strze­ga­nie przez wie­lu inter­pre­ta­to­rów, zwią­za­nych wyzna­nio­wy­mi uprze­dze­nia­mi i prze­ko­na­nia­mi, dopusz­czal­no­ści roz­wo­du z powo­du wsze­te­czeń­stwa jed­ne­go z part­ne­rów. Nawet sam już ter­min roz­wód (list roz­wo­do­wy), w któ­re­go to kon­tek­ście Chry­stus się wypo­wia­da odno­śnie do pra­wa roz­wo­do­we­go, nie jest odczy­ty­wa­ny przez nich w zna­cze­niu biblij­nym, ale w duchu ich wyzna­nio­wych prze­ko­nań. Bo mówiąc o roz­wo­dzie, tj. o liście roz­wo­do­wym, myślą o nim raczej jako o sepa­ra­cji, a nie o roz­wo­dzie w rozu­mie­niu biblij­ne­go listu roz­wo­do­we­go, upraw­nia­ją­ce­go do ponow­ne­go zawar­cia związ­ku. Pomi­jam tu już nie­uwzględ­nia­nie przy odczy­ty­wa­niu wie­lu tek­stów biblij­nych roz­ma­itych środ­ków wyra­zu, np. prze­no­śni, sym­bo­li czy hiper­bo­li, jak ma to miej­sce w przy­pad­ku choć­by naka­zu pozby­wa­nia się gor­szą­cych nas człon­ków: ręki czy oka. Nie­uwzględ­nie­nie przy odczy­ty­wa­niu okre­ślo­ne­go tek­stu jego isto­ty i tego typu środ­ków sty­li­stycz­nych może pro­wa­dzić, i nie­ste­ty cza­sa­mi pro­wa­dzi wie­lu ludzi do nie­doj­rza­łej wia­ry, a czę­sto wręcz do fana­ty­zmu i nie­bi­blij­ne­go fun­da­men­ta­li­zmu, będą­ce­go naj­czę­ściej skut­kiem bra­ku odno­wy w duchu umy­słu, tj. nie­peł­ne­go jesz­cze wyzwo­le­nia się z dotych­cza­so­we­go spo­so­bu myśle­nia i postrze­ga­nia rze­czy­wi­sto­ści. Pro­blem ten doty­czy wie­lu nowo­na­ro­dzo­nych ludzi, któ­rzy jako jesz­cze sła­bi w wie­rze[114] bądź też nie do koń­ca wol­ni od rze­czy tego świa­ta, uwa­ża­ją je naj­czę­ściej za nie­czy­ste[115] lub, jak to Paweł okre­ślił, będąc jesz­cze przy­zwy­cza­je­ni do bał­wo­chwal­stwa, spo­ży­wa­ją mię­so sprze­da­wa­ne w miej­skich jat­kach jako skła­da­ne w ofie­rze bał­wa­nom i sumie­nie ich, sła­be z natu­ry, kala się[116]. Skut­kiem zaś tego jest nie­kie­dy bar­dzo abso­lu­ty­stycz­ne odczy­ty­wa­nie biblij­nych prawd wia­ry, to nato­miast rodzi naj­czę­ściej reli­gij­ny fana­tyzm bądź infan­tyl­ną i zupeł­nie nie­bi­blij­ną w swej isto­cie poboż­ność. Bo też kie­dy taki nowo­na­ro­dzo­ny czło­wiek przy­zwy­cza­jo­ny do tej pory do bał­wo­chwal­stwa, jed­no­cze­śnie sła­by w wie­rze, nie do koń­ca też odno­wio­ny w duchu umy­słu, przy tym poka­la­ny w swo­im sumie­niu i pozo­sta­wio­ny same­mu sobie, zacznie samo­dziel­nie i zbyt lite­ral­nie (dosłow­nie) inter­pre­to­wać np. biblij­ny zakaz czy­nie­nia sobie podo­bi­zny Boga, to jest wię­cej niż pew­ne, że odnie­sie go bez­po­śred­nio do wszel­kich pla­stycz­nych przed­sta­wień, nie odróż­nia­jąc ich przy tym od rzeźb i obra­zów kul­tu, do któ­rych się przed swo­im nawró­ce­niem gor­li­wie modlił jak do Boga. Inny­mi sło­wy nie tyl­ko on sam, na sku­tek nie roz­róż­nia­nia przez nie­go sztu­ki mają­cej cha­rak­ter deko­ra­cyj­ny czy ide­owy (sym­bo­licz­ny) od sztu­ki sakral­nej (kul­to­wej), będzie się nią wewnętrz­nie gor­szył, ale też ten stan zgor­sze­nia się będzie prze­ka­zy­wał innym w for­mie naucza­nia jako biblij­ną praw­dę wia­ry, co może przy­bie­rać u nie­go i tych, któ­rzy go słu­cha­ją, nie­bi­blij­ne posta­wy wobec wszel­kie­go rodza­ju sztu­ki pla­stycz­nej, jak i wize­run­ków w ogó­le.

Mecha­nizm ten dzia­ła w wie­lu aspek­tach takie­go nie­wła­ści­we­go odczy­ty­wa­nia tek­stów biblij­nych, nie­któ­re z nich są przy­czy­ną kształ­to­wa­nia się wśród ludzi wie­rzą­cych reli­gij­nej i dok­try­nal­nej hipo­kry­zji, jak też powo­dem wie­lu ducho­wych zwie­dzeń czy moral­nych nie­do­mó­wień i sądów. Bar­dzo nie­bez­piecz­ne są tego typu abso­lu­ty­stycz­ne i dosłow­ne w swej isto­cie inter­pre­ta­cje w odnie­sie­niu do biblij­nych prawd wia­ry doty­czą­cych zba­wie­nia, kie­dy to okre­ślo­ne tek­sty, mówią­ce o prze­ba­cze­niu czy byciu w Chry­stu­sie bądź w Duchu Świę­tym, trak­tu­je się jako fak­ty już w nas doko­na­ne, w opar­ciu o lite­rę, jed­nak bez potwier­dza­ją­ce­go w nas świa­dec­twa, tj. ducho­we­go doświad­cze­nia tych biblij­nych prawd w życiu prak­tycz­nym okre­ślo­nej oso­by[117]. Nie mówiąc tu już o wie­lu inter­pre­ta­cjach doty­czą­cych moral­nych prawd wia­ry, któ­rych skut­kiem naj­czę­ściej jest etycz­ny for­ma­lizm i reli­gij­ny fana­tyzm. Bo jeśli ktoś w swo­jej gor­li­wo­ści i w duchu abso­lu­ty­stycz­ne­go odczy­ty­wa­nia biblij­nych prawd wia­ry zasto­su­je w swo­im życiu prak­tycz­nym np. takie biblij­ne zale­ce­nie: „Bia­daj­cie i smuć­cie się, i płacz­cie; śmiech wasz niech się w żałość obró­ci, a radość w przy­gnę­bie­nie”[118], to przy­bie­rze po pro­stu w zewnętrz­nej poboż­no­ści odpo­wied­nią do tego tek­stu posta­wę i „śmiech (…) w żałość obró­ci, a radość w przy­gnę­bie­nie”. Inny­mi sło­wy, dosłow­nie zro­zu­mie tekst i przy­bie­rze w prak­ty­ce zale­ca­ne pozy, a nie to, co jest tre­ścią i isto­tą tego prze­ka­zu. Pomi­jam tu już zupeł­nie nie­bi­blij­ny w swej isto­cie wymóg, by dzie­ci pre­zbi­te­rów (star­szych), bisku­pów czy pasto­rów były „wie­rzą­ce”, co wyni­ka nie tyl­ko z nie­zro­zu­mie­nia tego ter­mi­nu i isto­ty w jego kon­tek­ście apo­stol­skich zale­ceń doty­czą­cych cech, jaki­mi powi­nien odzna­czać się ewen­tu­al­ny kan­dy­dat na te funk­cje, co wła­śnie z abso­lu­ty­stycz­ne­go odczy­ty­wa­nia okre­śle­nia „wie­rzą­ce”, nie uwzględ­nia­ją­ce­go kon­tek­stu jego uży­cia, a ozna­cza­ją­ce­go tyle, co „nie sto­ją­ce pod zarzu­tem roz­pu­sty lub krnąbr­no­ści”[119], jak i „będą­ce w posłu­szeń­stwie i wszel­kiej uczci­wo­ści”[120] wobec ojca. Nie znam żad­ne­go pre­zbi­te­ra czy pasto­ra, któ­ry zaczy­na­jąc swo­ją służ­bę miał­by dzie­ci wie­rzą­ce w biblij­nym tego sło­wa zna­cze­niu[121]. Owszem, znam wie­lu, któ­rzy swo­imi doma­mi dobrze zarzą­dza­li i swo­je dzie­ci wycho­wy­wa­li w uczci­wo­ści i posłu­szeń­stwie wobec chrze­ści­jań­skich prawd wia­ry[122], jed­nak wię­cej zna­łem takich, któ­rzy tego nie­ste­ty nie potra­fi­li, a mimo to peł­ni­li te funk­cję, ze szko­dą zresz­tą dla swo­ich współ­bra­ci i zbo­ru. Bo też jeśli ktoś nie potra­fi wła­snym domem zarzą­dzać i utrzy­mać swo­ich dzie­ci w posłu­szeń­stwie do moral­nych prawd wia­ry, to jak będzie mógł wła­ści­wie zarzą­dzać i pro­wa­dzić zbór, gdy tych biblij­nych war­to­ści, tak wobec swo­ich domow­ni­ków i wła­snych dzie­ci, jak i wobec swo­ich współ­bra­ci będą­cych człon­ka­mi zbo­ru, nie­kie­dy trze­ba bro­nić, a nie ule­gać im, jak to uczy­nił Aaron budu­jąc ludo­wi ciel­ca. Ina­czej mówiąc, kan­dy­dat na pre­zbi­te­ra (star­sze­go), dia­ko­na, bisku­pa (czy jak kto woli pasto­ra), któ­ry nie potra­fi w obro­nie biblij­nych prawd wia­ry wejść w kon­flikt ze swo­imi naj­bliż­szy­mi, tj. żoną i dzieć­mi, nie mówiąc tu już o pozo­sta­łych człon­kach rodzi­ny, nie będzie też do tego zdol­ny wobec tych, któ­rych naucza, ani tych, któ­rzy się tym praw­dom prze­ciw­sta­wia­ją[123].

W następ­stwie takie­go abso­lu­ty­stycz­ne­go odczy­ty­wa­nia wska­zó­wek doty­czą­cych życia moral­ne­go i rodzin­ne­go kan­dy­da­tów na bisku­pów i dia­ko­nów, w kon­tek­ście uży­cia ter­mi­nu okre­śla­ją­ce­go ich dzie­ci jako „wie­rzą­ce”, bez uwzględ­nie­nia ich prak­tycz­ne­go sto­sun­ku do nich w wymia­rze wycho­waw­czym, jak i isto­ty zba­wie­nia i ana­lo­gicz­nych miejsc w Biblii zwią­za­nych z posta­wą tych przy­szłych ewen­tu­al­nych pre­zbi­te­rów, dia­ko­nów i bisku­pów do człon­ków swo­jej rodzi­ny, jest nie tyl­ko przy­czy­ną wie­lu nie­po­ro­zu­mień i nie­uza­sad­nio­nych sądów wobec ludzi dobrze swą służ­bę peł­nią­cych, ale jest też zupeł­nie sprzecz­ne z isto­tą biblij­nej wia­ry zarów­no w kon­tek­ście jej źró­dła, jak i isto­ty zba­wie­nia[124]. Nie mówiąc już w związ­ku z tym o nie­od­po­wied­nich powo­ła­niach na te funk­cje ludzi, któ­rzy na sku­tek nie­zro­zu­mie­nia isto­ty rze­czy przez swo­ich współ­bra­ci, zosta­ją powo­ły­wa­ni na takie funk­cje pomi­mo bra­ku umie­jęt­no­ści utrzy­ma­nia w dys­cy­pli­nie swo­je­go potom­stwa. Bo też isto­tą tego zale­ce­nia odno­śnie do popraw­no­ści życia rodzin­ne­go ewen­tu­al­nych kan­dy­da­tów na funk­cje dia­ko­na, bisku­pa czy pasto­ra, jak już powy­żej zasy­gna­li­zo­wa­łem, jest dostrze­że­nie przez człon­ków wspól­no­ty ich umie­jęt­no­ści dys­cy­pli­no­wa­nia swo­jej rodzi­ny, a tym samym wyka­za­nia, że są oni zdol­ni prze­ciw­sta­wić się nie tyl­ko swo­im naj­bliż­szym, ale każ­de­mu w celu obro­ny biblij­nych prawd wia­ry. Przy tym uwa­żam, że wia­ra w rozu­mie­niu nowo­te­sta­men­to­wym, nie jest dzie­dzicz­na i nie moż­na jej prze­ka­zać swo­je­mu potom­stwu[125], tak jak mia­ło to miej­sce w Izra­elu i wciąż jest prak­ty­ko­wa­ne obec­nie w wie­lu reli­giach zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­nych, w któ­rych wszy­scy poprzez sam fakt naro­dze­nia się w okre­ślo­nym wyzna­niu są już „chrze­ści­ja­na­mi”; nale­ży się za dzie­ci modlić, moż­na i trze­ba je wycho­wy­wać w duchu Sło­wa Boże­go[126], tak by w chwi­li łaski mogły odpo­wie­dzieć na pocho­dzą­ce od Boga wezwa­nie. Jestem zatem wiel­kim prze­ciw­ni­kiem wszel­kiej indok­try­na­cji dzie­ci, zmu­sza­nia ich do prak­tyk reli­gij­nych[127], pozba­wia­nia ich kon­tak­tu z ota­cza­ją­cą je kul­tu­rą, tj. lite­ra­tu­rą, kinem, teatrem, jak i zaka­zy­wa­niem im kon­tak­tu z rówie­śni­ka­mi ze świa­ta czy upra­wia­nia spor­tu[128]. Inny­mi sło­wy, według naucza­nia apo­stol­skie­go Kościół nie ma cha­rak­te­ru poko­le­nio­we­go[129], jak mia­ło to miej­sce w Izra­elu, zaś Bóg nie ma wnu­ków, ma tyl­ko dzie­ci zro­dzo­ne przez wia­rę w Sło­wo i z Ducha[130]. Nie widzę też w związ­ku z tym żad­nych pod­staw biblij­nych, jak i mery­to­rycz­nych powo­dów, by obar­czać pre­zbi­te­rów, dia­ko­nów, bisku­pów i pasto­rów czy wie­rzą­cych rodzi­ców w ogó­le, odpo­wie­dzial­no­ścią za życie ich peł­no­let­nich i doro­słych już dzie­ci. Ina­czej mówiąc rodzi­ce są przede wszyst­kim odpo­wie­dzial­ni za posta­wy moral­ne i zacho­wa­nie się swo­ich dzie­ci wobec oto­cze­nia do momen­tu ich opie­ki nad nimi i usa­mo­dziel­nie­nia się ich, jak i za wła­ści­we wycho­wa­nie swo­je­go potom­stwa na ludzi uczci­wych i zna­ją­cych biblij­ne praw­dy wia­ry na takim pozio­mie, na jakim może je zro­zu­mieć nie­zba­wio­ny i ducho­wo nie­odro­dzo­ny jesz­cze mło­dy czło­wiek. Tak jak nie widzę mery­to­rycz­nych i biblij­nych pod­staw, by obar­czać wie­rzą­cych rodzi­ców odpo­wie­dzial­no­ścią za życie ich doro­słych dzie­ci, tak też jestem prze­ciw­ni­kiem dusz­pa­ster­skie­go napo­mi­na­nia przez star­szych i człon­ków zbo­ru poszcze­gól­nych współ­bra­ci i sio­stry za moral­ne posta­wy człon­ków ich rodzin, zarów­no ich żon, mężów, jak i doro­słych już dzie­ci będą­cych jed­no­cze­śnie człon­ka­mi kościo­ła. Takie posta­wy są nie tyl­ko wyni­kiem nie­zro­zu­mie­nia isto­ty zba­wie­nia i abso­lu­ty­za­cji prawd wia­ry doty­czą­cych roli ojca, odczy­ty­wa­nych w duchu sta­ro­żyt­ne­go patriar­chal­ne­go sys­te­mu rzym­skie­go, a tym samym zwal­nia­niem człon­ków jego rodzi­ny z odpo­wie­dzial­no­ści za ich moral­ne życie i zba­wie­nie przed współ­brać­mi i Bogiem[131], ale też pro­wa­dzą naj­czę­ściej do anta­go­ni­zo­wa­nia człon­ków rodzi­ny wobec sie­bie nawza­jem.

Następ­nym przy­kła­dem, nie mniej nie­bez­piecz­nym w swo­im moral­nym i ducho­wym wymia­rze, jest abso­lu­ty­stycz­ne odczy­ty­wa­nie tre­ści doty­czą­cych modli­twy w kon­tek­ście „czy­nie­nia wszyst­kie­go w sło­wie i w uczyn­ku w imie­niu Pana Jezu­sa, dzię­ku­jąc przez nie­go Bogu”[132]. Efek­tem są naj­czę­ściej demon­stra­cyj­ne, poka­zo­we modli­twy w miej­scach publicz­nych nad przy­sło­wio­wy­mi już loda­mi i ciast­ka­mi, nie mówiąc już o bra­ku tak­tu i dys­kre­cji, w myśl naucza­nia Chry­stu­sa w tym tema­cie, pod­czas towa­rzy­skich wizyt u innych współ­bra­ci, kie­dy to gość, nie licząc się z gospo­da­rzem w swo­jej nad­gor­li­wo­ści, narzu­ca mu modli­twę przed wypi­ciem kawy bądź osten­ta­cyj­nie też w tej swo­jej modli­twie wsta­wia się o zebra­nych w ich obec­no­ści, bo jest prze­cież napi­sa­ne, aby modlić się o sie­bie nawza­jem. Wymow­nym tego zja­wi­ska wyra­zem, by nie powie­dzieć, że prze­ja­wem reli­gij­nej gro­te­ski, w opar­ciu o takie abso­lu­ty­stycz­ne odczy­ty­wa­nie biblij­ne­go tek­stu doty­czą­ce­go poboż­no­ści w bło­go­sła­wie­niu wszyst­kich, w tym i naszych prze­śla­dow­ców, jest nie­ustan­ne, nie­kie­dy wręcz nachal­ne i nie­tak­tow­ne bło­go­sła­wie­nie wszyst­kich wko­ło, jak­by same­mu się było co naj­mniej apo­sto­łem Paw­łem. Przy­po­mi­nam tu przy oka­zji, że takich bło­go­sła­wieństw, poza tymi, któ­re w modli­twie i z ser­ca jeste­śmy win­ni wszyst­kim w komo­rze, powi­nien udzie­lać ktoś posia­da­ją­cy auto­ry­tet wyni­ka­ją­cy z jego służ­by i funk­cji, jaką ma wobec okre­ślo­nej wspól­no­ty bądź jed­nost­ki[133]. Jed­nym sło­wem wie­lu chrze­ści­jan zamiast być świe­cą, pod­wa­li­ną praw­dy i przy­kła­dem skrom­no­ści, sta­je się jedy­nie dla ota­cza­ją­cych ich ludzi kop­cą­cym kno­tem fary­zej­skiej ducho­wo­ści, nie mówiąc już o kwa­sie sadu­ce­uszy, któ­ry wyra­ża się w ducho­wej igno­ran­cji i pysze prze­ja­wia­ją­cej się w lek­ce­wa­że­niu swo­ich współ­bra­ci, poprzez przyj­mo­wa­nie wobec nich pater­na­li­stycz­nej roli i spro­wa­dza­nie ich do owiec potrze­bu­ją­cych szcze­gól­ne­go bło­go­sła­wień­stwa.

Istot­nym i spe­cy­ficz­nym ele­men­tem tej fary­zej­skiej ducho­wo­ści i „szcze­gól­no­ści” wobec innych jest sto­so­wa­nie przez poszcze­gól­ne jed­nost­ki i roz­ma­itych nauczy­cie­li nie­bi­blij­nej reto­ry­ki, swe­go rodza­ju nowo­mo­wy, będą­cej efek­tem poczu­cia szcze­gól­nych rela­cji z Bogiem, jak i wyż­szo­ści nad pozo­sta­ły­mi współ­brać­mi. Nowo­mo­wy, któ­ra poprzez takie stwier­dze­nia, jak: „Mam posel­stwo do Was” czy „Pan mi powie­dział” nada­je okre­ślo­nej wypo­wie­dzi nie tyl­ko zna­cze­nie mistycz­ne, ale i auto­ry­ta­tyw­ne, nie pod­le­ga­ją­ce już żad­nej wery­fi­ka­cji, nie mówiąc już o tym, że mówi też dużo o ducho­wo­ści i cha­rak­te­rze oso­by tak mówią­cej. Zwro­ty zaś: „czu­ję w ser­cu”, „ja tak myślę, tak uwa­żam”, „mam nie­po­kój czy pokój w tej spra­wie” bądź „mam takie prze­ko­na­nie od Pana” nie są wyni­kiem namy­słu i zro­zu­mie­nia isto­ty rze­czy, ale opie­ra­niem się na emo­cjach w duchu mic­kie­wi­czow­skie­go postu­la­tu: „czu­cie i wia­ra wię­cej mówi do mnie niż szkieł­ko i oko”. „Czu­cie i wia­ra”, a zatem wła­sne prze­ko­na­nia, uczu­cia w kon­tek­ście swo­je­go „JA”, nad­przy­ro­dzo­ny znak, nie zaś auto­ry­tet zewnętrz­ny wyra­ża­ją­cy się w sło­wach: „Napi­sa­ne jest”[134], nie reflek­sja, dystans do ota­cza­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści, sie­bie i wła­sne­go „JA”. Nie negu­ję tu oczy­wi­ście tych war­to­ści, któ­re mają swo­je biblij­ne pod­sta­wy, ale przy­po­mi­nam, że nie nale­ży „wyle­wać dziec­ka z kąpie­lą”, gdyż zarów­no „czu­cie i wia­ra”, by „widzieć dalej niż wzrok się­ga”, jak i „szkieł­ko i oko”, tj. ducho­wy roz­są­dek, są potrzeb­ne, jed­nym sło­wem te dwie płasz­czy­zny naszej per­cep­cji się nie wyklu­cza­ją[135]. Bo choć wia­ra, w biblij­nym rozu­mie­niu tego sło­wa, się­ga poza rozum, to jed­nak nie pozo­sta­je z nim w kon­flik­cie. Wie­rzy­my w Jezu­sa z Naza­re­tu, któ­ry w odróż­nie­niu od wie­lu tzw. bogów mito­lo­gii sta­ro­żyt­ne­go Wscho­du jest posta­cią histo­rycz­ną, żyją­cą w okre­ślo­nym cza­sie, któ­re­go też auto­rzy Nowe­go Testa­men­tu zna­li oso­bi­ście[136]. Wia­ra ta opie­ra się więc na świa­dec­twie ludzi, któ­rzy Go widzie­li i zna­li oraz zło­ży­li o Nim świa­dec­two, że żył, został ukrzy­żo­wa­ny i zmar­twych­wstał[137]. W opar­ciu o takie wła­śnie źró­dła histo­rycz­ne wie­rzy­my, że cesarz Otton III w roku tysięcz­nym przy­był do Gnie­zna zaś Bole­sław Chro­bry w roku 1025 został koro­no­wa­ny, sta­jąc się tym samym w rozu­mie­niu mu współ­cze­snych pierw­szym chrze­ści­jań­skim kró­lem Pol­ski. Mówiąc ina­czej, chrze­ści­jań­ska wia­ra w Chry­stu­sa rodzi się tak, jak każ­da inna, w opar­ciu o świa­dec­twa i dowo­dy doty­czą­ce okre­ślo­nej posta­ci, jej życia i czy­nów, któ­rych ona doko­na­ła w okre­ślo­nym cza­sie wobec świad­ków. Zatem wia­ra nasza nie jest śle­pa, nie opie­ra się na legen­dzie czy przy­po­wie­ści o kimś, kto jest posta­cią lite­rac­ką, jak kobie­ta szu­ka­ją­ca zagu­bio­nej drach­my czy syn mar­no­traw­ny bądź może Hiob i Jonasz, ale jest jak wia­ra w Alek­san­dra Wiel­kie­go czy Juliu­sza Ceza­ra, któ­ra rów­nież opie­ra się na ana­li­zie świa­dectw i prze­ka­zach ludzi żyją­cych w okre­ślo­nym cza­sie histo­rycz­nym[138]. Tym samym, jeśli Chry­stus naszej wia­ry róż­ni się od tego histo­rycz­ne­go, uka­za­ne­go nam na kar­tach Nowe­go Testa­men­tu i w kon­tek­ście też Sta­re­go Testa­men­tu, zatem całej Biblii, to wie­rzy­my już w inne­go Chry­stu­sa, Chry­stu­sa swo­ich wyobra­żeń bądź w Chry­stu­sa okre­ślo­ne­go wyzna­nia – reli­gii. Przy tym wia­ra w Jezu­sa z Naza­re­tu to wia­ra, nie tyl­ko w Jego ist­nie­nie, ale wia­ra w Nie­go jako w Chry­stu­sa i w Jego zmar­twych­wsta­nie[139]. Bo też, jak to apo­stoł Paweł ujął: „jeśli Chry­stus nie został wzbu­dzo­ny, darem­na jest wia­ra wasza; jeste­ście jesz­cze w swo­ich grze­chach. Zatem i ci, któ­rzy zasnę­li w Chry­stu­sie, pogi­nę­li. Jeśli tyl­ko w tym życiu pokła­da­my nadzie­ję w Chry­stu­sie, jeste­śmy ze wszyst­kich ludzi naj­bar­dziej poża­ło­wa­nia god­ni. A jed­nak Chry­stus został wzbu­dzo­ny z mar­twych i jest pier­wiast­kiem tych, któ­rzy zasnę­li. Sko­ro bowiem przy­szła przez czło­wie­ka śmierć, przez czło­wie­ka też przy­szło zmar­twych­wsta­nie. Albo­wiem jak w Ada­mie wszy­scy umie­ra­ją, tak też w Chry­stu­sie wszy­scy zosta­ną oży­wie­ni. A każ­dy w swo­im porząd­ku: jako pierw­szy Chry­stus, potem ci, któ­rzy są Chry­stu­so­wi w cza­sie jego przyj­ścia, potem nasta­nie koniec, gdy odda wła­dzę kró­lew­ską Bogu Ojcu, gdy znisz­czy wszel­ką zwierzch­ność oraz wszel­ką wła­dzę i moc”[140]. Wia­ra zatem powin­na opie­rać się przede wszyst­kim na zapi­sa­nym w Biblii Sło­wie Bożym ukry­tym w tre­ści histo­rii zba­wie­nia. Histo­rii opi­sa­nej za pomo­cą dostęp­nych dla nas środ­ków wyra­zu[141], przy tym mogą­cą być pozna­ną i pra­wi­dło­wo odczy­ta­ną tyl­ko w asy­ście Ducha, jak i w kon­tek­ście egzy­sten­cjal­ne­go doświad­cze­nia, tj. zmar­twych­wsta­nia Chry­stu­sa w nas poprzez zro­dze­nie się do nowe­go życia, tj. w nowym Ada­mie[142]. Powin­na więc wypły­wać bez­po­śred­nio z tek­stu biblij­ne­go, odczy­ty­wa­ne­go zgod­nie z ogól­nie przy­ję­ty­mi zasa­da­mi inter­pre­ta­cji, uwzględ­nia­ją­cy­mi całe Pismo jako natchnio­ne przez Boga. Przy tym powin­na opie­rać się na wewnętrz­nym doświad­cze­niu łaski Boga, któ­rej widocz­nym świa­dec­twem jest odro­dze­nie się okre­ślo­nej jed­nost­ki, wyra­ża­ją­ce się w odwró­ce­niu się jej od war­to­ści, jakie do momen­tu nawró­ce­nia się poprzez Sło­wo Boże i do tegoż Sło­wa zapi­sa­ne­go w Biblii zosta­ły jej prze­ka­za­ne i w niej ukształ­to­wa­ne w duchu tego świa­ta, tj. na sku­tek socja­li­za­cji zarów­no w dzie­ciń­stwie, jak i w wie­ku doj­rza­łym[143]. Tym samym to nie brak logi­ki czy racjo­nal­ne­go zro­zu­mie­nia isto­ty wia­ry powstrzy­mu­je ludzi przed wkro­cze­niem na dro­gę spo­łecz­no­ści z Bogiem, ale ich ukry­ta nie­pra­wość, przy tym nie­wdzięcz­ność[144] i duma, jak i chęć bycia jak Bóg[145].

Męż­czy­zna i kobie­ta. Poży­cie mał­żeń­skie i jego zna­cze­nie

Uwa­żam, że każ­da wspól­no­ta opie­ra­ją­ca swo­je naucza­nie o biblij­ne praw­dy wia­ry odno­śnie do isto­ty mał­żeń­stwa rozu­mie, że seks mał­żeń­ski nie może być uwię­zio­ny w wędzi­dłach asce­tycz­nej wia­ry umar­twia­ją­cej cia­ło, a więc mają­cej powścią­gnąć uczu­cia i unie­sie­nie, jakie rodzi zbli­że­nie sek­su­al­ne dwoj­ga żyją­cych ze sobą ludzi, któ­re w połą­cze­niu z ich uczu­ciem i bli­sko­ścią w zamia­rze Boga mia­ło być nie tyl­ko fun­da­men­tem ich nie­zwy­kłe­go przy­wią­za­nia do sie­bie[146] w mono­ga­micz­nym związ­ku, ale i obra­zem Boga[147]. Inny­mi sło­wy Bóg w tej tajem­ni­cy zjed­no­cze­nia się obu płci, jak i w akcie stwo­rze­nia czło­wie­ka jako męż­czy­zny i kobie­ty wyra­ża sie­bie same­go poprzez obec­ność tych dwóch pier­wiast­ków męskie­go i żeń­skie­go w Jego stwo­rze­niu, a któ­rą to też tajem­ni­cę Paweł odno­si do wię­zi Chry­stu­sa i Kościo­ła[148]. Zachwyt zaś Ada­ma na widok Ewy, któ­rą okre­ślił jako „cia­ło z cia­ła swe­go” jest niczym innym jak wypły­wa­ją­cym z aktu stwo­rze­nia jego natu­ral­nym pra­gnie­niem połą­cze­nia się w jed­no cia­ło z kimś, kto był jak on wyra­zem obja­wie­nia się Boga w akcie stwo­rze­nia. Ta tajem­ni­ca wię­zi Chry­stu­sa i Kościo­ła, jak i ten zachwyt Ada­ma na widok Ewy, ma swo­je głę­bo­kie uza­sad­nie­nie wyra­żo­ne w cie­le męż­czy­zny i kobie­ty, któ­re to cia­ła są dzie­łem Stwór­cy.

Nasze cia­ła nie są tyl­ko zbio­rem funk­cji, lecz wyra­ża­ją w spo­sób widzial­ny zarów­no to miste­rium wię­zi Chry­stu­sa i Kościo­ła, jak i wewnętrz­ną część naszej isto­ty, tj. nasze­go „JA”. Narzą­dy płcio­we męż­czy­zny są na zewnątrz. Pod­czas aktyw­no­ści sek­su­al­nej i pod­nie­ce­nia uno­szą się w kie­run­ku prze­ciw­nym do jego cia­ła, w momen­cie zaś kul­mi­na­cyj­nym (orgazm) wyda­la­ją nasie­nie. To zaś ozna­cza, że doko­ny­wa­ne przez nie­go akty skie­ro­wa­ne są na zewnątrz, jego psy­chi­ka zogni­sko­wa­na jest na tym, co jest poza nim. Męż­czy­zna szyb­ko reagu­je na bodź­ce wzro­ko­we. Pod­nie­ce­nie sek­su­al­ne może spo­wo­do­wać u nie­go tyl­ko sam widok kobie­ty, szcze­gól­nie gdy wyczu­wa, że jest nim zain­te­re­so­wa­na. Ma on duże moż­li­wo­ści pano­wa­nia nad aktyw­no­ścią sek­su­al­ną, może ją szyb­ko zaini­cjo­wać i nagle zatrzy­mać. Jego jed­nak speł­nie­nie jest krót­ko­trwa­łe i szyb­ko prze­mi­ja. Sym­bo­li­zu­je tym samym, że ma on na płasz­czyź­nie psy­chicz­nej skłon­ność raczej do dzia­ła­nia niż do kon­tem­pla­cji tego, co przy­cią­ga jego uwa­gę.

W związ­ku z tym męż­czy­zna będzie nawią­zy­wał sil­ne rela­cje ze świa­tem zewnętrz­nym i poza swo­ją rodzi­ną, któ­ra dla nie­go jest psy­cho­lo­gicz­nie czymś zewnętrz­nym, jest dla nie­go czę­ścią jego życia, ale nie jest dla nie­go wszyst­kim. Rodzi­na raczej posze­rza go w cza­sie i prze­strze­ni, powięk­sza jego zasięg wpły­wów i daje mu moż­li­wo­ści do dzia­ła­nia. Może on też dać począ­tek wię­cej niż jed­nej rodzi­nie, może pło­dzić dzie­ci, któ­rych egzy­sten­cja mało go inte­re­su­je. Z dru­giej stro­ny budo­wa jego cia­ła sprzy­ja podej­mo­wa­niu nie­bez­piecz­nych dzia­łań oraz umoż­li­wia mu szyb­kie reago­wa­nie na zagro­że­nia. Czu­je on też potrze­bę tego dzia­ła­nia, by nie­za­leż­nie, gdzie żyje i na jakim polu przy­szło mu dzia­łać, zro­bić ze swo­ich moż­li­wo­ści peł­ny uży­tek. To on jest tym, któ­ry budu­je świat. Dla­te­go też pod­sta­wą jego świa­ta wewnętrz­ne­go jest inte­lekt. Uży­wa on umy­słu, aby świat zro­zu­mieć i móc na nie­go wpły­wać jak i zmie­niać go. Swo­imi zmy­sła­mi i umy­słem chwy­ta nie tyl­ko świat zewnętrz­ny, ale i uczu­cia sek­su­al­ne. Przy tym jeden męż­czy­zna może zapłod­nić wie­le kobiet. Pozo­sta­wio­ny z tysią­cem kobiet jest w sta­nie wzbu­dzić dzie­ci w każ­dej z nich. Toteż spo­łe­czeń­stwo nie potrze­bu­je poje­dyn­cze­go męż­czy­zny tak, jak potrze­bu­je poje­dyn­czej kobie­ty. Może ono pozwo­lić sobie na posy­ła­nie go na woj­nę po to, by bro­nił pozo­sta­wio­nych w domach kobiet i dzie­ci, nawet za cenę jego życia. Męż­czy­zna jest zatem nie tyl­ko tym, któ­ry two­rzy i budu­je świat, ale też tym, z któ­re­go moż­na zło­żyć ofia­rę krwi, by zapew­nić życie kobie­tom i dzie­ciom.

Cia­ło kobie­ty jest zupeł­nie inne. Jej narzą­dy płcio­we są wewnątrz niej i są zakry­te. Jej reak­cja sek­su­al­na wzbu­dzo­na jest przede wszyst­kim przez dotyk. Przy tym jest dużo wol­niej­sza niż u męż­czy­zny. Wol­niej zacho­dzi u niej nara­sta­nie pobu­dze­nia jak i jego ustą­pie­nie. Wewnętrz­ność narzą­dów płcio­wych kobie­ty, jak i prze­dłu­że­nie skut­ków pobu­dze­nia i współ­ży­cia sek­su­al­ne­go w cie­le kobie­ty jest odzwier­cie­dle­niem jej wewnętrz­nej psy­chi­ki, kon­tem­plu­ją­cej to prze­ży­cie w sfe­rze uczuć i w umy­śle. W głę­bi jej cia­ła jest prze­strzeń, któ­ra może zostać wypeł­nio­na przez inna oso­bę, gdy więc doj­dzie do poczę­cia, prze­dłu­ża się u niej ta sfe­ra wewnętrz­nej kon­tem­pla­cji uczu­cia do dru­giej oso­by. Z powo­du tej wewnętrz­nej prze­strze­ni, otwar­tej na tajem­ni­cę innej oso­by, świat kobie­ty nie tkwi w jej umy­śle, mimo jej bły­sko­tli­wo­ści i spraw­no­ści inte­lek­tu­al­nej, lecz przede wszyst­kim zako­rze­nio­ny jest w jej łonie i jego otwar­to­ści na nasie­nie męż­czy­zny i na dziec­ko – nowe życie. Przy tym nie­przy­sto­so­wa­nie cia­ła kobie­ty do podej­mo­wa­nia wal­ki fizycz­nej sym­bo­li­zu­je, na pozio­mie psy­chicz­nym, dąże­nie kobie­ty do zwią­za­nia się z męż­czy­zną, od któ­re­go ocze­ku­je opie­ki i poczu­cia bez­pie­czeń­stwa.

W tym akcie stwo­rze­nia i płcio­wo­ści czło­wie­ka znaj­du­je­my też sym­bo­li­kę w nago­ści cia­ła pierw­szych rodzi­ców. Obo­je byli nadzy, lecz nie odczu­wa­li wsty­du wobec sie­bie i Boga. Nagość wobec dru­gie­go jest czymś wię­cej niż tyl­ko odkry­ciem cia­ła, sym­bo­li­zu­je ona ducho­we otwar­cie się na sie­bie, jak i wyra­ża intym­ną rela­cję i zaufa­nie do sie­bie nawza­jem. Inny­mi sło­wy nagość ta ozna­cza nie­skry­wa­nie swo­je­go praw­dzi­we­go „JA”. Jed­no­cze­śnie w tej nago­ści obie oso­by wyra­ża­ją akcep­ta­cję samych sie­bie w obli­czu Boga i sie­bie nawza­jem, nie­za­leż­nie od tego, jakie wady mogły by się przy tym ujaw­nić ich. Tyl­ko w takiej otwar­to­ści i pojed­na­niu moż­na stać przed swo­im mężem lub żoną bez naj­mniej­sze­go zawsty­dze­nia. By jed­nak w naszym upa­dłym sta­nie już poza Ede­nem zdo­być się na nagość, zarów­no w wymia­rze ducho­wym, jak i fizycz­nym, koniecz­na jest poko­ra i zaufa­nie do Boga, że przy­jął naszą poku­tę i nas uspra­wie­dli­wił przez i w Chry­stu­sie, jak i do part­ne­ra, któ­ry wyzbył się swo­jej spra­wie­dli­wo­ści, któ­rą wyra­ża sym­bo­licz­nie liść figo­wy Ada­ma i Ewy.

Ona musi być pew­na, że mąż zaak­cep­tu­je ją taką, jaka jest, bez wzglę­du na wszyst­kie ducho­we i fizycz­ne nie­do­sko­na­ło­ści, bra­ki lub wady w jego oczach, bo prze­cież nie Boga, któ­ry jej dał życie. Z kolei on musi być zdol­ny do ofia­ro­wa­nia się jej takim, jaki jest w swej męsko­ści, bez uda­wa­nia i gry, że jest kimś innym niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. Zatem każ­de z nich sta­je przed sobą jako oso­bi­sty dar od Boga. Toteż każ­de z nich ma nie tyl­ko sza­no­wać sie­bie nawza­jem poprzez miłość, ale i wiel­bić w tej miło­ści Boga, ponie­waż On jest daw­cą tego daru. Tyl­ko jako zjed­no­cze­ni ze sobą mogą odkryć, on – co to zna­czy być męż­czy­zną, ona – co to zna­czy być kobie­tą. W tym też wła­śnie tkwi zwią­zek i zjed­no­cze­nie się męż­czy­zny i kobie­ty, jak i isto­ta zale­ceń apo­sto­ła Paw­ła, by „mężo­wie miło­wa­li żony” i „żony były pod­da­ne mężom swo­im”[149].

Męż­czy­zna, któ­ry praw­dzi­wie kocha swo­ją żonę, zaspo­ka­ja jej potrze­bę bycia kobie­tą, potrze­bę bez­pie­czeń­stwa pły­ną­ce­go ze sta­łej i wier­nej wobec niej miło­ści[150]. Kobie­ta, któ­ra jest posłusz­na swe­mu mężo­wi, zaspo­ka­ja jego potrze­bę prze­wo­dze­nia, dzię­ki cze­mu jest on w sta­nie w peł­ni zaak­cep­to­wać swo­ją odpo­wie­dzial­ność za rodzi­nę. Swo­im posłu­szeń­stwem spra­wia ona, że jest on zdol­ny do bycia sta­łym w tym zobo­wią­za­niu wobec niej w miło­ści i dzię­ki temu może odrzu­cić poku­sę ze świa­ta zewnętrz­ne­go[151]. Kie­dy kobie­ta nie uzna­je tej roli męż­czy­zny, okra­da go z roli, jaką powi­nien on peł­nić w jej życiu, czy­li zaspo­ko­ić jej pra­gnie­nia w miło­ści. Rów­nież mąż, któ­ry nie sta­ra się oka­zać miło­ści swo­jej żonie poprzez akt zjed­no­cze­nia, spra­wia, że trud­no jest jej uznać jego przy­wódz­two. Brak zro­zu­mie­nia tych odmien­no­ści psy­cho­fi­zycz­nych w rela­cjach mię­dzy męż­czy­zną a kobie­tą nie­jed­no­krot­nie jest powo­dem wie­lu nie­po­ro­zu­mień w rela­cjach mał­żeń­skich.

Przy tym zacho­wa­nia sek­su­al­ne sym­bo­li­zu­ją miłość oraz potrze­bę wza­jem­nej wię­zi mię­dzy męż­czy­zną i kobie­tą, wyra­żo­ną w ich odmien­no­ści płcio­wej. Ini­cja­ty­wę do tego współ­ży­cia sek­su­al­ne­go na ogół przej­mu­je męż­czy­zna, ale dzie­je się to w odpo­wie­dzi na fizycz­ną obec­ność i przy­cią­ga­nie kobie­ty. Ona zaś odpo­wia­da na jego pobu­dze­nie swo­im wła­snym. Pod­czas, gdy on wni­ka w jej cia­ło, ona pod­da­je się i otwie­ra na nie­go, pozwa­la­jąc mu tym samym wziąć się w posia­da­nie. Przy­zwa­la­jąc na jego aktyw­ność, ona rów­nież w spo­sób aktyw­ny dąży do tego, by wydo­być z nie­go nasie­nie. On nato­miast pozna­jąc ją, pra­cu­je nad tym, by zagłę­bia­jąc się w jej cia­ło wpro­wa­dzić je do jej wnę­trza. Ini­cja­ty­wa męż­czy­zny i odda­nie mu się kobie­ty nie doty­czą jedy­nie sfe­ry fizycz­nej, ale rów­nież psy­chicz­nej i ducho­wej.

Domi­na­cja męż­czy­zny, któ­rą obra­zu­je wni­ka­nie w jej cia­ło i bra­nie jej w posia­da­nie, nie jest tyl­ko wyra­zem siły fizycz­nej, ale posta­wą umy­słu, poprzez któ­ry pozna­je ją jako „cia­ło z cia­ła swe­go”. Męż­czy­zna, wni­ka­jąc w cia­ło kobie­ty, sku­pia na niej całą swo­ją aktyw­ność i uwa­gę. Wszyst­ko, co w sobie ma, daje jej, całą męskość. Jest nią zafa­scy­no­wa­ny. Pra­gnie jej. Chce ją ochra­niać i posia­dać, wzbu­dza to w nim odpo­wie­dzial­ność i sil­ne pod­sta­wy sta­łe­go przy­wią­za­nia. Rów­nież kobie­ta, oka­zu­jąc swą ule­głość i wraż­li­wość w odda­niu się, kon­cen­tru­je swą uwa­gę na męż­czyź­nie, wyra­ża­jąc tym, że jej trwa­łą psy­cho­lo­gicz­ną potrze­bą jest bycie z nim[152], jak i dąże­nie do tego, by wydo­być z nie­go wszyst­ko, co naj­lep­sze. Nie tyl­ko z jego cia­ła, ale ze wszyst­kich pozio­mów jego isto­ty. Chce ona, podob­nie jak on, z ich związ­ku dać nie tyl­ko nowe życie, ale też wyra­zić tę potrze­bę i tęsk­no­tę do miło­ści, do zjed­no­cze­nia się.

Nie­wąt­pli­wie naj­bar­dziej oczy­wi­stym aspek­tem tego zjed­no­cze­nia sek­su­al­ne­go męż­czy­zny i kobie­ty jest przy­jem­ność, jaką ono im daje. Jed­nak ta fizycz­na roz­kosz tak moc­no i inten­syw­nie odczu­wa­na w cie­le, jak i unie­sie­nie jej towa­rzy­szą­ce, sym­bo­li­zu­je coś, co jest ponad tym dozna­niem i jak­by wyra­ża coś głęb­sze­go, nie tyl­ko w tym cie­le­snym wymia­rze. Bo też przy­jem­ność, otrzy­my­wa­na w trak­cie współ­ży­cia sek­su­al­ne­go, jak i dawa­na, pocho­dzi od dru­giej oso­by i poprzez nią. Fakt, że sto­su­nek sek­su­al­ny jest czymś, co prze­ży­wa się razem z dru­gim, jest też pod­sta­wą trwa­łe­go związ­ku mię­dzy męż­czy­zną i kobie­tą. Daje on im radość, gdy naj­bar­dziej uko­cha­na przez męż­czy­znę oso­ba przyj­mu­je go poprzez swe narzą­dy płcio­we, tym samym pozwa­la­jąc mu zaspo­ko­ić jego pra­gnie­nie. To speł­nie­nie prze­ży­wa­ne przez jed­ną z osób nie pocho­dzi z izo­la­cji i kon­cen­tra­cji tyl­ko na swo­im cie­le, ale jest to radość umy­słu i ser­ca, w któ­rej zaspo­ko­je­nie dru­giej oso­by sta­je się naszym wła­snym.

Ten dar kobie­ty z samej sie­bie zło­żo­ny męż­czyź­nie, jak i jego dar z same­go sie­bie dla niej, jest darem nie tyl­ko fizycz­nym, ale psy­chicz­nym, czymś, co spra­wia, że akt ten jest wyra­zem tajem­ni­cy ukry­tej w stwo­rze­niu i tej odmien­no­ści płci. Przy tym ta domi­na­cja i ini­cja­ty­wa męż­czy­zny wobec kobie­ty jest obra­zem Tego, któ­ry go stwo­rzył, a któ­ry też poprzez swo­je Sło­wo podej­mu­je ini­cja­ty­wę wobec ludzi wkra­cza­jąc w ich życie, tak jak męż­czy­zna w życie kobie­ty dając jej swo­je nasie­nie, z któ­re­go w zjed­no­cze­niu ze sobą powo­łu­ją życie. Toteż tak jak nasie­nie męż­czy­zny rodzi we wnę­trzu kobie­ty nowe życie, tak też Boże Sło­wo rodzi nowe­go czło­wie­ka.

Inny­mi sło­wy to płcio­we doświad­cze­nie i zjed­no­cze­nie się męż­czy­zny i kobie­ty jest sym­bo­lem wię­zi mię­dzy Bogiem a ludź­mi, któ­rym daje On swo­je nasie­nie, tj. Sło­wo. Jest też obra­zem potrze­by czło­wie­ka oraz jego tęsk­no­ty do bycia z Tym, od któ­re­go pocho­dzi, i któ­ry go stwo­rzył, bo też pocho­dzi jak­by z Jego isto­ty, tak jak Ewa pocho­dzi od Ada­ma, tak też męż­czy­zna został stwo­rzo­ny na obraz Boga. Bo też Bóg, tak jak męż­czy­zna kobie­cie, daje ludz­ko­ści poprzez wcie­le­nie się Sło­wa same­go sie­bie. Tym wszyst­kim zaś z ludzi odpo­wia­da­ją­cym na tę ini­cja­ty­wę Boga i przyj­mu­ją­cym Jego Sło­wo, daje pra­wo stać się dzieć­mi Boży­mi.

Inny­mi sło­wy, spo­sób, w jaki męż­czy­zna prze­ka­zu­je kobie­cie nasie­nie, oraz odda­wa­nie mu przez kobie­tę tego, co jest ukry­te głę­bo­ko w jej wnę­trzu, opi­su­je nie tyl­ko realia bio­lo­gicz­ne, ale i ducho­we, któ­re w szer­szym sen­sie teo­lo­gicz­nym odda­ją wła­śnie tę rela­cję mię­dzy Bogiem a tymi, któ­rzy Go przy­ję­li. Tymi, któ­rzy sta­ją się Jego oblu­bie­ni­cą – Kościo­łem, przez to nasie­nie Sło­wa Boże­go, z któ­re­go rodzą się dzie­ci Boże: „Jest bowiem napi­sa­ne: Raduj się, nie­płod­na, któ­ra nie rodzisz, wydaj okrzyk rado­ści i wesel się gło­śno, ty, któ­ra nie znasz bólów poro­do­wych, bo wię­cej dzie­ci ma opusz­czo­na niż ta, któ­ra ma męża. Wy zaś, bra­cia, podob­nie jak Iza­ak, dzieć­mi obiet­ni­cy jeste­ście”[153]. Mamy w tym związ­ku męż­czy­zny i kobie­ty tajem­ni­cę zba­wie­nia ukry­tą zarów­no w pro­ce­sie prze­ka­zy­wa­nia życia w Ada­mie, jak i też w akcie poczę­cia nowe­go życia przez i w Chry­stu­sie. Przy tym ten akt zjed­no­cze­nia pozo­sta­je zawsze sym­bo­licz­nym wyra­zem pra­gnie­nia wciąż głęb­szej emo­cjo­nal­nej i ducho­wej jed­no­ści.

Bo też żaden męż­czy­zna nie jest w sta­nie dać swo­jej żonie całe­go sie­bie. Podob­nie żad­na kobie­ta nie może oddać całej sie­bie swo­je­mu mężo­wi. Żad­ne też z nich nie ma sie­bie na wła­sność. Tyl­ko Bóg może wziąć jakąś oso­bę w cał­ko­wi­te posia­da­nie nie nisz­cząc jej i nie degra­du­jąc. Dwie isto­ty ludz­kie nigdy nie mogą się tak zjed­no­czyć, by stać się jed­nym. Wyni­ka to z same­go fak­tu, że nie­moż­li­we jest sto­pie­nie się dwóch ludz­kich ciał. Przy tym nasz part­ner jest zawsze ogra­ni­czo­ną isto­tą ludz­ką i może nie być w sta­nie albo nie chcieć nam dać tych doznań wypły­wa­ją­cych z aktu zjed­no­cze­nia się bądź też przyj­mo­wać tych, któ­re mu chce­my ofia­ro­wać. Każ­da zaś pró­ba prze­kro­cze­nia tego nie­moż­li­we­go powo­du­je jedy­nie ból. To fizycz­ne oddzie­le­nie w zjed­no­cze­niu jest sym­bo­lem tego, co zacho­dzi na pozio­mie psy­chicz­nym i w sfe­rze tych naj­głęb­szych doznań w cie­le, ale też i prze­kra­cza­ją­cych to dozna­nie w cie­le w wymiar nam nie­do­stęp­ny, jak­by trans­cen­dent­ny w swej isto­cie.

W trak­cie same­go aktu sek­su­al­ne­go poja­wia się świa­do­mość, że w grun­cie rze­czy każ­dy jest sam, nawet w chwi­li naj­bar­dziej intym­ne­go zjed­no­cze­nia z dru­gim. Miłość, któ­rą chce­my wyra­zić, jest nie­ade­kwat­na do miło­ści Boga. Żad­na miłość do stwo­rze­nia nie może zająć miło­ści do Boga. Ta samot­ność, o któ­rej tu mowa, jest więc sama w sobie swo­istym sym­bo­lem otwar­to­ści jed­nost­ki na Boga, któ­ry jest też w tym akcie nie tyl­ko tym, któ­ry daje nowe życie, ale i tym, kto jako jedy­ny może i potra­fi w peł­ni zaspo­ko­ić tę nie­speł­nio­ną do koń­ca miłość w unie­sie­niu i zjed­no­cze­niu się w cie­le oboj­ga ludzi, któ­re prze­no­si ich jak­by poza nich samych. To fizycz­ne zjed­no­cze­nie pozo­sta­je zawsze sym­bo­licz­nym wyra­zem pra­gnie­nia wciąż głęb­szej wię­zi ducho­wej, sta­wia nas w cią­głej potrze­bie poszu­ki­wa­nia tej miło­ści. Jeste­śmy więc, jako męż­czy­zna i kobie­ta, zapro­sze­ni poprzez dru­gą oso­bę w akcie zjed­no­cze­nia się do poszu­ki­wa­nia tej peł­ni miło­ści, jaką może­my osią­gnąć tyl­ko w zjed­no­cze­niu się z Bogiem. Ta ukry­ta treść w zjed­no­cze­niu się męż­czy­zny i kobie­ty, sym­bo­li­zu­ją­ca zwią­zek mał­żeń­ski, oświe­tla sens naszej aktyw­no­ści sek­su­al­nej, spra­wia­jąc, że rze­czy nie­do­stęp­ne i nie­wi­dzial­ne sta­ją się dla nas dostęp­ne i widzial­ne; są one jed­nak dostęp­ne i widzial­ne tyl­ko dla tych, któ­rzy pozna­li ich osta­tecz­ne zna­cze­nie przez wia­rę przez i w Chry­stu­sie.

Taka głę­bo­ka więź męż­czy­zny i kobie­ty, wol­na od liścia figo­we­go ludz­kiej spra­wie­dli­wo­ści, moż­li­wa jest tyl­ko w Chry­stu­sie, tj. w miło­ści wol­nej od ego­cen­try­zmu, ego­izmu i pychy obu part­ne­rów. Moż­li­wa też jest tyl­ko w sta­łym związ­ku jed­ne­go męż­czy­zny i jed­nej kobie­ty. Bo tyl­ko w takim związ­ku może zacho­dzić peł­ne zaufa­nia pozna­wa­nie się part­ne­rów nawza­jem poprzez cią­gły pro­ces budo­wa­nia wza­jem­nych rela­cji, zarów­no w wymia­rze ducho­wym, jak i fizycz­nym, intym­nym. Tyl­ko w takim związ­ku nie ma nic doraź­ne­go czy przy­pad­ko­we­go, wszyst­ko, co się w nim dzie­je, ma dal­sze kon­se­kwen­cje. Inny­mi sło­wy, męż­czy­zna i kobie­ta w mał­żeń­stwie, na sku­tek cią­głe­go doświad­cza­nia sie­bie i posia­da­nia sie­bie nawza­jem w tym psy­cho­fi­zycz­nym wymia­rze swo­jej sek­su­al­no­ści, mogą w peł­ni osią­gnąć swo­bo­dę wza­jem­ne­go odda­nia się sobie poprzez wyeli­mi­no­wa­nie u sie­bie i swo­je­go part­ne­ra natu­ral­ne­go wsty­du, wyni­ka­ją­ce­go z bra­ku akcep­ta­cji same­go sie­bie jak i lęku przed oce­ną tej dru­giej oso­by, z któ­rą wcho­dzi się w rela­cje intym­ne, i przed któ­rą też nic nie moż­na ukryć, jeśli w peł­ni chce się osią­gnąć to zjed­no­cze­nie w wymia­rze psy­cho­fi­zycz­nym.

Toteż oso­ba będą­ca w mał­żeń­stwie i jed­no­cze­śnie wcho­dzą­ca w intym­ne rela­cje z kimś będą­cym poza tym sta­łym związ­kiem nie tyl­ko zdra­dza swo­je­go dotych­cza­so­we­go part­ne­ra, odkry­wa­jąc jego nagość poprzez odda­nie się fizycz­ne i psy­chicz­ne innej oso­bie, ale doko­nu­je pro­fa­na­cji tych dotych­cza­so­wych intym­nych rela­cji i wię­zi. Burzy zaufa­nie i isto­tę tego wza­jem­ne­go odda­nia się mał­żon­ków w wymia­rze psy­cho­fi­zycz­nym. Cudzo­łó­stwo ma cha­rak­ter nie tyl­ko fizycz­ny, ale i duchowo‐emocjonalny, jest obna­że­niem i upo­ko­rze­niem swo­je­go dotych­cza­so­we­go part­ne­ra przed oso­bą, z któ­rą się go zdra­dza, jest poka­zy­wa­niem nago­ści swo­je­go męża bądź żony w ana­lo­gicz­ny spo­sób jak uczy­nił to Cham wobec swo­je­go ojca. Nie mówiąc już o tym, że cudzo­łó­stwo nisz­czy wza­jem­ne zaufa­nie i otwie­ra­nie się mał­żon­ków na sie­bie w tym peł­nym zjed­no­cze­niu, zarów­no w wymia­rze ducho­wym, jak i fizycz­nym, a w kon­se­kwen­cji pro­wa­dzi do zamknię­cia się part­ne­rów na sie­bie, tj. do ponow­ne­go zakła­da­nia w rela­cji do sie­bie tego przy­sło­wio­we­go liścia figo­we­go ludz­kiej spra­wie­dli­wo­ści.

Tym samym złą­cze­nie się jed­ne­go męż­czy­zny i jed­nej kobie­ty było i jest w naucza­niu apo­stol­skim nie tyl­ko wolą Boga, ale i wyra­zem nie­ro­ze­rwal­no­ści tego związ­ku wyni­ka­ją­ce­go z aktu stwo­rze­nia, do któ­rej to nie­ro­ze­rwal­no­ści i woli Boga Chry­stus się odwo­łał w kon­tek­ście zapy­ta­nia Go przez współ­cze­snych mu Żydów o moż­li­wo­ści ewen­tu­al­ne­go zerwa­nia tego związ­ku „dla każ­dej przy­czy­ny”. Kie­dy sobie jed­nak uświa­do­mi­my, że isto­tą związ­ku męż­czy­zny i kobie­ty nie jest tyl­ko pro­kre­acja, jak naucza­li nie­któ­rzy sta­ro­żyt­ni bisku­pi i reli­gij­ni myśli­cie­le czy też współ­cze­śni nam kazno­dzie­je, ale też i sym­bo­li­ka rela­cji Boga do czło­wie­ka oraz, jak wyni­ka z aktu stwo­rze­nia i z tre­ści naucza­nia biblij­ne­go, unik­nię­cie samot­no­ści, a w kon­se­kwen­cji i roz­pu­sty na sku­tek natu­ral­ne­go pocią­gu do sie­bie ludzi o odmien­nej płci[154], zro­zu­mie­my też sens odpo­wie­dzi Chry­stu­sa, jakiej udzie­lił Żydom, jak i Jego sto­su­nek do mał­żeń­stwa jako sym­bo­lu rze­czy­wi­sto­ści ducho­wej, ale i insty­tu­cji docze­snej mają­cej zapo­biec roz­wią­zło­ści.

Ta wyra­żo­na przez Chry­stu­sa idea mał­żeń­stwa, ukry­ta w akcie stwo­rze­nia, mówią­ca o sta­łym związ­ku jed­ne­go męż­czy­zny i jed­nej kobie­ty, jak i sta­ro­te­sta­men­to­we pra­wo regu­lu­ją­ce zasa­dy współ­ży­cia sek­su­al­ne­go, w tym i zasa­dy roz­wo­du, mia­ły na celu, w kon­tek­ście upa­dłej natu­ry czło­wie­ka, nie dopu­ścić do nie­kon­tro­lo­wa­nych kon­tak­tów sek­su­al­nych, a tym samym i do roz­pu­sty w Izra­elu i w Koście­le. Toteż dla sta­ro­te­sta­men­to­wych Żydów jak i dla apo­stol­skie­go chrze­ści­jań­stwa zwią­zek jed­nej kobie­ty i jed­ne­go męż­czy­zny był zale­ga­li­zo­wa­ną for­mą zaspo­ko­je­nia tego natu­ral­ne­go popę­du wobec odmien­nej płci, jak i płasz­czy­zną wza­jem­ne­go współ­ży­cia ze sobą w tej intym­nej sfe­rze, będą­cej wyra­zem ducho­wych tre­ści[155], ale i emo­cjo­nal­nej wię­zi oboj­ga ludzi two­rzą­cych zwią­zek mał­żeń­ski[156].

To w tym wła­śnie kon­tek­ście natu­ral­ne­go popę­du, będą­ce­go skut­kiem aktu stwo­rze­nia, Pismo napo­mi­na wyznaw­ców JAHWE, by zacho­wy­wa­li wyso­kie nor­my moral­ne w postę­po­wa­niu z płcią prze­ciw­ną, w celu unik­nię­cia nie­bez­piecz­nych, ego­istycz­nych i przy­pad­ko­wych powią­zań sek­su­al­nych, prze­strze­ga­jąc jed­no­cze­śnie przed kon­tak­ta­mi z oso­ba­mi, któ­re mogą stwa­rzać dwu­znacz­ne dla nich sytu­acje[157]. Rów­nież apo­stoł Paweł z wiel­ką tro­ską oraz w auto­ry­te­cie apo­stol­skim zwra­ca uwa­gę chrze­ści­ja­nom, by celo­wa­li w skrom­no­ści, wyra­ża­ją­cej się zarów­no w ogól­nej posta­wie, jak i w ubio­rze, nie tyl­ko w związ­ku z uczest­nic­twem w litur­gii, tj. zbie­ra­nia się wspól­nie męż­czyzn i kobiet w obli­czu Boga, ale też i w bez­po­śred­nich kon­tak­tach, któ­re powin­ny być nace­cho­wa­ne wza­jem­ną odpo­wie­dzial­no­ścią wobec płci prze­ciw­nej poprzez zacho­wa­nie nie­zbęd­nych zasad przy­zwo­ito­ści[158]. Bo też Sło­wo Boże w kon­tek­ście tej natu­ral­nej sek­su­al­no­ści, wyni­ka­ją­cej z aktu stwo­rze­nia, uzna­je za nie­wła­ści­we wszel­kie­go rodza­ju współ­ży­cie, któ­re Deka­log okre­śla jako cudzo­łó­stwo bądź pożą­da­nie innej oso­by płci prze­ciw­nej, będą­cej poza związ­kiem mał­żeń­skim bądź też będą­cej w związ­ku mał­żeń­skim z inną oso­bą[159], jak i wszel­kie­go rodza­ju współ­ży­cie prze­ciw­ne temu, jakie Bóg w akcie stwo­rze­nia usta­lił dla męż­czy­zny i kobie­ty. Zatem Biblia, a wraz z nią Kościół apo­stol­ski, potę­pia­ła cudzo­łó­stwo, któ­rym nie­wąt­pli­wie był i jest też roz­wód[160] prze­pro­wa­dzo­ny bez uza­sad­nio­nej biblij­nie przy­czy­ny[161], jak i wszel­kie­go rodza­ju sto­sun­ki sek­su­al­ne osób nie będą­cych ze sobą w sta­łym związ­ku[162] lub sto­sun­ki ze zwie­rzę­ta­mi[163] bądź z dzieć­mi, czy oso­ba­mi tej samej płci[164].

W tra­dy­cji moral­nej Izra­ela, a tym samym i u pierw­szych chrze­ści­jan, mał­żeń­stwo było wyłącz­ną insty­tu­cją upraw­nia­ją­cą do natu­ral­nej aktyw­no­ści sek­su­al­nej, i do tych to wła­śnie war­to­ści moral­nych nie­wąt­pli­wie nawią­zu­je apo­stoł Paweł w swo­im naucza­niu, doty­czą­cym potrze­by współ­ży­cia oboj­ga ludzi odmien­nych płci, w nastę­pu­ją­cych sło­wach: „A teraz o czym pisa­li­ście: Dobrze jest, jeże­li męż­czy­zna nie doty­ka kobie­ty; jed­nak ze wzglę­du na nie­bez­pie­czeń­stwo wsze­te­czeń­stwa, nie­chaj każ­dy ma swo­ją żonę i każ­da nie­chaj ma wła­sne­go męża. Mąż nie­chaj odda­je żonie, co jej się nale­ży, podob­nie i żona mężo­wi. Nie żona roz­po­rzą­dza wła­snym cia­łem, lecz mąż; podob­nie nie mąż roz­po­rzą­dza wła­snym cia­łem, lecz żona. Nie stroń­cie od współ­ży­cia z sobą, chy­ba za wspól­ną zgo­dą do pew­ne­go cza­su, aby oddać się modli­twie, a potem zno­wu podej­muj­cie współ­ży­cie, aby was sza­tan nie kusił z powo­du nie­po­wścią­gli­wo­ści waszej”[165]. Tekst ten jest świa­dec­twem nie tyl­ko wiel­kiej mądro­ści apo­sto­ła Paw­ła, ale i jego głę­bo­kiej świa­do­mo­ści o ewen­tu­al­nych zagro­że­niach zwią­za­nych z sek­su­al­no­ścią czło­wie­ka i to zarów­no wów­czas, kie­dy zale­ca chrze­ści­ja­nom uni­ka­nie nie­bez­piecz­nych sytu­acji poprzez „uciecz­kę od wsze­te­czeń­stwa”[166], jak i wobec mło­dych wdów, któ­rym to ze wzglę­du na nie­bez­pie­czeń­stwo wsze­te­czeń­stwa na sku­tek nie­moż­li­wo­ści poskro­mie­nia natu­ral­ne­go popę­du zale­ca wycho­dze­nie za mąż, by będąc mło­dy­mi wdo­wa­mi „nie dawa­ły prze­ciw­ni­ko­wi powo­dów do podej­rzeń”[167]. Dla­te­go też choć Kościół nowo­te­sta­men­to­wy zachę­cał do dzie­wic­twa, to jed­nak w celu unik­nię­cia nie­kon­tro­lo­wa­nych kon­tak­tów sek­su­al­nych jak i ewen­tu­al­ne­go zgor­sze­nia zale­cał zawie­ra­nie związ­ków mał­żeń­skich[168], zarów­no oso­bom sta­nu wol­ne­go, jak i ludziom owdo­wia­łym bądź porzu­co­nym przez współ­mał­żon­ka na sku­tek nie­ak­cep­ta­cji ich wia­ry w Chry­stu­sa[169], czy też trwa­łe­go wsze­te­czeń­stwa jed­ne­go z mał­żon­ków[170].

Inny­mi sło­wy, choć w Sta­rym jak i w Nowym Testa­men­cie mamy bez­względ­ne potę­pie­nie wszel­kich związ­ków sek­su­al­nych poza mał­żeń­stwem, to jed­nak nigdzie nie znaj­du­je­my zale­ceń, któ­re mia­ły­by na celu potę­pić natu­ral­ny pociąg sek­su­al­ny czło­wie­ka wobec płci odmien­nej. Wręcz prze­ciw­nie, ta intym­na więź męż­czy­zny i kobie­ty, jak w powy­żej cyto­wa­nych sło­wach apo­sto­ła Paw­ła, była zale­ca­na w mał­żeń­stwie, by nie powie­dzieć, że była wręcz obo­wiąz­kiem oboj­ga mał­żon­ków wobec sie­bie[171]. Apo­stoł Paweł też tego zale­ce­nia o wza­jem­nym współ­ży­ciu ze sobą mał­żon­ków nie łączy z koniecz­no­ścią pro­kre­acji, jak to naucza­li i nadal naucza­ją nie­któ­rzy, a raczej kła­dzie w tym naucza­niu nacisk na wza­jem­ną odpo­wie­dzial­ność mał­żon­ków za sie­bie w kon­tek­ście ich natu­ral­ne­go popę­du do sie­bie. Dla sta­ro­te­sta­men­to­wych wyznaw­ców Izra­ela, jak i dla Kościo­ła nowo­te­sta­men­to­we­go, mał­żeń­stwo było nie tyl­ko for­mą ini­cja­cji sek­su­al­nej czy poczę­cia potom­stwa, ale też spo­so­bem wza­jem­ne­go wyra­ża­nia miło­ści do sie­bie poprzez akt płcio­wy, nie mówiąc już o jego istot­nej roli wza­jem­ne­go przy­wią­zy­wa­nia się mał­żon­ków do sie­bie.

Kościół apo­stol­ski nie zaka­zy­wał współ­ży­cia sek­su­al­ne­go. Nawet zaś uzna­jąc dobro­wol­ny wybór życia w dzie­wic­twie, nie trak­to­wał go jako środ­ka do osią­gnię­cia uświę­ce­nia bar­dziej war­to­ścio­we­go w oczach Boga niż to, któ­re osią­ga­my w wie­rze i z łaski w Chry­stu­sie. Tym bar­dziej, że życie w dzie­wic­twie było według apo­sto­ła Paw­ła raczej darem niż for­mą uświę­ce­nia. Toteż Paweł, a wraz z nim Kościół apo­stol­ski, nie zale­cał współ­bra­ciom wstrze­mięź­li­wo­ści sek­su­al­nej wbrew natu­rze, jako jakiejś szcze­gól­nej for­my poboż­no­ści, jak czy­ni­li nie­któ­rzy „ojco­wie Kościo­ła” więk­szo­ścio­we­go, ale w odróż­nie­niu od nich, jak i wie­lu też nam współ­cze­snych nauczy­cie­li, mie­li oni głę­bo­ką świa­do­mość zagro­żeń, jakie wyni­ka­ją z nie­wła­ści­we­go ukie­run­ko­wa­nia tego natu­ral­ne­go pocią­gu męż­czy­zny i kobie­ty do sie­bie. Zatem Kościół w kon­tek­ście nie­moż­no­ści zdła­wie­nia tego natu­ral­ne­go popę­du sek­su­al­ne­go, jak i zagro­żeń zeń wyni­ka­ją­cych, gło­sił by „mał­żeń­stwo [było] we czci u wszyst­kich, a łoże nie­ska­la­ne; roz­pust­ni­ków bowiem i cudzo­łoż­ni­ków sądzić będzie Bóg”[172].

Tym bar­dziej, że wszel­kie for­my asce­zy, dła­wią­ce ten natu­ral­ny pociąg sek­su­al­ny wyni­ka­ją­cy z aktu stwo­rze­nia[173], są w swej isto­cie skie­ro­wa­ne prze­ciw Bogu[174], któ­ry dał ten popęd ludziom nie tyl­ko po to, by się roz­mna­ża­li, ale by też czer­pa­li z nie­go radość. Kościół, nie tyl­ko by unik­nąć roz­pu­sty, ale i być wdzięcz­nym Bogu za ten dar bycia ze sobą w jed­nym cie­le męż­czy­zny i kobie­ty, zale­cał i pochwa­lał współ­ży­cie sek­su­al­ne w mał­żeń­stwie, któ­re w swej isto­cie w związ­ku męż­czy­zny i kobie­ty było środ­kiem wyra­ża­nia wobec sie­bie uczuć przy­wią­za­nia i wza­jem­nej miło­ści, jak też doświad­cza­nia tej rado­ści w kon­tek­ście speł­nie­nia się i zjed­no­cze­nia w jed­nym cie­le oboj­ga mał­żon­ków. Biblia nie tyl­ko pochwa­la, ale i zachę­ca do współ­ży­cia ze sobą mał­żon­ków w nastę­pu­ją­cych sło­wach: „Pij wodę z wła­snej cyster­ny i wodę świe­żą z wła­snej stud­ni! Czy two­je źró­dła mają wyle­wać się na zewnątrz, a two­je stru­mie­nie na pla­ce? Do cie­bie same­go mają nale­żeć, a nie do obcych rów­no­cze­śnie z tobą! Niech będzie bło­go­sła­wio­ny twój zdrój, a raduj się z żony two­jej mło­do­ści! Miłej jak łania, powab­nej jak gaze­la! Niech jej pier­si zawsze spra­wia­ją ci roz­kosz, upa­jaj się usta­wicz­nie jej miło­ścią! Dla­cze­go, synu mój, masz się roz­ko­szo­wać obcą i ści­skać pierś cudzej?”[175]. Sło­wa te mają nie tyl­ko na celu zapo­biec roz­pu­ście, ale też wzmoc­nić w kon­tek­ście sek­su­al­nym więź mię­dzy mał­żon­ka­mi poprzez radość obco­wa­nia ze sobą.

Bar­dzo zmy­sło­wo i jed­no­cze­śnie bar­dzo sub­tel­nie isto­tę tej wza­jem­nej wię­zi mię­dzy męż­czy­zną i kobie­tą w kon­tek­ście sek­su­al­nym wyra­ża Pieśń nad Pie­śnia­mi, księ­ga Biblii, w któ­rej uchwy­co­ne zosta­ły po mistrzow­sku rów­nież te odmien­no­ści postrze­ga­nia i reago­wa­nia na sie­bie kobie­ty i męż­czy­zny w kon­tek­ście ich róż­nic psy­cho­fi­zycz­nych, będą­cych skut­kiem aktu stwo­rze­nia. Oblu­bie­niec z tej księ­gi, będą­cy obra­zem Boga i jed­no­cze­śnie też męż­czy­zny w ogó­le, ocze­ku­je od swo­jej oblu­bie­ni­cy będą­cej tu obra­zem Izra­ela [żony Boga] i jed­no­cze­śnie też obra­zem kobie­ty tego, cze­go każ­dy męż­czy­zna ocze­ku­je od kobie­ty. Jest więc wzro­kow­cem i doma­ga się od swo­jej oblu­bie­ni­cy, by mu się uka­za­ła: „Gołąb­ko moja w roz­pa­dli­nach skal­nych, w ukry­ciu szcze­lin! Daj mi oglą­dać swo­je obli­cze, daj mi usły­szeć swój głos, gdyż słod­ki jest twój głos i peł­na wdzię­ku two­ja postać”[176]. „O, jak­że jesteś pięk­na, moja przy­ja­ciół­ko, o, jak­że jesteś pięk­na! Two­je oczy są jak oczy gołę­bic spo­za two­jej zasło­ny; two­je wło­sy jak sta­do kóz, któ­re scho­dzą z gór Gile­adu. Two­je war­gi są jak wstąż­ka kar­ma­zy­no­wa, two­ja mowa peł­na wdzię­ku, two­je skro­nie są jak roz­kro­jo­ne jabł­ko gra­na­tu spo­za two­jej zasło­ny. Dwo­je two­ich pier­si jest jak dwo­je sar­niąt, bliź­niąt gaze­li, pasą­cych się mię­dzy lilia­mi”[177]. Tak, jak Bóg chce widzieć i sły­szeć swój wier­ny Lud Izra­ela bądź Kościół, by z nim obco­wać, tak każ­dy męż­czy­zna chce widzieć i sły­szeć swo­ją kobie­tę. To ten jej widok, dźwięk jej gło­su przy­cią­ga go do niej. Wzbu­dza w nim tęsk­no­tę do niej i pożą­da­nie jej. Dla­te­go to oblu­bie­niec w Pie­śni nad Pie­śnia­mi doma­ga się od swo­jej oblu­bie­ni­cy i woła do niej: „Plą­saj, plą­saj, Sula­mit­ko, plą­saj, plą­saj, aby­śmy cię mogli oglą­dać! Co chce­cie oglą­dać na Sula­mit­ce, gdy zato­czy koro­wód? Jak pięk­ne są two­je kro­ki w san­da­łach, cór­ko ksią­żę­ca! Wypu­kło­ści two­ich bio­der są jak naszyj­nik, dzie­ło rąk mistrza. Two­je łono to okrą­gła cza­sza, niech w niej nie brak­nie wina! Two­je cia­ło to stóg psze­ni­cy, oko­lo­ny lilia­mi. Dwo­je two­ich pier­si jest jak dwo­je sar­niąt, bliź­niąt gaze­li. Two­ja postać podob­na jest do pal­my, two­je pier­si do wino­gron. Pomy­śla­łem: Wesp­nę się na pal­mę, zerwę wiąz­kę jej dak­ty­li! Niech mi będą two­je pier­si jak wino­gro­na, a tchnie­nie two­ich noz­drzy jak woń jabłek, a two­je pod­nie­bie­nie jak wybor­ne wino, któ­re gład­ko spły­wa, zwil­ża­jąc war­gi i zęby”[178]. To jest to, cze­go każ­dy mąż ocze­ku­je od swo­jej żony, chce ją oglą­dać, widzieć, by móc się jej wido­kiem napa­wać i zachwy­cać. Dla innych jest ona „ogro­dem zamknię­tym […], źró­dłem zapie­czę­to­wa­nym”[179], ale nie dla nie­go. Każ­da żona jest dla swo­je­go męża „[…] jak gaj drzew gra­na­to­wych z wybor­ny­mi owo­ca­mi, kwia­ta­mi cypry­su i nar­du. Nard i sza­fran, trzci­na i cyna­mon z wszel­ki­mi won­ny­mi krze­wa­mi, mir­rą i alo­esem, ze wszyst­ki­mi wybor­ny­mi bal­sa­ma­mi”[180]. I gdy on upa­ja się jej uro­dą jak ogrod­nik owo­ca­mi upra­wia­ne­go przez sie­bie ogro­du, to ona tęsk­ni do nie­go i pra­gnie, by zbie­rał ten plon jej wdzię­ków, co wyra­ża w sło­wach: „Powstań, wie­trze z pół­no­cy, i zerwij się, wie­trze z połu­dnia, prze­wiej mój ogród, niech się roz­pły­nie jego woń bal­sa­micz­na; niech przyj­dzie mój miły do swo­je­go ogro­du i niech spo­ży­wa wybor­ne jego owo­ce”[181]. Taka głę­bo­ka więź, jak już powy­żej sygna­li­zo­wa­łem, moż­li­wa jest tyl­ko w sta­łym związ­ku jed­ne­go męż­czy­zny i jed­nej kobie­ty. Bo tyl­ko w takim związ­ku może zacho­dzić peł­ne zaufa­nia pozna­wa­nie się part­ne­rów nawza­jem, zarów­no w wymia­rze duchowo‐społecznym, jak i fizycz­nym, tj. intym­nym. Inny­mi sło­wy – celem poży­cia sek­su­al­ne­go mał­żon­ków jest nie tyl­ko pro­kre­acja, ale i rado­wa­nie się z odmien­no­ści płcio­wej, tj. z sie­bie nawza­jem.

Roz­wód, sepa­ra­cja, powtór­ne mał­żeń­stwo, naka­zy i zaka­zy

W związ­ku z tym nie dopusz­czam moż­li­wo­ści roz­wo­du wśród ludzi wie­rzą­cych, bo też nauka apo­stol­ska na to nie pozwa­la[182], poza ewen­tu­al­ną sepa­ra­cją mał­żon­ków w ramach ist­nie­ją­ce­go mał­żeń­stwa, tj. bez pra­wa do zawar­cia dru­gie­go związ­ku. Z tym że taka sepa­ra­cja nie jest i nie może być czymś praw­nie usank­cjo­no­wa­nym, bo w myśl całe­go kon­tek­stu naucza­nia apo­stol­skie­go o isto­cie związ­ku mię­dzy kobie­tą i męż­czy­zną będzie któ­re­goś z part­ne­rów pro­wa­dzi­ła do wsze­te­czeń­stwa bądź cudzo­łó­stwa[183]. Inny­mi sło­wy taka sepa­ra­cja w swej isto­cie może być tyl­ko cza­so­wa, bo też isto­tą rela­cji ludzi mię­dzy sobą jest ich wza­jem­na miłość do sie­bie, któ­ra nie wyra­ża się w sepa­ra­cji, a w związ­ku, zarów­no ducho­wym, jak i fizycz­nym. Bo to tyl­ko czyn­na w wie­rze i nie­obłud­na miłość do bliź­nie­go jest naj­lep­szym i jedy­nym świa­dec­twem miło­ści do Boga[184]. Tym samym nowo­te­sta­men­to­wy Kościół, jak i odpo­wie­dzial­ni za swo­je­go współ­bra­ta, będą­ce­go inte­gral­ną czę­ścią Cia­ła Chry­stu­so­we­go, dusz­pa­ste­rze, nigdy nie zaak­cep­tu­ją i nie zgo­dzą się na trwa­ły stan jakiejś sepa­ra­cji mię­dzy oboj­giem ludzi wie­rzą­cych, któ­ra jak­kol­wiek na nią patrzeć, zawsze jest wyni­kiem samo­lub­stwa i ego­izmu jed­ne­go z part­ne­rów. Bo też każ­da wspól­no­ta, jak to już powy­żej zasy­gna­li­zo­wa­łem, opie­ra­ją­ca swo­je naucza­nie odno­śnie do isto­ty mał­żeń­stwa na biblij­nych praw­dach wia­ry rozu­mie, że seks mał­żeń­ski nie może być uwię­zio­ny w wędzi­dłach asce­tycz­nej wia­ry umar­twia­ją­cej cia­ło, a więc mają­cej powścią­gnąć uczu­cia i unie­sie­nie, jakie rodzi zbli­że­nie sek­su­al­ne dwoj­ga żyją­cych ze sobą ludzi, któ­re w połą­cze­niu z ich uczu­ciem i bli­sko­ścią w zamia­rze Boga mia­ło być nie tyl­ko fun­da­men­tem ich nie­zwy­kłe­go przy­wią­za­nia do sie­bie[185] w mono­ga­micz­nym związ­ku, ale i wyra­zem obra­zu Boga[186]. Nie mówiąc już o tym, że istot­ną rolą każ­de­go mał­żeń­stwa była i jest formalno‐prawna regu­la­cja współ­ży­cia sek­su­al­ne­go mię­dzy męż­czy­zną a kobie­tą, zapo­bie­ga­ją­ca nie tyl­ko przy­pad­ko­wym i pozba­wio­nym wię­zi emo­cjo­nal­nych kon­tak­tom sek­su­al­nym z czę­sto zmie­nia­ny­mi part­ne­ra­mi, ale i chro­nią­cą oso­by samot­ne przed ewen­tu­al­ny­mi poku­sa­mi zaspo­ka­ja­nia popę­du sek­su­al­ne­go w spo­sób, któ­ry by sta­wiał ich w cie­niu pomó­wień o nie­mo­ral­ne pro­wa­dze­nie się.

Toteż w opar­ciu o naucza­nie same­go Chry­stu­sa i apo­sto­ła Paw­ła, jestem prze­ciw­ni­kiem zabra­nia­nia wcho­dze­nia w związ­ki mał­żeń­skie tym wszyst­kim wie­rzą­cym ludziom, któ­rych ich dotych­cza­so­wi życio­wi part­ne­rzy opu­ści­li, tj. roz­wie­dli się z nimi na sku­tek nie­za­ak­cep­to­wa­nia przez nich ich wyzna­nia wia­ry[187] bądź w wyni­ku wsze­te­czeń­stwa[188], tj. upad­ku moral­ne­go, a w kon­se­kwen­cji utrzy­my­wa­nia się zdra­dy mał­żeń­skiej, unie­moż­li­wia­ją­cej im dal­sze wspól­ne poży­cie. Bo też celem poży­cia mał­żeń­skie­go oboj­ga wie­rzą­cych ludzi płci prze­ciw­nej, jak już powy­żej zasy­gna­li­zo­wa­łem, w myśl naucza­nia apo­sto­ła Paw­ła, nie jest tyl­ko pro­kre­acja, ale zwią­zek ducho­wy, jak i życie intym­ne[189]. W myśl isto­ty tego naucza­nia odno­śnie do natu­ral­ne­go popę­du sek­su­al­ne­go mię­dzy męż­czy­zną a kobie­tą[190], Paweł zale­ca, by ludzie wie­rzą­cy wol­ne­go sta­nu, jak i owdo­wia­li czy opusz­cze­ni, nie mają­cy takie­go jak on daru życia w bez­żeń­stwie, wcho­dzi­li w związ­ki mał­żeń­skie[191]. Celem zaś tego naucza­nia jest unik­nię­cie poku­sy, a tym samym i roz­pu­sty w Koście­le, któ­rej to poku­sie mogą ule­gać ludzie sta­nu wol­ne­go[192], żyją­cy samot­nie w wyni­ku nie­od­po­wie­dzial­nej sepa­ra­cji, wdo­wień­stwa bądź pozo­sta­wie­nia ich przez part­ne­rów na sku­tek grze­chu wsze­te­czeń­stwa, tj. zdra­dy mał­żeń­skiej lub też nie­ak­cep­ta­cji ich zmia­ny wyzna­nia.

Toteż uwa­żam za kary­god­ne doma­ga­nie się przez wie­lu duchow­nych od osób będą­cych w momen­cie nawró­ce­nia się w dru­gim już związ­ku mał­żeń­skim, by powró­ci­ły one do swo­je­go pierw­sze­go part­ne­ra, tj. z ich pierw­sze­go mał­żeń­stwa, i tym samym roz­wio­dły z obec­nym swo­im partnerem,z któ­rym są w związ­ku praw­nie zatwier­dzo­nym. Tego typu wymóg jest nie tyl­ko sprzecz­ny z Pra­wem Moj­że­sza, któ­re to Pra­wo jed­no­znacz­nie zabra­nia takich prak­tyk[193], ale też jest zupeł­nie nie­etycz­ny w swej isto­cie, zarów­no w kon­tek­ście spo­łecz­nym, tj. wobec już ich praw­nie uzna­nych nowych part­ne­rów i ich potom­stwa z tego dru­gie­go mał­żeń­stwa, jak i moral­nym, w odnie­sie­niu do ich obec­ne­go, praw­nie uzna­ne­go poży­cia intym­ne­go w tym nowym już związ­ku mał­żeń­skim, oraz do tego poprzed­nie­go, któ­ry przez roz­wo­dzą­cych się part­ne­rów został uzna­ny za nie­czy­sty, a do któ­re­go to odbu­do­wy wie­lu nie­od­po­wie­dzial­nych ludzi po zerwa­niu związ­ku z obec­nym praw­nym part­ne­rem wbrew Pra­wu Moj­że­sza ich zmu­sza. Pomi­jam tu już naj­czę­ściej zarów­no praw­ną, jak i emo­cjo­nal­ną trud­ność, by nie powie­dzieć, że nie­kie­dy wręcz nie­moż­li­wość powro­tu i odbu­do­wy tego sta­re­go związ­ku z poprzed­nim part­ne­rem, któ­ry naj­czę­ściej też zało­żył już nową rodzi­nę.

W związ­ku z powyż­szym uwa­żam, że „wszyst­ko, co Bóg stwo­rzył jest dobre, i nie nale­ży odrzu­cać nicze­go, co się przyj­mu­je z dzięk­czy­nie­niem; albo­wiem zosta­ją one poświę­co­ne przez Sło­wo Boże i modli­twę”[194]. Bóg zaś stwo­rzył czło­wie­ka jako męż­czy­znę i kobie­tę, by byli jed­nym cia­łem i by mogli się w tej wspól­no­cie nawza­jem obda­rzać miło­ścią, tj. dawać ją i przyj­mo­wać od sie­bie nawza­jem zarów­no na płasz­czyź­nie emo­cjo­nal­nej, jak i fizycz­nej. Podob­nie jak ci, któ­rych Bóg powo­łał do spo­łecz­no­ści ze sobą w Koście­le, któ­ry jest wspól­no­tą rela­cji Oblubienicy‐Kościoła i Oblubieńca‐Chrystusa, sta­no­wią­cą w swej isto­cie jed­no cia­ło, tak, jak zwią­zek męż­czy­zny i kobie­ty[195]. Bo też Czło­wiek stwo­rzo­ny jako męż­czy­zna i kobie­ta jest isto­tą nie tyl­ko rozum­ną i moral­ną, ale przede wszyst­kim spo­łecz­ną, zdol­ną dawać i przyj­mo­wać miłość zarów­no w związ­ku męż­czy­zny i kobie­ty, jak i we wspól­no­cie uczniów Chry­stu­sa sta­no­wią­cych jed­no cia­ło z Nim i ze sobą nawza­jem. To grzech pierw­szych ludzi spra­wił zachwia­nie tej zdol­no­ści dawa­nia i przyj­mo­wa­nia miło­ści od sie­bie nawza­jem. Cze­go wymow­nym świa­dec­twem po upad­ku Ada­ma i Ewy była ich posta­wa wobec sie­bie i Boga[196], nie mówiąc już o posta­wie Pio­tra wobec Chry­stu­sa, któ­ry nie chciał, by Mistrz umył mu nogi[197]. Dla­te­go jako ludzie żyją­cy w grze­chu Ada­ma nie potra­fi­my w peł­ni i bez­in­te­re­sow­nie obda­ro­wy­wać się wza­jem­ną miło­ścią, podob­nie jak Piotr mamy ambi­cję, jak Ewa i Adam zakła­da­my figo­we liście swo­jej spra­wie­dli­wo­ści, nie pozwo­li­my sobie myć nóg, a i sami nie chce­my tego robić innym, a jeśli to robi­my w jakiejś for­mie zewnętrz­ne­go reli­gij­ne­go obrzę­du, to nie z miło­ści, a z potrze­by bycia spra­wie­dli­wym wobec tych, któ­rym umy­wa­my nogi w tym zewnętrz­nym rytu­ale. To obda­ro­wa­nie i przy­ję­cie od sie­bie miło­ści nawza­jem moż­li­we jest tyl­ko w Chry­stu­sie. Przy tym Bóg stwo­rzył też ota­cza­ją­cy nas świat pełen tajem­nic i pięk­na przy­ro­dy, byśmy mogli się cie­szyć jego wido­kiem, jak i wszel­kie zie­le i zwie­rzę­ta, byśmy je z dzięk­czy­nie­niem spo­ży­wa­li. To, co Bóg stwo­rzył, jest dobre, stwo­rzył to dla swo­jej chwa­ły i dla nas, byśmy mogli się tym cie­szyć i z tego korzy­stać, nie powin­ni­śmy więc tego, co On uznał za dobre, odrzu­cać jako cze­goś, co nas kala. Bo też to, co nas kala, nie może pocho­dzić i nie pocho­dzi od Boga, a jedy­nie z nasze­go ser­ca[198], poka­la­nych umy­słów i sumień[199]. Nie może zatem kalać czło­wie­ka intym­ny fizycz­ny zwią­zek męż­czy­zny z kobie­tą ani to, co Bóg mu dał, by tym się cie­szył i z tego korzy­stał. To sza­tan i duch anty­chry­sta, zatem fał­szy­wy Kościół, wsze­tecz­ni­ca, prze­ciw­sta­wia się Boże­mu Sło­wu i dzie­łu, nie zaś lud Boży, na co też zwró­cił uwa­gę apo­stoł Paweł w nastę­pu­ją­cych sło­wach: „A Duch wyraź­nie mówi, że w póź­niej­szych cza­sach odstą­pią nie­któ­rzy od wia­ry i przy­sta­ną do duchów zwod­ni­czych i będą słu­chać nauk sza­tań­skich, uwie­dze­ni obłu­dą kłam­ców, nazna­czo­nych w sumie­niu pięt­nem występ­ku, któ­rzy zabra­nia­ją zawie­ra­nia związ­ków mał­żeń­skich, przyj­mo­wa­nia pokar­mów, któ­re stwo­rzył Bóg, aby wie­rzą­cy oraz ci, któ­rzy pozna­li praw­dę, poży­wa­li je z dzięk­czy­nie­niem”[200]. Nie zabra­niam więc zawie­ra­nia związ­ków mał­żeń­skich oso­bom będą­cym w Chry­stu­sie, w opar­ciu o jed­no­znacz­ne naucza­nie apo­stol­skie[201], pod pre­tek­stem ich uświę­ca­nia się, jeśli nie mogą zacho­wać wstrze­mięź­li­wo­ści, gdyż lepiej jest wstą­pić w zwią­zek mał­żeń­ski niż gorzeć, jak i spo­ży­wa­nia cze­go­kol­wiek, w tym i tzw. uży­wek, tj. kawy, alko­ho­lu, sło­dy­czy, mię­sa (poza krwią oczy­wi­ście, któ­rej zabro­ni­li spo­ży­wać apo­sto­ło­wie na tzw. sobo­rze apo­stol­skim bądź jak kto woli w liście do bra­ci z pogan[202]) itp. pro­duk­tów, w gra­ni­cach oczy­wi­ście nie­do­pusz­cza­nia się grze­chu obżar­stwa bądź pijań­stwa, czy ewen­tu­al­ne­go gor­sze­nia bra­ci sła­bych w wie­rze[203].

Bra­ter­stwo, Isto­ta Boga (Trój­ca), podzia­ły i jed­ność Kościo­ła

Dodam do tego, co powy­żej już zasy­gna­li­zo­wa­łem, iż nie­po­koi mnie nie tyl­ko widocz­na i postę­pu­ją­ca ame­ry­ka­ni­za­cja (w złym tego sło­wa zna­cze­niu) rela­cji mię­dzy­ludz­kich i degra­da­cja form grzecz­no­ścio­wych w rela­cjach bra­ter­skich w wie­lu zbo­rach, wyra­ża­ją­ca się w bra­ku sza­cun­ku do współ­bra­ci i osób star­szych, ale przede wszyst­kim zanie­cha­nie w tych rela­cjach bra­ter­stwa, mają­ce­go swo­je źró­dło w doświad­cze­niu łaski przez i w Chry­stu­sie, a tym samym i ducho­wej przy­na­leż­no­ści do rodzi­ny dzie­ci Bożych. Bo też bra­ter­stwo ozna­cza uzy­ska­nie sta­tu­su dziec­ka Boże­go w Chry­stu­sie[204] poprzez chrzest i przy­stą­pie­nie do okre­ślo­nej wspól­no­ty bra­ter­skiej. Tym samym oso­ba nawró­co­na i prze­strze­ga­ją­ca przy­ka­zań zawar­tych w Biblii, po akcie chrztu wia­ry jako czło­nek lokal­nej wspól­no­ty bra­ter­skiej otrzy­mu­je tytuł Brat lub Sio­stra. Zwró­ce­nie się do dru­giej oso­by poprzez okre­śle­nie Brat lub Sio­stra jest wyra­zem nasze­go uzna­nia bra­ter­skich rela­cji w Chry­stu­sie z nią[205]. Tym samym zwrot Brat czy Sio­stra nie jest tyl­ko zastą­pie­niem świec­kiej for­my grzecz­no­ścio­wej, ale ma wymiar teo­lo­gicz­ny i jest for­mą wyra­ża­nia nie tyl­ko wza­jem­ne­go sza­cun­ku[206], ale przede wszyst­kim jest uzna­niem ducho­we­go bra­ter­stwa „przez i w” Chry­stu­sie. Dla­te­go też nie uży­wa się tych okre­śleń wobec człon­ków Kościo­łów i chrze­ści­jań­skich wspól­not, któ­rzy nie są odro­dze­ni ducho­wo i nie przy­ję­li chrztu wia­ry w wie­ku doj­rza­łym, jak i wobec tych wszyst­kich nawró­co­nych i odro­dzo­nych ludzi, któ­rych posta­wa moral­na i for­ma kul­tu jest nie­zgod­na z praw­da­mi wia­ry uję­ty­mi w Biblii[207]. Jest nie­do­pusz­czal­ną prak­ty­ką w rela­cjach mię­dzy ludź­mi wie­rzą­cy­mi zwra­ca­nie się po imie­niu lub przez Ty do osób star­szych wie­kiem lub do doj­rza­łych ducho­wo czy funk­cyj­nych Bra­ci i Sióstr zaan­ga­żo­wa­nych w pra­cy administracyjno‐porządkowej lub ducho­wej na rzecz Zbo­ru[208]. Bra­kiem kul­tu­ry i tak­tu jest skła­da­nie oso­bom peł­nią­cym okre­ślo­ne funk­cje w zbo­rze, jak i oso­bie star­szej od sie­bie wie­kiem, pro­po­zy­cji przej­ścia z for­my Brat, Sio­stra na Ty.

Mój nie­po­kój budzi też cha­rak­te­ry­stycz­ny dla nie­któ­rych osób kult Ducha Świę­te­go, tj. prze­no­sze­nie akcen­tów w modli­twie mają­cej uwiel­bić Boga Ojca „przez i w Chry­stu­sie”, na Ducha Świę­te­go, któ­ry to, w myśl słów Jezu­sa, ma prze­ko­ny­wać o grze­chu, sądzie i spra­wie­dli­wo­ści oraz pro­wa­dzić do uwiel­bie­nia Syna Boże­go i w Nim Boga Ojca: „Lecz gdy przyj­dzie On, Duch Praw­dy, wpro­wa­dzi was we wszel­ką praw­dę […]. On mnie uwiel­bi, gdyż z mego weź­mie i wam oznaj­mi”[209]. Duch Świę­ty, według powyż­sze­go tek­stu, nie może być i nie jest celem uwiel­bie­nia ani też kimś, do kogo nale­ża­ło­by kie­ro­wać bez­po­śred­nio modli­twy, w myśl prak­tyk modli­tew­nych zapi­sa­nych w Nowym Testa­men­cie[210] i słów apo­sto­ła Paw­ła: „Albo­wiem jeden jest Bóg, jeden też pośred­nik mię­dzy Bogiem a ludź­mi, czło­wiek Chry­stus Jezus”[211]. Nasze trud­no­ści w kwe­stii sto­sun­ku Ducha Świę­te­go do Boga, podob­nie jak i Syna do Ojca, pole­ga­ją na tym, że mamy odmien­ne poję­cie oso­bo­wo­ści niż to, któ­re zna­ne było pisa­rzom biblij­nym. Jak zwra­ca­ją uwa­gę bibli­ści: „myśli­my o oddziel­nych i odręb­nych oso­bo­wo­ściach, nie­na­ru­szal­nych i nie­prze­nik­nio­nych, z któ­rych każ­da róż­ni się wyraź­nie od innych; stąd nasz «pro­blem» dok­try­ny Trój­cy Świę­tej. W Biblii oso­by nie są w ten spo­sób oddzie­lo­ne i odręb­ne od sie­bie; one prze­cho­dzą w sie­bie nawza­jem”[212]; i dalej: „Nowy Testa­ment jed­no­znacz­nie uwa­ża dzie­ło wywyż­szo­ne­go Chry­stu­sa i dzie­ło Ducha Świę­te­go – nie­roz­łącz­nie i nie­po­dziel­nie – za dzia­ła­nie jed­ne­go Boga, któ­re­go dale­ko­sięż­ny plan odku­pie­nia i odro­dze­nia czło­wie­ka odsła­nia się teraz, jak w jakimś miste­rium[213], oświe­co­nym oczom tych, któ­rzy wie­rzą w Chry­stu­sa”[214]. Oba­wy moje budzi rów­nież kult imie­nia Jezus, w któ­rym imię Syna Boże­go nabie­ra jak­by oddziel­ne­go, auto­no­micz­ne­go bytu wzglę­dem Tego, kogo się tym imie­niem nazy­wa. Inny­mi sło­wy rodzi się kult „imie­nia Jezus” poza Jego oso­bą. Ana­lo­gicz­ny pro­blem wystę­pu­je w naucza­niu o isto­cie i zna­cze­niu krwi Jezu­sa Chry­stu­sa jako zbaw­czej mocy Baran­ka pas­chal­ne­go bez Jego oso­by – krew dla krwi. Nowym zaś dla mnie, nie­zro­zu­mia­łym i nie­po­ko­ją­cym zja­wi­skiem, poja­wia­ją­cym się w prak­ty­kach modli­tew­nych wie­lu ludzi jest for­ma zwra­ca­nia się w modli­twie do Boga w spo­sób bar­dzo infan­tyl­ny, np. „Tatu­siu”, czy w nie­bi­blij­nych okre­śle­niach Boga, np. „Trój­je­dy­ny Boże” lub w „Trój­cy Jedy­ny”, co w kon­tek­ście modli­twy „Ojcze Nasz” jak i nowo­te­sta­men­to­wej prak­ty­ki modli­tew­nej oraz nar­ra­cji biblij­nej[215] nie ma żad­ne­go teo­lo­gicz­ne­go uza­sad­nie­nia. Wpraw­dzie sło­wo „Abba”, któ­rym posłu­gu­je się Chry­stus i Paweł, jest for­mą zdrob­nie­nia podob­ne­go do nasze­go zwro­tu „Ojcze”[216], jed­nak nie jest ono toż­sa­me z naszym „Tatu­siu”. „Tatu­siu” może mówić do swo­je­go ojca małe dziec­ko, kie­dy rela­cje mię­dzy ojcem a nim są jesz­cze na emo­cjo­nal­nym pozio­mie, a nie doro­sły syn, któ­ry jest nadal wpraw­dzie dziec­kiem swe­go ojca, jed­nak w wie­ku doj­rza­łym zwra­ca się już do nie­go z nale­ży­tym sza­cun­kiem i dystan­sem. Nie mówiąc już o tym, że w nie­któ­rych sytu­acjach wręcz zabra­nia się ludziom wie­rzą­cym zwra­cać się do Boga ina­czej niż w sło­wach: „Trój­je­dy­ny Boże” czy „w Trój­cy Jedy­ny”. Postaw tych, jak i takie­go naucza­nia, nie moż­na zaak­cep­to­wać ani w kon­tek­ście biblij­nej „tria­dy”[217], ani też go uza­sad­niać w opar­ciu o póź­niej­szy nicejsko‐konstantynopolitański dogmat „Trój­cy”, któ­ry to dogmat, jak i wszyst­kie pozo­sta­łe usta­na­wia­ne na tzw. „sobo­rach powszech­nych”, nie jest wią­żą­cy dla ludzi biblij­nie wie­rzą­cych, zgod­nie z zasa­dą, że to „całe Pismo przez Boga jest natchnio­ne i poży­tecz­ne do nauki, do wykry­wa­nia błę­dów, do popra­wy…”[218]. Bo też celem ludzi biblij­ne wie­rzą­cych, w myśl naucza­nia apo­stol­skie­go i powy­żej zacy­to­wa­ne­go przez apo­sto­ła Paw­ła zale­ce­nia, jest oczysz­cze­nie się z nie­bi­blij­nych poglą­dów, by móc czcić Boga i żyć zgod­nie z tre­ścią Sło­wa Boże­go, a nie z okre­ślo­ną tra­dy­cją wyzna­nio­wą czy nauką star­szych[219].

Przy tym ani sam ter­min „Trój­cy”, w takim zna­cze­niu, jak my go dzi­siaj rozu­mie­my i defi­niu­je­my, nie wystę­pu­je w Biblii, ani też żad­na for­ma modli­twy, któ­ra by zawie­ra­ła w sobie zawo­ła­nie czy bez­po­śred­ni zwrot do „Trój­je­dy­ne­go Boga”. Tu war­to może przy­po­mnieć, że dopie­ro od dru­giej poło­wy IV wie­ku, a więc już po sobo­rze w Nicei w 325 roku, teo­lo­dzy ówcze­sne­go Kościo­ła więk­szo­ścio­we­go, będą­cy przy tym pod zbroj­ną i polityczno‐religijną opie­ką cesa­rzy rzym­skich, co nie było bez zna­cze­nia w tych nara­sta­ją­cych spo­rach teo­lo­gicz­nych, otwar­cie i bez waha­nia zaczę­li uzna­wać za jaw­nie here­tyc­ką dok­try­nę wyzna­wa­ną przez swo­ich zna­ko­mi­tych poprzed­ni­ków z IIIII wie­ku, takich jak Ire­ne­usz, Ter­tu­lian czy Hipo­lit, zgod­nie z któ­rą Syn (lub Logos), będą­cy odwiecz­nie wewnątrz Ojca, roz­prze­strze­niał się i roz­sze­rzał w okre­ślo­nym cza­sie, aby doko­nać dzie­ła two­rze­nia, obja­wie­nia i zba­wie­nia[220]. Nie widzę w związ­ku z tym żad­ne­go powo­du, dla któ­re­go miał­bym dzi­siaj bar­dziej słu­chać w tej kwe­stii ojców sobo­ro­wych niż Ire­ne­usza, Ter­tu­lia­na czy Hipo­li­ta, a to tym bar­dziej, że w rozu­mie­niu biblij­nym isto­tą sto­sun­ku Syna i Ducha do Ojca jest przede wszyst­kim ich jed­ność, ujaw­nia­ją­ca się w „eko­no­mii zba­wie­nia”[221]. Syn według auto­rów Nowe­go Testa­men­tu stoi nie­wąt­pli­wie obok Boga jako isto­ta Boska – w rze­czy­wi­sto­ści mistycz­nej niczym się od Nie­go nie róż­ni[222]. Przy tym auto­rzy biblij­ni pod­kre­śla­jąc jed­ność ziem­skie­go Jezu­sa z Ojcem nie teo­re­ty­zu­ją na temat Jego ludz­kiej i Boskiej „natu­ry” czy isto­ty, jed­ność tę co do isto­ty widzą przede wszyst­kim w posła­niu Syna przez Ojca. Zarów­no Duch, jak i Syn nie dzia­ła, ani też nie prze­ma­wia nie­za­leż­nie od Ojca[223]. Toteż Duch, jak i Jezus jako Syn jest dosko­na­łą obec­no­ścią Boga, ponie­waż bie­rze udział w dzie­le Ojca, któ­ry spo­ty­ka się oso­bi­ście z ludź­mi wyłącz­nie przez czło­wie­ka Jezu­sa w mocy Ducha[224]. Rów­nież tytuł „Syn Czło­wie­czy” akcen­tu­je obec­ność Boskiej dzia­łal­no­ści w czło­wie­ku Jezu­sie, przy tym Sło­wo w uję­ciu apo­sto­ła Jana akcen­tu­je nie tyl­ko wiecz­ną więź Chry­stu­sa z oso­bą Boską, ale i Jego Boskość[225]. Sło­wo to poprzez wcie­le­nie urze­czy­wist­nia też Jego histo­rycz­ną i ludz­ką dzia­łal­ność jako „Syna Boże­go” w „Synu Czło­wie­czym”[226]. Jest to zatem język „mistycz­ny”, w któ­rym auto­rzy uni­ka­ją utoż­sa­mia­nia tej wcie­lo­nej, a jed­no­cze­śnie pre­eg­zy­stu­ją­cej isto­ty z Bogiem[227]. Mówiąc o Bogu nie może­my stra­cić z oczu, że jest On Jeden w swej isto­cie i że w nim mamy tyl­ko jed­no Źró­dło życia i ener­gii, Jed­ne­go stwór­cę, Jed­ną ele­men­tar­ną moc i jed­no kró­le­stwo. Inny­mi sło­wy, jest tyl­ko Jeden Bóg i jeśli o Chry­stu­sie mówi­my, że jest Bogiem, to mówi­my o tym tyl­ko w takim sen­sie, któ­ry pozwa­la i gwa­ran­tu­je nam utrzy­ma­nie isto­ty biblij­ne­go mono­te­izmu. Boskość Pana jest bosko­ścią Jed­ne­go Boga[228].

By zatem unik­nąć nie­po­ro­zu­mień i nie­po­trzeb­nych spo­rów czy też podej­rzeń o anty­try­ni­ta­ryzm czy aria­nizm uwa­żam, że biblij­nie wie­rzą­cy ludzie w odnie­sie­niu do Boga i rela­cji Ojca, Syna i Ducha Świę­te­go bądź w zwro­tach modli­tew­nych powin­ni posłu­gi­wać się przede wszyst­kim reto­ry­ką biblij­ną[229], a nie języ­kiem zaczerp­nię­tym z dogma­tycz­nej tra­dy­cji i litur­gicz­nych for­muł okre­ślo­ne­go Kościo­ła. Bier­nat z Lubli­na jesz­cze przed wystą­pie­niem Mar­ci­na Lutra, w myśl rene­san­so­wych i refor­ma­cyj­nych idei powro­tu do źró­deł, wyra­ził tę zasa­dę w liście do Szy­mo­na z Kra­ko­wa w 1515 roku w nastę­pu­ją­cych sło­wach: „Poza ewan­ge­lią nie nale­ży dbać o jakie­kol­wiek kon­sty­tu­cje, bo mar­ne są i nie­pew­ne (…). Jeden [papież] roz­ka­zu­je, inny roz­wią­zu­je, jeden wykli­na, a dru­gi uświę­ca, na co mamy nie­zli­czo­ne przy­kła­dy. (…) Nie wszyst­ko, co oni wykli­na­ją, i Bóg wykli­na i nie wszyst­ko świę­te, co oni uświę­ca­ją: ina­czej sądzi Bóg niż ludzie. (…) Wie­rzyć nale­ży tyl­ko w Ewan­ge­lię; bez ludz­kich prze­pi­sów może­my się obejść”. Przy tym uwa­żam, że zgod­nie z prze­ka­zem apo­stol­skim jest tyl­ko jeden Bóg i Ojciec wszyst­kich, jeden Pan, jed­na wia­ra, jeden chrzest, jed­no cia­ło i jeden Duch, jak też powo­ła­ni zosta­li­śmy wszy­scy przez i w Chry­stu­sie do jed­nej nadziei[230]. Tym samym dla mnie na zie­mi zarów­no w prze­szło­ści, jak i teraz ist­nie­je tyl­ko jeden Kościół zrze­sza­ją­cy wszyst­kich tych, któ­rzy zawie­rzy­li Sło­wu Boże­mu, następ­nie przez wia­rę wyzna­li swo­je grze­chy przed Bogiem i doświad­czy­li ich odpusz­cze­nia, zaś na dowód tego pojed­na­nia się w tej poku­cie zarów­no ze sobą, z bliź­nim, jak i z Bogiem, otrzy­ma­li nowe życie przez i w Chry­stu­sie, aby słusz­ne żąda­nia zako­nu mogły wyko­nać się w nich. Przy tym życie to zosta­ło w nich zapie­czę­to­wa­ne (napeł­nio­ne) obie­ca­nym Duchem Świę­tym będą­cym dla nas rękoj­mią i zadat­kiem tej nadziei, do któ­rej też w jed­nym Duchu, przez i w Chry­stu­sie, zosta­li­śmy powo­ła­ni.

Inny­mi sło­wy, jeśli jest jeden Bóg i Ojciec wszyst­kich, jeden Pan, jed­na wia­ra, jeden chrzest, jed­no cia­ło i jeden Duch, a tym samym i jeden Kościół, to jego ducho­wa jed­ność nie może być jed­no­ścią w rozu­mie­niu „eku­me­nicz­nym”, tj. wyra­ża­ją­cą się w zasa­dzie: mów­my o tym, co nas łączy, a nie o tym, co nas dzie­li, jed­no­ścią tole­ru­ją­cą roz­bież­no­ści wyzna­nio­wych i deno­mi­na­cyj­nych poglą­dów, czę­sto wro­go do sie­bie nawza­jem uspo­so­bio­nych, nie tyl­ko prze­cież dok­try­nal­nych i moral­nych, ale też naro­do­wych. Dla mnie jest to zafał­szo­wa­na for­ma jed­no­ści, pod któ­rej płasz­czem zosta­ły ukry­te roz­ma­ite ducho­we zwie­dze­nia i ambi­cje ludzi, któ­rzy za dale­ko się w swo­ich poglą­dach zapę­dza­ją i jak Dio­tre­fes chcą odgry­wać kie­row­ni­czą rolę; nie pozwa­la­ją oni przyj­mo­wać takich bra­ci[231], któ­rzy może nie cho­dzą za nami, ale też i nie roz­pra­sza­ją[232], za to szcze­rze, pędze­ni Duchem Bożym, szu­ka­ją w imię tej samej nadziei, do któ­rej zosta­li powo­ła­ni, bra­ter­skich rela­cji z tymi wszyst­ki­mi, któ­rzy z czy­ste­go ser­ca szu­ka­ją Boga, by wspól­nie się z nimi budo­wać w wie­rze[233], i to mimo róż­nic uwa­run­ko­wa­nych histo­rycz­nie, geo­gra­ficz­nie czy naro­do­wo, ale jed­nak nie ducho­wych i dok­try­nal­nych.

Tym samym jest dla mnie zupeł­nie nie­zro­zu­mia­łe, że ludzie rze­ko­mo czy­ta­ją­cy tę samą Biblię i będą­cy pod wpły­wem tego same­go Ducha nie mogą się ze sobą doga­dać i być we wspól­no­cie bra­ter­skiej bez pod­kre­śla­nia tych wyzna­nio­wych i deno­mi­na­cyj­nych róż­nic, na sku­tek roz­ma­itych dok­try­nal­nych uprze­dzeń, wywo­ły­wa­nych naj­czę­ściej nie­po­słu­szeń­stwem bądź igno­ran­cją do biblij­nych prawd wia­ry jed­nej ze stron lub obu jed­no­cze­śnie. Nie mówiąc tu już o bra­ku bojaź­ni wobec tek­stu pisa­ne­go, któ­ry naka­zu­je raczej zbie­rać, a nie roz­pra­szać i zakła­da też w myśl naucza­nia apo­stol­skie­go jakąś dopusz­czal­ną for­mę hete­ro­dok­sji zarów­no w kon­tek­ście pro­gre­syw­ne­go roz­wo­ju ducho­we­go i pozna­nia prawd wia­ry[234], jak i też fak­tu, że wie­lu uchy­bień się wszy­scy dopusz­cza­my[235], co oczy­wi­ście nie upo­waż­nia niko­go do tole­ro­wa­nia tych, któ­rzy się jed­nak za dale­ko zapę­dza­ją i zaprze­cza­ją temu, co zosta­ło napi­sa­ne[236]. Bo też wie­lu tzw. biblij­nie wie­rzą­cym ludziom w rela­cjach ze mną i z inny­mi współ­brać­mi na dro­dze zba­wie­nia stoi prze­strze­ga­nie saba­tu, nie­dzie­li bądź jedze­nie lub nie jedze­nie warzyw czy mię­sa, i to mimo tego, że nauka apo­stol­ska zale­ca w tym wzglę­dzie tole­ran­cję, nazy­wa­jąc przy tym wszyst­kich tych, co nie jędzą tego wła­śnie mię­sa i prze­strze­ga­ją też ten okre­ślo­ny dzień, sła­by­mi w wie­rze[237]. Pomi­jam tu już, że wie­lu tym tzw. biblij­nie wie­rzą­cym prze­szka­dza w rela­cjach bra­ter­skich rów­nież i to, że jed­ni np. modlą się tyl­ko rozu­mem, inni zaś modlą się rozu­mem i duchem, tj. inny­mi języ­ka­mi na prze­mian[238], lub mówią nimi pod­czas nabo­żeństw do zbo­ru (zgod­nie zresz­tą z naucza­niem apo­stol­skim[239]), bądź też i to, że w wie­lu zbo­rach nie­któ­re nie­wia­sty pod­czas modli­twy nakry­wa­ją gło­wy[240], inne zaś nie; są też tacy, któ­rzy nie mogą uznać za bra­ci tych, co nie umy­wa­ją nóg pod­czas Wie­cze­rzy lub jeśli już umy­wa­ją, to ina­czej niż oni, tj. po lub przed spo­ży­ciem chle­ba i wina[241]. Zda­rza­ją się i tacy, któ­rym w bez­po­śred­nich rela­cjach bra­ter­skich prze­szka­dza tyl­ko to, że w nie­któ­rych zbo­rach nie­wia­sty się nie mogą modlić pod­czas nabo­żeństw[242], zaś w innych już tak[243], lub też i to, że jed­ni np. klę­czą pod­czas wspól­nych modlitw litur­gicz­nych, a inni tyl­ko sto­ją[244] – i to wszyst­ko im prze­szka­dza mimo tego, że jed­ne i dru­gie posta­wy wystę­pu­ją w biblij­nej nar­ra­cji.

Pismo jed­no­znacz­nie okre­śla koniecz­ność trwa­nia w bra­ter­stwie tych wszyst­kich, któ­rzy wyzna­ją imię Syna Boże­go, zachę­ca też do wspól­ne­go budo­wa­nia się w opar­ciu o biblij­ne praw­dy wia­ry, jak i poszu­ki­wa­nia praw­dy we wza­jem­nej miło­ści i w opar­ciu o prze­kaz apo­stol­ski, któ­rym jest dla wszyst­kich biblij­nie wie­rzą­cych ludzi wła­śnie treść Pisma świę­te­go, a nie oso­bi­ste prze­ko­na­nia czy wyzna­nio­we tra­dy­cje i nauki star­szych. Myślę zatem, że jeśli dwaj odro­dze­ni ludzie tu i teraz nie mogą się doga­dać w opar­ciu o tekst biblij­ny, to zna­czy, że jeden z nich choć „wyszedł z nas”, tj. doznał łaski od Pana w opar­ciu o biblij­ne praw­dy wia­ry, to jed­nak „nie był z nas”, w myśl słów apo­sto­ła Jana: „My jeste­śmy z Boga; kto zna Boga, słu­cha nas, kto nie jest z Boga, nie słu­cha nas. Po tym pozna­je­my ducha praw­dy i ducha fał­szu”[245]. Narzu­ca się tu zasad­ne pyta­nie, kim są dla nas dzi­siaj ci: „z nas”, „My” i ten, któ­ry „nie słu­cha nas”? Jak­kol­wiek to zin­ter­pre­tu­je­my i kto­kol­wiek się obec­nie z tym „z nas”, „My” i „nie słu­cha nas” utoż­sa­mi w sto­sun­ku do swo­ich opo­nen­tów, to jed­no jest tu pew­ne, że dla Jana był tyl­ko jeden Kościół, tak jak i dla Paw­ła, któ­ry upo­mi­na­jąc zbór w Koryn­cie przy­po­mi­na mu tę fun­da­men­tal­ną praw­dę doty­czą­cą isto­ty Kościo­ła w sło­wach: „Czy Sło­wo Boże od was wyszło albo czy tyl­ko do was samych dotar­ło?”[246]. Podob­nie i Chry­stus gani swo­ich uczniów za ich nie­za­sad­ny i za dale­ko idą­cy sepa­ra­tyzm[247], zale­ca­jąc im jed­no­cze­śnie dość jasną w tym wzglę­dzie zasa­dę wyra­żo­ną w sło­wach: „Bo kto nie jest prze­ciw­ko nam, ten jest za nami. Albo­wiem kto by napo­ił was kub­kiem wody w imię tego, że nale­ży­cie do Chry­stu­sa, zapraw­dę powia­dam wam, nie stra­ci zapła­ty swo­jej”[248]. Inny­mi sło­wy powin­ni­śmy kie­ro­wać się nią w rela­cjach z inny­mi ucznia­mi Chry­stu­sa, któ­rzy może „nie cho­dzą za nami”, ale też „nie są prze­ciw­ko nam”. Bo też tak jak my, tak i oni są Chry­stu­so­wi[249], i w opar­ciu o biblij­ne praw­dy wia­ry doświad­czy­li łaski poucza­ją­cej ich, by się wyrzec dotych­cza­so­wej bez­boż­no­ści, nie­pra­wo­ści i odwró­cić się od swo­je­go grze­chu.

Toteż zarów­no dla auto­rów pism Nowe­go Testa­men­tu, jak i dla nas dzi­siaj nie może ist­nieć coś takie­go jak jeden nowo­te­sta­men­to­wy Kościół w wie­lo­ści deno­mi­na­cji i wyznań nie­zdol­ny do bez­po­śred­nich oso­bo­wych bra­ter­skich rela­cji mię­dzy ich człon­ka­mi. Nie może być też tak, że Chry­stus jest dla nas wszyst­kich tą jed­ną „dro­gą, praw­dą i życiem”, a my wszy­scy mimo wia­ry w tego same­go Chry­stu­sa idzie­my jed­nak inną dro­gą, wyzna­je­my inną praw­dę i ina­czej też żyje­my. Czym zatem są te podzia­ły i cze­mu też one słu­żą? Czy mają one uza­sad­nie­nie biblij­ne? Pismo powia­da, że tak. Bo też mia­ły one już miej­sce w pier­wot­nych gmi­nach[250], mia­ły też roz­ma­ity cha­rak­ter i pod­ło­że, tj. moral­ne, dok­try­nal­ne i ambi­cjo­nal­ne. Apo­stoł Paweł stwier­dza, że celem ich jest nie­kie­dy doświad­cze­nie naszej posta­wy wzglę­dem gło­szo­nych przez nas prawd wia­ry[251], zaś Moj­żesz wska­zu­je na pró­bę naszej wier­no­ści wobec Boga i JEGO Sło­wa[252]. Tym samym nie wie­rzę w żad­ne teo­rie tego typu, że mimo tych podzia­łów wyzna­nio­wych i deno­mi­na­cyj­nych wszy­scy jeste­śmy brać­mi i będzie­my też razem w jed­nym nie­bie i z tym samym Panem. To jest jakieś wie­rut­ne oszu­stwo usy­pia­ją­ce nas co do isto­ty zba­wie­nia i Kościo­ła. Jak mamy być wszy­scy w tym samym nie­bie z tymi wszyst­kim, co rze­ko­mo czy­ta­ją tę samą Biblię i wie­rzą w tego same­go Boga, a z któ­ry­mi tu i teraz nie może­my się jed­nak poro­zu­mieć w opar­ciu o biblij­ne praw­dy wia­ry ani być z nimi w bra­ter­stwie, oraz z któ­ry­mi nie może­my mieć tych bez­po­śred­nich oso­bo­wych rela­cji w ramach wspól­nie wyzna­wa­nej wia­ry, mimo tego, że na sku­tek uwa­run­ko­wań histo­rycz­nych nie cho­dzi­my za tymi czy tam­ty­mi, tj. mamy inną przy­na­leż­ność zbo­ro­wą, któ­ra to przy­na­leż­ność, w myśl idei jed­ne­go Boga i Ojca wszyst­kich, jed­ne­go Pana, jed­nej wia­ry, jed­ne­go chrztu, jed­ne­go cia­ła i jed­ne­go Ducha, nie powin­na ozna­czać wyzna­nio­wych czy deno­mi­na­cyj­nych róż­nic i podzia­łów.

Ten brak wza­jem­ne­go zro­zu­mie­nia się, nie mówiąc już o wspól­no­cie Ducha pomię­dzy ucznia­mi Chry­stu­sa będą­cy­mi bap­ty­sta­mi, zie­lo­no­świąt­kow­ca­mi i ewan­ge­li­kal­ny­mi chrze­ści­ja­na­mi roż­nej maści, powi­nien nas napa­wać lękiem o swo­je zba­wie­nie, bo ktoś z nas jest wśród głu­pich panien[253] i nie­chyb­nie przy zmar­twych­wsta­niu i pochwy­ce­niu kogoś z nas tam zabrak­nie, nie może­my mieć racji wszy­scy[254]. Tym samym nie oszu­ku­ję się, w Chry­stu­sie jeste­śmy albo my, albo oni. Nie może­my być prze­cież w tym samym Chry­stu­sie wszy­scy, sko­ro nie potra­fi­my żyć w bra­ter­stwie i we wspól­no­cie Ducha tu i teraz przez Nie­go i w Nim wobec Boga. Nie mogą być prze­cież ucznia­mi Chry­stu­sa ludzie, któ­rzy z powo­du mówie­nia lub nie mówie­nia inny­mi języ­ka­mi czy nakry­wa­nia lub nie nakry­wa­nia głów przez kobie­ty bądź z powo­du prze­strze­ga­nia lub nie saba­tu i nie­dzie­li odma­wia­ją sobie nawza­jem wspól­no­ty bra­ter­skiej, sko­ro jed­no i dru­gie na jakimś eta­pie roz­wo­ju ducho­we­go moż­na uza­sad­nić biblij­nie[255]. Nie mówię tu już o reli­gij­nej hipo­kry­zji i moral­nym zakła­ma­niu doty­czą­cym naucza­nia odno­śnie do roli mał­żeń­stwa i roz­wo­du (o czym już była powy­żej mowa, w kon­tek­ście intym­nych rela­cji mię­dzy męż­czy­zną i kobie­tą będą­cych skut­kiem aktu stwo­rze­nia[256], nie zaś dzie­łem sza­ta­na), jak i zupeł­ne­go bra­ku zro­zu­mie­nia i miło­ści do ludzi mają­cych w tym wzglę­dzie poważ­ny ducho­wy i moral­ny kon­flikt war­to­ści, poja­wia­ją­cy się po opusz­cze­niu ich przez nie­od­po­wie­dzial­ne­go part­ne­ra, mię­dzy tym, czy pozo­stać w bez­żeń­stwie, a tym, czy nara­żać się na poku­sę w związ­ku z natu­ral­ną potrze­bą współ­ży­cia z płcią prze­ciw­ną, nad któ­rą to potrze­bą bez daru od Boga – jak zauwa­żył apo­stoł Paweł – nie moż­na pano­wać[257], podob­nie jak nie moż­na zapa­no­wać nad nie­za­mie­rzo­nym gło­dem. Inny­mi sło­wy, czło­wiek głod­ny jest zdol­ny dla jego zaspo­ko­je­nia zro­bić wszyst­ko to, cze­go w innych warun­kach by nie uczy­nił, mówiąc pro­ściej: w pew­nych oko­licz­no­ściach Chry­stus ocze­ku­je od nas miło­sier­dzia, a nie ofia­ry[258]. To jed­nak nie ozna­cza, że kie­dy mamy pełen stół chle­ba, kieł­ba­sy i sera nie będzie­my się spie­rać czy jeść, czy też nie jeść potraw z krwią, sko­ro zebra­ni w Jero­zo­li­mie apo­sto­ło­wie w liście do pogan zaka­za­li ich spo­ży­wać, ale gdy zaj­dzie taka potrze­ba postą­pi­my tak jak Sama­ry­ta­nin i kapłan Achi­me­lek, dając chle­by poświę­co­ne Panu tym, któ­rym może to ura­to­wać życie[259].

Pomi­jam tu już fakt, że takie wza­jem­ne zwal­cza­nie się unie­moż­li­wia wie­lu poboż­nym ludziom wła­ści­we pozna­nie tych zagad­nień, któ­rych ich deno­mi­na­cyj­ni i wyzna­nio­wi przy­wód­cy nie naucza­ją i o któ­re też się spie­ra­ją z inny­mi, bo albo tego, o co się spie­ra­ją, sami nie doświad­czy­li, albo jest to sprzecz­ne z naucza­niem ich deno­mi­na­cji. Przy tym naj­bar­dziej szko­dli­wi są ci z nich, któ­rzy swo­je ducho­we doświad­cze­nia sta­wia­ją na rów­ni z tek­stem biblij­nym. Bo też w wie­lu aspek­tach życia ducho­we­go, jak i poglą­dów dok­try­nal­nych, nie tyle biblij­na treść jest dla nich wska­zów­ką i auto­ry­te­tem, ale to, że oni sami w swo­im życiu, i to mimo ich usil­nej modli­twy, jak to nie­kie­dy twier­dzą, nie doświad­czy­li tych opi­sa­nych przez Pismo świę­te prze­żyć, o któ­rych im mówią inni chrze­ści­ja­nie.

Dobrzy i źli paste­rze

Chcę tu z całą mocą zasy­gna­li­zo­wać, że powo­ła­ny przez Boga pre­zbi­ter i nauczy­ciel ma świa­do­mość koniecz­no­ści swo­je­go wła­sne­go roz­wo­ju zarów­no w kon­tek­ście ducho­wym, jak i inte­lek­tu­al­nym[260]. Nie ma też wzglę­du na oso­bę[261], ma przy tym dystans do sie­bie i swo­jej służ­by[262] oraz głę­bo­ką świa­do­mość tego, że może być nośni­kiem „innej ewan­ge­lii”[263]. Jego auto­ry­tet zaś nie wypły­wa tyl­ko z powo­ła­nia go na okre­ślo­ny urząd, ale przede wszyst­kim z jego daru (cha­ry­zmy), jaki wyka­zu­je w poświę­ce­niu i zaan­ga­żo­wa­niu się w okre­ślo­ną służ­bę ku zbu­do­wa­niu i na rzecz swo­ich współ­bra­ci[264]. Tym samym ludzie będą­cy pod opie­ką takich paste­rzy roz­wi­ja­ją się nie tyl­ko ducho­wo, ale też inte­lek­tu­al­nie i kul­tu­ral­nie, sta­jąc się zdol­ny­mi do peł­nie­nia służ­by w powszech­nym kapłań­stwie wier­nych[265], zarów­no w Koście­le, jak i poza jego obrę­bem. Bo też dobry pasterz i nauczy­ciel nie ma w sobie zazdro­ści o ducho­wy i inte­lek­tu­al­ny roz­wój swo­ich współ­bra­ci, są oni raczej jego listem i wizy­tów­ką[266], a nie kon­ku­ren­ta­mi w podej­mo­wa­niu służ­by i naucza­nia w zbo­rze, któ­ry został mu przez Boga powie­rzo­ny, a to dla­te­go, że Chry­stus i Jego Cia­ło, a tym samym i wzrost ducho­wy współ­bra­ci, są dla nie­go naj­wyż­szą war­to­ścią[267]. Nie czu­je się też dotknię­ty prze­cho­dze­niem człon­ków z jego zbo­ru do innych wspól­not, zarów­no tych, co szu­ka­ją tyl­ko tego, „co ucho łech­ce”[268], jak i tych, co poszu­ku­ją lep­sze­go pastwi­ska dla swo­je­go głęb­sze­go ducho­we­go i inte­lek­tu­al­ne­go roz­wo­ju, któ­re­go on zapew­nić im już nie może[269]. Jest paste­rzem, nie sek­cia­rzem i nie boi się zdro­wej „kon­ku­ren­cji” zarów­no ze stro­ny tych, co nie „cho­dzą za nami”[270], jak i tych, co są w tym samym krę­gu ducho­wej rze­czy­wi­sto­ści odbio­ru nauki apo­stol­skiej[271]. Wie, że Sło­wo Boże nie tyl­ko do nie­go dotar­ło[272], ale jest obec­ne w Koście­le Powszech­nym[273]. Będzie więc sta­rał się zapew­nić powie­rzo­nym mu owcom roz­wój ducho­wy, inte­lek­tu­al­ny i kul­tu­ral­ny bez sta­wia­nia im nie­uza­sad­nio­nych biblij­nie gra­nic[274], umoż­li­wia­jąc im dostęp do peł­nej ewan­ge­lii obec­nej i naucza­nej w Koście­le, rozu­mia­nym sze­rzej niż tyl­ko jego lokal­ny zbór bądź okre­ślo­na deno­mi­na­cja[275].

Tym samym praw­dzi­wi chrze­ści­ja­nie i paste­rze róż­nią się od tych chrze­ści­jan, nauczy­cie­li i paste­rzy w owczej skó­rze, któ­rym nie zale­ży na roz­wo­ju owczar­ni i któ­rzy raczej nie zni­ża­ją się do pozio­mu poszcze­gól­nych owiec, by im słu­żyć. Bo też wśród sta­da i poje­dyn­czych owiec czu­ją się tro­chę nie­swo­jo. Wilk po pro­stu nie jada tra­wy, jego nie inte­re­su­ją pastwi­ska, na któ­re Arcy­pa­sterz pro­wa­dzi swo­je sta­do, jego inte­re­su­ją łupy i samo sta­do, a raczej pocho­dzą­ce z nie­go mię­so i weł­na. Tym samym jest łatwo roz­po­zna­wal­ny poprzez brak z jego stro­ny zain­te­re­so­wa­nia spra­wa­mi ducho­wy­mi i Sło­wem Bożym. On szu­ka w zagro­dzie tyl­ko korzy­ści, jakie to sta­do może mu przy­nieść. Te korzy­ści to reali­za­cja same­go sie­bie kosz­tem innych, to tak­że potrze­ba zaist­nie­nia wobec współ­bra­ci i zaspo­ko­je­nia swo­je­go JA. Osią­ga zaś to poprzez roz­ma­ite poboż­ne posta­wy i swo­istą reto­ry­kę mówie­nia o Bogu, będą­cą for­mą nowo­mo­wy chrze­ści­jań­skiej, o któ­rej już powy­żej była mowa, lub na sku­tek opo­wia­da­nia roz­ma­itych świa­dectw, któ­rych tre­ścią na ogół nie jest Chry­stus i pozna­nie jakiejś biblij­nej praw­dy wia­ry, ale wyci­ska­nie łez w słu­cha­czach, jak i on sam, tj. podziw dla nie­go i jego też szcze­gól­ność w oczach słu­cha­czy i Boga. Wilk nie wypo­wia­da się w celu budo­wa­nia i posze­rze­nia pozna­nia swo­ich współ­bra­ci, on mówi, by mówić, by poka­zać, że ma szcze­gól­ną więź z Bogiem, tj. taką, któ­ra nie jest jego słu­cha­czom dostęp­na.

Taki chrze­ści­ja­nin czy nauczy­ciel nie ma cza­su na wspól­ne czy­ta­nie Sło­wa czy modli­twę i roz­mo­wę dusz­pa­ster­ską w komo­rze z poje­dyn­czym współ­bra­tem, bo ona nie daje mu takiej satys­fak­cji jak wido­wi­sko­we wystą­pie­nie przed więk­szą gru­pą ludzi. Woli zatem na spe­cjal­nie w tym celu zor­ga­ni­zo­wa­nych nabo­żeń­stwach wzy­wać po wygło­szo­nych przez sie­bie kaza­niach jakąś więk­szą gru­pę ludzi do modlitw z nim wobec całe­go zgro­ma­dze­nia. Gdy się roz­ma­wia z taki­mi paste­rza­mi, to oni mówiąc o sobie naj­czę­ściej pod­kre­śla­ją, że zawsze chcie­li być wiel­ki­mi kazno­dzie­ja­mi podob­ny­mi do tych, któ­rych w prze­szło­ści podzi­wia­li, nigdy nie mówią o służ­bie w biblij­nym tego sło­wa zna­cze­niu. Moż­na z takiej roz­mo­wy wycią­gnąć nie­kie­dy nie­po­ko­ją­cy wnio­sek, że tak napraw­dę ich wzor­cem nie są tacy ludzie jak Moj­żesz[276], Amos[277] czy Paweł[278], nie mówiąc już o samym Jezu­sie z Naza­re­tu[279].

Za szcze­gól­nie zaś nie­bez­piecz­nych dla chrze­ści­jań­stwa uzna­ję tych wszyst­kich nauczy­cie­li, któ­rzy ośmie­la­ją się pod­wa­żać dostęp­ne na ryn­ku wydaw­ni­czym prze­kła­dy Biblii, zarów­no te wyda­wa­ne przez insty­tu­cje kato­lic­kie, jak i Bry­tyj­skie i Zagra­nicz­ne Towa­rzy­stwo Biblij­ne, nie mówiąc już o innych. Takie posta­wy nie są obce wie­lu współ­cze­snym wspól­no­tom chrze­ści­jań­skim; nie­któ­rzy kato­li­cy uwa­ża­ją, że tyl­ko Biblia Tysiąc­le­cia jest naj­lep­szym prze­kła­dem; spo­ty­ka się kate­chet­ki, jak i księ­ży, któ­rzy nie tyl­ko bez­kar­nie, ale i bez żad­nej żena­dy stwier­dza­ją, że Biblia wyda­wa­na przez Bry­tyj­skie i Zagra­nicz­ne Towa­rzy­stwo Biblij­ne jest fał­szy­wa, nie mówiąc już o wie­lu nie­od­po­wie­dzial­nych ewan­ge­licz­nych i zie­lo­no­świąt­ko­wych kazno­dzie­jach, któ­rzy chcąc zaist­nieć lub być ory­gi­nal­ny­mi wobec swo­ich słu­cha­czy, rów­nież pod­wa­ża­ją dostęp­ne na ryn­ku wydaw­ni­czym prze­kła­dy Biblii w spo­sób uwła­cza­ją­cy nie tyl­ko isto­cie języ­ka i w związ­ku z tym prze­kła­du cze­go­kol­wiek w ogó­le, ale i zwy­kłe­mu roz­sąd­ko­wi, jakim każ­dy biblij­nie wie­rzą­cy chrze­ści­ja­nin, któ­re­mu zale­ży na krze­wie­niu biblij­nych prawd wia­ry, powi­nien się cha­rak­te­ry­zo­wać. Pomi­jam fakt, że nie ist­nie­je coś takie­go jak nie­omyl­ny, tj. dokład­ny w swej isto­cie prze­kład jakie­go­kol­wiek utwo­ru lite­rac­kie­go. Przy tym, jak wie­my, ludzie żyją­cy w róż­nych epo­kach i czy­ta­ją­cy roz­ma­ite obce, a prze­kła­da­ne z ory­gi­na­łu na ich ojczy­sty i współ­cze­sny im język dzie­ła lite­rac­kie takich pisa­rzy jak Homer, Pla­ton, Sene­ka, Dan­te, Szek­spir czy Dosto­jew­ski, nie mówiąc już o Biblii, zawsze prze­cież odczy­ty­wa­li z nich to samo.

Zatem wszy­scy ci, któ­rzy obec­nie pod­wa­ża­ją ist­nie­ją­ce na ryn­ku wydaw­ni­czym uzna­ne i doko­na­ne pod nauko­wą redak­cją odpo­wied­nich spe­cja­li­stów prze­kła­dy, są jak te szcze­ka­ją­ce psy na łań­cu­chu swo­jej nie­wie­dzy, zarów­no w kon­tek­ście nie­zna­jo­mo­ści języ­ków ory­gi­nal­nych, jak i bra­ku też odpo­wied­nich i nie­zbęd­nych narzę­dzi inte­lek­tu­al­nych do takich stwier­dzeń. Kie­ru­ją się oni na ogół w tej kry­ty­ce nie tyle rze­tel­ną wie­dzą, ile przede wszyst­kim swo­imi oso­bi­sty­mi prze­ko­na­nia­mi opar­ty­mi na przy­stęp­no­ści dla nich samych okre­ślo­ne­go prze­kła­du w kon­tek­ście ich dotych­cza­so­we­go przy­zwy­cza­je­nia się do języ­ka, jak i nie­kie­dy na zdog­ma­ty­zo­wa­nej tra­dy­cji swo­ich wspól­not bądź pychy wyzna­nio­wej odno­śnie do okre­ślo­ne­go prze­kła­du. Bo też dla wie­lu z nich Biblia Tysiąc­le­cia bądź Biblia Gdań­ska jest jedy­nym dopusz­czal­nym i nie­omyl­nym prze­ka­zem nauki apo­stol­skiej, i to mimo ewi­dent­nie wyzna­nio­wej sza­ty jej języ­ka czy też jego archa­icz­no­ści, jak ma to miej­sce w przy­pad­ku Biblii Gdań­skiej. Przy tym języ­ka zupeł­nie już nie­zro­zu­mia­łe­go dla wie­lu ludzi, a szcze­gól­nie dla młod­szych człon­ków ich wspól­not. Efek­tem postaw tych nauczy­cie­li z roz­ma­itych krę­gów kato­lic­kich i ewangeliczno‐zielonoświątkowych wobec współ­cze­snych prze­kła­dów Pisma świę­te­go nie jest przy­bli­że­nie ludziom biblij­nych prawd wia­ry i udo­stęp­nie­nie im tre­ści Sło­wa Boże­go, ale – poprzez takie nie­od­po­wie­dzial­ne dzia­ła­nia tych samo­zwań­czych spe­cja­li­stów bez­kar­nie negu­ją­cych popraw­ność (bądź, jak kto chce, pro­po­zy­cję języ­ko­wą) okre­ślo­ne­go prze­kła­du – nie tyl­ko pod­wa­że­nie zaufa­nia do prawd wia­ry zawar­tych w Biblii, ale i znie­chę­ca­nie ludzi dobrej woli do jej czy­ta­nia. Nie mówiąc tu już o budo­wa­niu w świa­do­mo­ści wie­lu z nich roz­ma­itych teo­rii spi­sko­wych, a w kon­se­kwen­cji pozba­wia­nia ich źró­dła wia­ry, jakim jest Biblia, i to nie­za­leż­nie od jej okre­ślo­ne­go prze­kła­du i cza­su, w jakim został on doko­na­ny.

Mam też nie­uf­ny sto­su­nek do tych wszyst­kich, któ­rzy powo­łu­jąc się na Biblię uwa­ża­ją się za nowo­te­sta­men­to­wych pro­ro­ków bądź za tych co mają okre­ślo­ne dary Ducha, a jed­no­cze­śnie nie mają poję­cia zarów­no o tych darach ducho­wych, jak i o prze­bie­gu nowo­te­sta­men­to­we­go nabo­żeń­stwa, któ­re­go to ramy, w kon­tek­ście korzy­sta­nia z tych­że darów Ducha, apo­stoł Paweł w Pierw­szym Liście do Koryn­tian dość pre­cy­zyj­nie zakre­ślił[280], naka­zu­jąc przy tym prze­strze­gać je tym, któ­rzy chcą te dary mani­fe­sto­wać, w nastę­pu­ją­cych sło­wach: „Jeśli ktoś uwa­ża, że jest pro­ro­kiem albo że ma dary Ducha, niech uzna, że to, co wam piszę, jest przy­ka­za­niem Pań­skim; a jeśli ktoś tego nie uzna, sam nie jest uzna­ny”[281]. Toteż nie uzna­ję żad­nych pro­roctw i obja­wień wypo­wia­da­nych przez ludzi będą­cych poza tą zakre­ślo­ną przez Paw­ła nowo­te­sta­men­to­wą for­mą litur­gii, oczy­wi­ście poza pew­ny­mi wyjąt­ka­mi mają­cy­mi na celu wpro­wa­dzić okre­ślo­ną wspól­no­tę w tę ducho­wą rze­czy­wi­stość.

Zakoń­cze­nie

Reasu­mu­jąc chcę tu pod­kre­ślić, że mam głę­bo­ką świa­do­mość tego, że ludzie na ogół zawsze mają pre­ten­sje za swo­je popeł­nio­ne błę­dy i ducho­we zwie­dze­nia, któ­rym na dro­dze zba­wie­nia sami ule­gli, nie tyle do sie­bie samych, co do wszyst­kich swo­ich nauczy­cie­li. Bo też rzad­ko kie­dy potra­fi­my się przy­znać do tego, że to my źle zro­zu­mie­li­śmy tych, któ­rzy nas aku­rat naucza­li, lub sami też szu­ka­li­śmy, co ucho łech­ce i sta­li­śmy się ofia­rą swo­ich wła­snych pożą­dli­wo­ści[282] na sku­tek bra­ku z naszej stro­ny doj­rza­ło­ści czy też po pro­stu bra­ku miło­ści do Boga i Jego Sło­wa[283]. Chcę tu z całą mocą stwier­dzić, że nigdy nie mia­łem i teraz też nie mam żad­nych pre­ten­sji do tych wszyst­kich nauczy­cie­li, któ­rych w prze­szło­ści słu­cha­łem, za to, że ule­ga­łem jakimś nie­bi­blij­nym poglą­dom gło­szo­nym przez nich na mojej dro­dze do pozna­nia Pana. Po pierw­sze dla­te­go, że mam głę­bo­ką świa­do­mość nie tyl­ko tego, że sza­tan chce zwieść i wybra­nych, ale też że jest to jak­by wpi­sa­ne w pró­bę wia­ry i inten­cji każ­de­go praw­dzi­we­go dziec­ka Boże­go[284]. Po dru­gie dla­te­go, że w kon­tek­ście ludz­kiej ułom­no­ści, grzesz­no­ści, jak i nie­doj­rza­ło­ści dziec­ka Boże­go ule­ga­my wła­snym wyobra­że­niom i nad­in­ter­pre­ta­cji zarów­no w sto­sun­ku do czy­ta­ne­go przez nas oso­bi­ście tek­stu pisa­ne­go, jak i zwia­sto­wa­ne­go nam przez innych[285]. Po trze­cie dla­te­go, że jeśli nawet byli tacy, co mnie nie­wła­ści­wie uczy­li lub wpro­wa­dza­li w błąd świa­do­mie czy też nie, to ja prze­cież mia­łem też swój rozum[286] i to nie oni mnie zwo­dzi­li, a moja wła­sna cie­le­sność, ułom­ność, leni­stwo, brak wie­dzy i nie­po­słu­szeń­stwo wobec tych, któ­rzy mnie w opar­ciu o biblij­ne praw­dy wia­ry ostrze­ga­li i upo­mi­na­li[287]. Po czwar­te dla­te­go, że uwa­żam, iż jeśli ktoś jest owcą, to wcze­śniej czy póź­niej roz­po­zna głos Pana i zawró­ci z sze­ro­kiej dro­gi[288].

Tym samym nie kry­ty­ku­ję tych, któ­rzy w prze­szło­ści mnie źle naucza­li, ani też tych, któ­rzy obec­nie, na sku­tek bra­ku wie­dzy czy pozna­nia, nie naucza­ją wszyst­kich prawd wia­ry[289]; kry­ty­ku­ję tyl­ko tych, któ­rzy w kon­fron­ta­cji z tek­stem Pisma wystę­pu­ją prze­ciw jego tre­ści[290]. Zatem tych wszyst­kich roz­ma­itych „arcy­apo­sto­łów”, co to jak te psy na łań­cu­chu swo­jej cheł­pli­wo­ści, pychy, pożą­dli­wo­ści, poka­la­nych sumień, i sła­bej wia­ry, szcze­ka­ją na to wszyst­ko, z cze­go się jesz­cze sami nie wyzwo­li­li, gło­sząc sys­te­my naka­zów i zaka­zów[291], bądź jako też igno­ran­ci wzglę­dem biblij­nych prawd wia­ry zamie­nia­ją łaskę Bożą w roz­pu­stę[292]. Nie mówiąc już o tych, któ­rzy nie mając zro­zu­mie­nia isto­ty rze­czy w kon­tek­ście biblij­nych prawd wia­ry zacho­wu­ją się jak ten przy­sło­wio­wy pies ogrod­ni­ka, co to sam nie zje i innym też nie da. Do nich to nale­żą wszy­scy ci tzw. „chrze­ści­ja­nie”, któ­rzy bez żad­nych skru­pu­łów odwo­dzą wie­lu od zbo­ru i wia­ry, kie­dy to sami jak te bez­dom­ne szcze­ka­ją­ce psy, błą­ka­ją­ce się gwiaz­dy i chmu­ry bez desz­czu nic im nie mają do zaofe­ro­wa­nia w zamian. Do nich też zali­czam tych wszyst­kich „złych pra­cow­ni­ków”, co to nie myślą o wzro­ście ducho­wym swo­ich współ­bra­ci i ich zba­wie­niu, a jedy­nie o swo­jej samo­re­ali­za­cji w koście­le i by sie­bie tym spo­so­bem wywyż­szyć w oczach współ­bra­ci, zarów­no kosz­tem ich ducho­we­go życia, jak i biblij­nych prawd wia­ry.

Pomi­ja­jąc to wszyst­ko, co powy­żej zosta­ło zasy­gna­li­zo­wa­ne, nale­ży się przede wszyst­kim cie­szyć z tego, że Chry­stus jest w ogó­le opo­wia­da­ny i to już nie­za­leż­nie od tego, czy zwia­sto­wa­ny jest z kłó­tli­wo­ści, z zazdro­ści, z prze­ko­ry czy też może i nie­szcze­rze[293]. Waż­ne jest tyl­ko to, że w opar­ciu o odwo­ły­wa­nie się do biblij­nych praw­dy wia­ry jest On jed­nak gło­szo­ny. Tym samym, poza oczy­wi­ście tymi wszyst­ki­mi ini­cja­ty­wa­mi gło­szą­cy­mi ewi­dent­nie inne­go Chry­stu­sa i inną ewan­ge­lię, chrze­ści­ja­nie biblij­nie wie­rzą­cy powin­ni wspie­rać wszel­kie ini­cja­ty­wy prze­ka­zy­wa­nia biblij­nych prawd wia­ry i udo­stęp­nia­nia tre­ści biblij­nych, nie­za­leż­nie od tego, kto takie ini­cja­ty­wy podej­mu­je. Przy tym pamię­taj­my, że w naszym życiu wska­zu­ją nam Chry­stu­sa bar­dzo róż­ni ludzie, naj­czę­ściej zwią­za­ni już z roz­ma­ity­mi for­ma­mi chrze­ści­jań­skiej poboż­no­ści, mają­cej cechy reli­gij­no­ści kato­lic­kiej, pra­wo­sław­nej, angli­kań­skiej, ewan­ge­lic­kiej czy ewan­ge­licz­nej (ewan­ge­li­kal­nej) i zie­lo­no­świąt­ko­wej. Toteż bar­dzo czę­sto, zanim Go napraw­dę pozna­my, idzie­my w Jego kie­run­ku bar­dzo róż­ny­mi dro­ga­mi. Musi­my jed­nak pamię­tać, że kie­dy już Go oso­bi­ście pozna­my, to do Ojca jest już tyl­ko jed­na dro­ga, a jest nią tyl­ko Chry­stus.

 

[6] 1Moj. 19:30–32 Związ­ki w obrę­bie rodzi­ny (kazi­rod­cze) były powszech­ne w sta­ro­żyt­nym świe­cie. W Egip­cie mał­żeń­stwa koja­rzo­no mię­dzy rodzeń­stwem zwią­za­nym z dyna­stią, by nie utra­cić wła­dzy na rzecz ludzi obcych, tj. spo­za rodzi­ny fara­ona. Sara i Abra­ham byli rów­nież spo­krew­nie­ni, podob­nie jak Iza­ak i Rebe­ka. Zakaz związ­ków kazi­rod­czych jed­no­znacz­nie zaka­zy­wa­ło dopie­ro Pra­wo Moj­że­sza.

[8] Abor­cja uza­sad­nio­na – mowa tu o sytu­acji, w któ­rej lekarz bądź rodzi­na (mąż) kobie­ty (żony) rodzą­cej czy też ona sama, na sku­tek koniecz­no­ści rato­wa­nia życia mat­ki, doko­nu­je wybo­ru mię­dzy życiem kobie­ty – a dziec­ka. W takich sytu­acjach każ­dy wybór nace­cho­wa­ny jest egzy­sten­cjal­nym kon­flik­tem war­to­ści i każ­dy jest nie­zgod­ny z wyzna­wa­ny­mi war­to­ścia­mi.

[10] [1Kor. 7:12–13, 15–16] Nie mówiąc już o nie­od­po­wie­dzial­nej sepa­ra­cji jed­ne­go z mał­żon­ków [1Kor. 7:10–11] bądź sytu­acji, w jakiej zna­la­zła się oso­ba nawró­co­na już po roz­wo­dzie lub też w dru­gim związ­ku mał­żeń­skim [5Moj. 24:1–4; 1Kor. 7:17, 27], zawar­tym jesz­cze przed powo­ła­niem jej do spo­łecz­no­ści z Bogiem i do wspól­no­ty kościel­nej.

[99] Roman Brand­sta­et­ter, Hymn do Biblii.

[212] W. J. Har­ring­ton, Teo­lo­gia Biblij­na, War­sza­wa 1977, s. 162. Por. J. N. D. Kel­ly, Począt­ki dok­try­ny chrze­ści­jań­skiej, War­sza­wa 1988, s. 17–20.

[213] Miste­rium – [z gr. ῾tajem­ni­ca’], for­ma kul­tu dostęp­na tyl­ko dla wta­jem­ni­czo­nych. Ozna­cza uro­czy­stość połą­czo­ną z wido­wi­skiem doty­czą­cym jakie­goś okre­ślo­ne­go epi­zo­du z życia bóstwa, któ­re­go środ­ka­mi wyra­zu są przed­sta­wie­nia sce­nicz­ne, pro­ce­sje, tań­ce i śpie­wy. W śre­dnio­wie­czu dra­mat reli­gij­ny o tema­ty­ce zaczerp­nię­tej z Biblii.

[214] W. J. Har­ring­ton, Teo­lo­gia Biblij­na, War­sza­wa 1977, s. 163.

[220] E. Wip­szyc­ka, Kościół w świe­cie póź­ne­go anty­ku, War­sza­wa 1994, s. 190.

[221] Eko­no­mia zba­wie­nia – z [gr. oiko­no­mia – zarzą­dza­nie], poję­cie to ma swo­je źró­dło w listach Apo­sto­ła Paw­ła, zwł. w łącz­no­ści z ter­mi­nem „myste­rion” [Efez. 3:9–12]; okre­śla ono przede wszyst­kim reali­zo­wa­nie przez Boga peł­ni cza­sów na dro­dze ponow­ne­go zjed­no­cze­nia wszyst­kich w Chry­stu­sie [Efez. 1:3–10] Reali­zu­je się to dzia­ła­nie Boga w poszcze­gól­nych eta­pach, np. w „eko­no­mii pra­wa”, któ­re było przy­go­to­wa­niem do „eko­no­mii ewan­ge­lii”, przyj­ścia Chry­stu­sa i krzy­ża, będą­ce­go reka­pi­tu­la­cją całej histo­rii i wypeł­nie­niem wszyst­kich obiet­nic [Jan 1:17–18] Inny­mi sło­wy, eko­no­mia zba­wie­nia – to plan zba­wie­nia ludz­ko­ści, obja­wio­ny przez Boga w dzie­jach Sta­re­go i Nowe­go Testa­men­tu. Uka­zu­je też cha­rak­ter dzia­ła­nia Boga w kon­tek­ście biblij­nej tria­dy: „Ojca, Syna i Ducha”, jak i chry­sto­cen­trycz­nym (doty­czą­cym isto­ty oso­by Chry­stu­sa), ekle­zjal­nym (kościel­nym, doty­czą­cym isto­ty Kościo­ła, jego roli) nie wyłą­cza­jąc tu anio­łów i kosmo­su.